Belgijska logistyka

4 maja 2010      

Wpis w kategoriach: Belgia, Z podróży | Tematy: , , , ,

Belgia żegna nas deszczem. Pada od samego rana. Przydają się foliowe peleryny, które kupiła Klara jeszcze przed wyjazdem. Leje w Brugii, kiedy docieramy autobusem na dworzec kolejowy. Pada cały czas, kiedy jedziemy pociągiem do Brukseli. Mży, kiedy spacerujemy po Brukseli czekając na autobus na lotnisko. I kropi, kiedy pakujemy się do samolotu na Charleroi.

Deszczowa Bruksela
7:00 rano. DRRRRRRRRYYYYYYŃ!!! Zaczyna dzwonić budzik Johana, który musi wstać do pracy. DRRRRRRRRYYYYYYŃ!!! Dzwonić! W życiu nie słyszałam takiego dzwonka. DRRRRRRRRYYYYYYŃ!!! Umarłego podniósłby z grobu, a zdrowy mógłby zejść na zawał ze strachu. DRRRRRRRRYYYYYYŃ!!! Dobrą chwilę zajmuje naszemu gospodarzowi wyłączenie go. Mimo tak drastycznej pobudki udaje nam się jeszcze zasnąć.

Wstajemy koło 9:00, wyruszamy do sklepu po zakupy śniadaniowe. Wracamy z torbami wypełnionymi piwem :) Pakujemy się kombinując, jak te butelki pomieścić. Potem na Charleroi okaże się, że trochę przesadziłyśmy wagowo, bo w Wizzair można mieć tylko 15 kilo bagażu rejestrowanego, więc będziemy się musiały jeszcze przepakować.

Spakowane zostawiamy Johanowi na stole kartkę z podziękowaniami i ruszamy na dworzec. Pociąg o 12:31 dosłownie ucieka nam sprzed nosa. Wbiegamy na peron, pociąg jeszcze stoi, drzwi są otwarte, ale pani konduktorka macha, że nic z tego. Drzwi się zamykają, a my musimy czekać pół godziny na następny na szarym i smutnym brugijskim dworcu.

Dworzec w Brugii

Po dotarciu do Brukseli zaczyna się logistyczny cyrk. Przyznam szczerze, że w życiu nie widziałam tak skomplikowanego miasta pod względem transportu miejskiego. Jakieś pociągi, metro, tramwaje podziemne i zwykłe, autobusy, a wszystko tak kiepsko pooznaczane, że z mapą w ręku nie da się pojąć, o co tu chodzi i jak się dostać z centrum na dworzec Midi. W informacji turystycznej pani udziela nam rady praktycznej: Jedźcie pociągiem na gapę. Każdy pociąg się tam zatrzymuje, a biletów nie sprawdzają… Na szczęście umawiamy się z Moniką :)

Zanim jednak spotkamy się z Moniką, idziemy jeszcze raz na spacer po Brukseli. Znajdujemy trzy komiksowe murale – spośród chyba trzydziestu kilku w tym mieście. Kupujemy czekoladki na pamiątkę. Odwiedzamy jeszcze raz Mannekena Pisa (czy to się odmienia?), który tym razem jest ubrany. Chyba udaje fotografa.

Manneken Pis

A potem idziemy poznać jego żeński odpowiednik, czyli Jeanneke Pis. Okazuje się, że sikająca dziewczynka schowana jest we wnęce w murze naprzeciwko pubu Delirium, toteż zaglądamy jeszcze raz tam. Następnie udajemy się na dworzec, skąd jedziemy dwa przystanki metrem, na Arts Loi. Tam spotykamy Monikę, która zabiera nas na Gare du Midi, a już na miejscu pokazuje nam, skąd odjeżdża nasz autobus na lotnisko. Bez niej to w życiu byśmy się nie odnalazły.

Delirium

Z Moniką kiedyś pracowałam, ale nie widziałyśmy się już ponad rok. Fajnie tak się znowu spotkać. Nie mamy zbyt wiele czasu, bo niedługo po dotarciu na Midi przyjeżdża nasz autobus lotniskowy, ale przyjemnie tak dowiedzieć się, jak tam się w życiu układa :)

Lotnisko Charleroi to jakaś maksymalna porażka. A nie, przepraszam, jedna rzecz dobra jest – darmowa waga. Możemy zważyć nasze bagaże i dzięki temu wiemy, że powinnyśmy się przepakować zanim staniemy w kolejce do check-inu. Tam idzie sprawnie, ale już żeby dojść od odprawy bezpieczeństwa zaczynają się schody. Pan ochroniarz sprawdza, czy aby na pewno każdy ma jedną sztukę bagażu podręcznego. Ja mam plecak i małą torebkę. I nie ma bata, torebka musi powędrować do plecaka, bo inaczej nie wpuści.

Z kolei na odprawie bezpieczeństwa zupełna olewka. Wszędzie indziej zawsze duża ilość elektroniki sprawiała, że praktycznie musiałam wybebeszać bagaż podręczny pokazując, co ja tam przewożę (często aparat, drugi obiektyw, laptop – ten w dodatku trzeba otworzyć, telefon, odtwarzacz mp3, ładowarki do tego wszystkiego i pęczek kabelków), a tutaj nic. Choć w sumie nie ma co narzekać, przynajmniej szybko poszło. A potem już z górki, czekanie na lotnisku, pakujemy się do samolotu i jestem już w Warszawie, a jutro do pracy. Dobranoc zatem ;)

Podobne wpisy:

    Bruksela stolicą… komiksu! Zaczęło się w 1993 r. To wtedy na murach brukselskich kamienic zaczęły powstawać pierwsze rysunki. A może jednak początku szukać...
    Bruksela – intro Trafiłam na weekend majowy do Brukseli – symbolu zjednoczonej Europy, a jednocześnie Belgii rozdartej pomiędzy Flamandów a Walonów. Wczoraj czytałam...
    Dwa światy Przeglądam zdjęcia z dzisiejszego dnia i nie do końca mogę uwierzyć, że jeszcze rano byłam w Brukseli, w dodatku w...
    W królestwie piwa Ci, którzy mnie trochę znają, wiedzą, że za piwem nie przepadam. Chyba, że nie smakuje jak piwo, to ok. Ale...

Spodobał Ci się wpis? Polub, dodaj +1, skomentuj, podyskutuj! Dziękuję :)

Komentarze: 2 do “Belgijska logistyka”


  1. Kasia pisze:

    fakt! teraz sobie przypominam, że kiedy byłam w Brukseli w maju, też padało, a za chwilę wychodziło słońce, a tubylcy bez parasoli! podobno są do takiej pogody przyzwyczajeni i już nie reagują na drobny deszcz:) co do przygód transportowych, to jestem w szoku!! na szczęście nie miałam takich przeżyć, bo miałam zorganizowany wyjazd autokarowy z pracy.

  2. Ewa pisze:

    Wiadomo, do wszystkiego można się przyzwyczaić, ale rzeczywiście, jeśli chodzi o pogodę to Belgia nie jest dla mnie wymarzonym krajem ;) Tym bardziej, że musiałam uważac, żeby mi aparat nie zmókł za bardzo na tym deszczu :D

    Chociaż jak byłam w Brukseli też na jakiś dłuższy weekend siedem lat temu jesienią to z kolei było pięknie – był listopad a nadal było w miarę ciepło i słonecznie. Ale to pewnie jakiś wyjątek był :))))

Zostaw ślad, skomentuj, zapytaj...

Chcesz zdjęcie przy swoim komentarzu? Załóż konto w darmowym serwisie Gravatar. To proste!

Przerwa na reklamę

Polecam

Peron4

Blogi podróżnicze

Kategorie

Prawa autorskie

Wszystkie teksty, zdjęcia i filmy na blogu są mojego autorstwa, chyba, że zaznaczono inaczej. Jeśli chcesz je wykorzystać, proszę zapytaj o zgodę.