19 listopada 2009
Wpis w kategoriach: Tajlandia, Z podróży | Tematy: Bangkok, bazar, buddyzm, Dusit, kathoey, ladyboys, ludzie, pałac, przedstawienie, świątynia, targ, Vimanmek, Wat Pho
Dzień zwiedzania. Można go podzielić na kilka etapów: etap pierwszy to etap Buddy. Drugi – etap europejski. Trzeci – hmm… niespodzianka :)
Etap Buddy to główne atrakcje turystyczne w Bangkoku. Jedziemy rano z Tomkiem do centrum, potem ja wyskakuję przy Wielkim Pałacu a Tomek jedzie dalej do Muzeum Narodowego, które jest do niczego, bo wygląda jak strych dziadka. Bilet do Wielkiego Pałacu i Świątyni Szmaragdowego Buddy kosztuje 350 bahtów. Dobrze, że nie jest zbyt gorąco, bo zwiedza się przyjemnie. No, na tyle, na ile przyjemnie może być w hordzie turystów, z których niektórzy są Polakami. Takimi, co to myślą, że jak są zagramanicą, to polskiego języka nikt nie rozumie. A tu rozumie. I potem dziwią się, że ktoś im zwraca uwagę, że się nieładnie o innych wyrażają.

No bo to jest tak. Turystów jak mrówków przed tym szmaragdowym Buddą, a każdy kręci się w inną stronę, bo zdjęcie-na-tle-czegoś-na-naszą-klasę być musi. I staraj się tu cieszyć swe oczy pięknem świątyni jednocześnie nie wchodząc komuś w kadr. Nie wejdziesz temu, to wejdziesz innemu. Nie ma siły. A tu nagle słyszę: Niech ta dziumdzia się odsunie… Rozglądam się. Po moje prawej wąsaty pan. Po mojej lewej spalona blondyna już bliżej muzeum niż liceum. O żesz ty… Przepraszam, ale musi pani sobie zdawać sprawę, że są tu ludzie, którzy rozumieją język polski, – mówię. Pani zupełnie się nie przejmuje, wzrusza ramionami, a za chwilę słyszę, jak o innej kobiecie wyraża się per krowa.
Szmaragdowy Budda siedzi w świątyni, wewnątrz której nie można robić zdjęć. Ale można z zewnątrz. Przydaje się obiektyw z długą ogniskową i stabilizacją obrazu. Budda ubrany jest w złota odzież na porę zimną. Aha, i jak sama nazwa mówi, Szmaragdowy Budda jest zrobiony z jadeitu :)
Po świątyni Szmaragdowego Buddy oglądam jeszcze Wielki Pałac. Wszystko to wygląda naprawdę niesamowicie. Pełne przepychu, kolorowe i błyszczące. Jest na czym oko zawiesić.

Z Wielkiego Pałacu nieco okrężną drogą przez targ amuletów idę do pobliskiej świątyni Wat Pho. A te amulety to nie do końca pojmuję, o co tu chodzi. Bo to są takie medaliki albo gliniane tabliczki, moim zdaniem niczym się nie różniące. A przy stoiskach stoją panowie z lupami przy oczach i wyszukują najdrobniejszych różnic w tych amuletach. Jak kolekcjonerzy znaczków, czy coś…
W Wat Pho bilet kosztuje 50 bahtów i pani kasjerka mówi mi, że mam szukać wielkiego leżącego Buddy, wielkiego siedzącego Buddy i stojącego Buddy. Ten leżący jest najciekawszy, bo ma aż 46 metrów długości. Oczywiście jest złoty, jak pozostały zylion Buddów w świątyni. Bo poza tymi dużymi są też takie mniejsze.

Po Wat Pho mam już trochę przesyt Buddów i świątyń, więc dla oderwania się ruszam do parku pałacowego Dusit. Nawet wiem, gdzie to jest na mapie. Szkoda, że taksówkarz tego nie wie i muszę mu pokazywać, gdzie ma jechać. Na liczniku 65 bahtów, a on chce, żebym mu zapłaciła 70, Że niby za co napiwek? Za to, że musiałam go prowadzić niemalże za rączkę?
W Dusit idę obejrzeć tekową posiadłość Vimanmek i tu się zaczyna etap europejski. To zrobiona z drewna tekowego dawna siedziba królewska. Zaprojektowana właśnie w stylu europejskim. W środku jest nawet porcelana z Polski! Żeby tam wejść, nie można wnosić aparatu, komórki, nic! Ale warto, bo miejsce jest naprawdę piękne! I w całym tym drewnianym domu nie ma ani jednego gwoździa.

Przy tekowym dworku spotykam się z Agą i jedziemy na Khao San Road czyli miejscową ulice backpackerską. Tutaj robimy trochę zakupów, idziemy na masaż stóp, łazimy to tu, to tam, aż w końcu orientujemy się, że czas się zbierać. I to nie do domu tylko na show!
Etap trzeci czyli tzw. Ladyboy Show. Taka rewia pięknych pań, które tak naprawdę nie są paniami, tylko panami. Ale najpierw trzeba tam dojechać, a to nie jest łatwe. Kilku taksówkarzy spytanych, czy mogą nas tam zawieźć odpowiada, że nie wiedzą, gdzie to jest. W końcu jeden wie. Ruszamy. Po jakimś czasie okazuje się, że on też nie wie. Ale za to ma niesamowicie dobry humor. W końcu zmuszamy go, żeby zadzwonił tam i się dowiedział, jak dojechać. I co? Okazuje się, że gość nie ma komórki. Najpierw chce, żeby zadzwoniła Aga, ale po gorących protestach zostawia samochód gdzieś przy ulicy i wyskakuje do budki. Po paru nieudanych próbach dodzwania się i chyba dostaje dokładne instrukcje, bo wskakuje za kierownicę i przy akompaniamencie swojego własnego śmiechu i pisku opon dowozi nas na miejsce.
Rewia jest super! Tak super, że nie przeszkadza mi wcale to, że panie/panowie nie umieją się ruszać w rytmie i że nie do końca zsynchronizowane mają ruchy warg z tym, co udają, że śpiewają. Raz na jakiś czas panie/panowie wyciągają na scenę niewinne ofiary i ich obcałowywują. Albo tańczą z nimi. No, przyznam, że są momenty, kiedy płaczę ze śmiechu :) I tak, to wszystko są mężczyźni!

Podobne wpisy:
-
Bangkok pod znakiem złotego Buddy Z perspektywy czasu sprawa nie wydaje się już tak poruszająca, jak na początku… ale nadal pamiętam te zastępy złotych figurek...
Pod Buddą Drugi dzień zwiedzania Bangkoku to takie mniejsze, ale też ciekawe atrakcje. Zaczynam od Złotej Góry. Góra polega na tym, że...
Targ, węże i złoty Budda Wstajemy z rana, przed wschodem słońca. Przespałam całą noc jak kamień, więc jestem wyspana. Szybko się zbieramy i ruszamy na...
Królewskie atrakcje Bangkoku Przepełniony turystami, przeciskanie się wśród których odbiera całą przyjemność z podziwiania królewskich zabudowań? Kiczowaty, kolorowy, pełen dziwnych ozdóbek? Zupełnie bez...
Spodobał Ci się wpis? Polub, dodaj +1, skomentuj, podyskutuj! Dziękuję :)








To,że Tajki są ładniutkie to wiadomo. To,że panie/panowie u tej rasy też dobrze wyglądają to też wiadomo. Ale drogie panny co na temat Tajów!!! Czy są przystojni, czy na Wasz widok mają błysk w oku. Ani słowa na ten temat!!!
na moj widok to nie, bo mam ciemna skore :) ale nic nie szkodzi, oni tez nie są w moim typie ;)
Jak to mówił nasz przewodnik pod chang mai. “In thailand ladyboys are best tourist friends” i dalej śpiewał “no woman, no cry” przecudowny człowiek :)