3 listopada 2009
Wpis w kategoriach: Kambodża, Z podróży | Tematy: Angkor, Lista Światowego Dziedzictwa UNESCO, ludzie, owoce, Siem Reap, świątynia, UNESCO, wschód słońca, życie codzienne
Zrywamy się z łóżek przed 5:00 bo o 5:15 jesteśmy umówione z naszym tuk-tukowcem, który podwiezie nas i wypożyczone rowery do Angkoru. Plan jest taki, żeby tam przesiąść się na rowery i objechać nimi cały kompleks świątyń. Jednak plan planem, a natura musi nam pokazać, ze to ona tu rządzi. Od rana pada deszcz.
Tuk-tuk czeka na nas pod hostelem. Zanim ruszymy, kierowca pokazuje nam, gdzie możemy kupić foliowe płaszczyki przeciwdeszczowe. Zaopatrujemy się w takowe po pół dolara za sztukę, wskakujemy do tuk-tuka i ruszamy obejrzeć wschód słońca nad najsłynniejszą świątynią Angkoru czyli Angkor Wat.

Na miejsce dojeżdżamy kiedy zaczyna się rozjaśniać. Wschód jest niesamowicie widowiskowy. Szkoda tylko, że zasłaniają go chmury, z których leje deszcz :) Postanawiamy poprosić tuk-tukowca, żeby nie zostawiał nas z rowerami tylko poczekał jeszcze trochę, bo mamy nadzieje, może się rozjaśni, ale do tego czasu wolimy pomykać czymś, co ma daszek.
Deszcz to się zmniejsza, to się nasila, ale ruszamy dzielnie do świątyni. Przechodzimy z grupką turystów przez kamienny most. Pewnie byłoby ich dużo więcej, gdyby nie deszcz, wiec w sumie deszczową aurę można zapisać też po stronie plusów dodatnich. Plusem ujemnym jest to, że jednak jak jest mokro, to trochę przeszkadza. Sam Angkor Wat jest prześliczny.

Po wyjściu z Angkor Wat ruszamy na śniadanie. Ponieważ przestaje padać, postanawiamy wziąć nasze rowery i puścić tuk-tukowca wolno. Kiedy docieramy na parking, naszego kierowcy nie ma, wiec idziemy na śniadanie. W czasie śniadania znowu zaczyna padać, wiec po raz kolejny zmieniamy zdanie. Ruszamy tuk-tukiem z rowerami do Bajonu.
Bajon jest świątynią, w której dominują zyliardy twarzy Buddy wyrytych w kamieniu. Gdzie się nie spojrzy, widać jego spokojne, zrelaksowane i lekko uśmiechnięte oblicze. Po wyjściu z Bajonu nie idziemy prosto na parking, ale postanawiamy eksplorować położoną obok wioskę, w której mieszkają mnisi. Wyróżnikiem jest pomarańczowy kolor suszących się na sznurkach mnisich szat. Obchodzimy wioskę dookoła słuchając muzyki dochodzącej z największej z chatek. Kiedy nieśmiało zaglądamy tam z daleka, jedna z kobiet zaprasza nas do środka. Trafiamy do jakiegoś jakby centrum życia: dzieci uczą się gry na różnych instrumentach, w drugiej części chatki kobiety gotują posiłek, w jeszcze innej urządzony jest ołtarzyk do modlitw. Kobiety zapraszają nas na matę gdzie siedzi najstarsza z nich i częstują bananami. Dziękujemy, myślimy, ze nie wypada odmówić, wiec zjadamy po jednym bananku. Kiedy chcemy iść, kobieta z uśmiechem wręcza nam pozostałą część kiści.

Z bananami oglądamy kolejne pozostałości świątyń dookoła Bajonu, potem wskakujemy w tuk-tuka (nadal pada) i ruszamy dalej na północ. Tam zwiedzamy jedną świątynię, do której trzeba dojść po drewnianym mostku, a potem kolejne. W pewnym momencie zaczyna się rozpogadzać, wiec zrzucamy z Agą niebieskie płaszcze przeciwdeszczowe i ruszamy wspinać się na następną świątynię bez nich.

Pomiędzy niektórymi świątyniami widzimy gęstą dżunglę, ale mamy też szansę przyjrzeć się z bliska uprawie ryżu. Mijamy sporo miejscowych domów, niektóre są zbudowane na palach, niektóre bezpośrednio na ziemi. W międzyczasie tez kusi mnie świeży ananas, obierany na miejscu przez miejscowe dziewczynki. Takiego ananasa w życiu nie jadłam! Jest tak niesamowicie ananasowy, nie jest słodki, za to po prostu smakuje przewyśmienicie!

Ostatnią świątynią w planie zwiedzania jest Ta Prohm. Ponieważ zupełnie przestało padać, idziemy bez płaszczy przeciwdeszczowych, a ja dodatkowo zostawiam mokrą koszulę i ruszam w koszulce na ramiączka. W Ta Prohm atmosfera jest, jak dla mnie, najbardziej niesamowita ze wszystkich świątyń. To ta świątynia została dość brutalnie zawłaszczona przez dżunglę, to tutaj drzewa obejmują korzeniami budowle. Jest pięknie. Na samym początku rozdzielamy się z Agą i idziemy w przeciwnych kierunkach. Mijamy się na końcu świątyni i umawiamy się, że spotkamy się znowu przy wejściu. Zaraz po tym, jak Aga znika za zakrętem, zaczyna padać. Chwilę później deszcz zamienia się w ulewę, a mi się robi wszystko jedno, bo już bardziej mokra być nie mogę.
Zaczynam iść do wyjścia dość szybkim tempem, po drodze próbując jeszcze zrobić jakieś ciekawe zdjęcie. Fragment świątyni tak mnie absorbuje, ze idąc dalej gubię drogę i trafiam do zamkniętej części, gdzie prowadzone są prace renowacyjne. Jakoś udaje mi się stamtąd wyjść, ale mam wrażenie, ze Aga czekając na mnie przy tym wyjściu musi dostawać szału. Kiedy docieram do tuk-tuka mokra jakbym dopiero co wyszła spod prysznica, spotykam Agę w nie lepszym stanie. Okazuje się, ze ona tez po drodze zbłądziła. Zanosząc się śmiechem ruszamy tuk-tukiem do domu. Chyba jednak możemy powiedzieć, że zwiedzałyśmy Angkor z rowerami. W końcu rowery cały czas jeździły z nami :)
Podobne wpisy:
-
Siem Reap Wstajemy o 3:15 bo chcemy z Bangkoku do Siem Reap dojechać drogą lądową. Obsługa z apartamentowca Florka wzywa nam taksówkę....
Magiczny Angkor W szczycie okresu świetności żyło tu około miliona ludzi. Angkor był stolicą cywilizacji khmerskiej pomiędzy IX a XV wiekiem naszej...
Kiedy rzeka płynie pod prąd Jest na świecie jedna taka rzeka, która na wiosnę zawraca i zaczyna płynąć w odwrotnym kierunku niż normalnie. To rzeka...
Pływające wioski Drugiego dnia w Siem Reap jest ciepło i słonecznie, a my postanawiamy zobaczyć słynne pływające wioski. A w zasadzie to...
Spodobał Ci się wpis? Polub, dodaj +1, skomentuj, podyskutuj! Dziękuję :)






Moje drogie panie, tam gdzie jesteście, to jeszcze jest pora deszczowa.Ale poczekajcie tak ok. 2 miesięcy i będziecie miały słoneczna pogodę.Tymczasem podążajcie dalej w swoich płaszczykach za pół dolara. Proszę Was nie rozdzielajcie się w dużych obiektach….Pozdrowienia z mroźnych Beskidów,Jola
też tam byłam i też w pelerynce deszczowej ;-) co ja bym dała za taki ciepły deszczyk. a tu zimno, brr, i pewnie niedługo śnieg :-/