30 maja 2010
Wpis w kategoriach: Egipt, Z podróży | Tematy: dworzec, Giza, Kair, muzeum, Muzeum Egipskie, Nil, piramidy, rzeka, stacja kolejowa, taksówki, transport
Siedzimy sobie z Rafałem na dworcu Ramsis i czekamy, aż otworzą kasy, żeby kupić sobie na następny dzień bilet na pociąg do Luksoru. Podchodzi do nas dwóch policjantów i jakiś młody chłopak w cywilu. Ten ostatni przepraszającym tonem zagaduje nas, pyta się, kim jesteśmy i skąd. Zaczyna tłumaczyć, że cieszy się, że odwiedzamy jego kraj. Że jesteśmy w nim bardzo mile widziani. I pyta o zdjęcia dworca, które robiłam przed chwilą. Tłumaczę, że to taka pamiątka. Panowie dopytują, czy nie jestem aby dziennikarką. Nie jestem, to w porządku. Przepraszają za zawracanie głowy. Egipska lekcja pierwsza: nie fotografować obiektów strategicznych, czyli między innymi dworców.

Do Kairu przylatujemy w środku nocy. Jestem pozytywnie zaskoczona szybkością, z jaką wydostajemy się z lotniska: odprawa graniczna, bagaże, wszystko idzie niesamowicie sprawnie. Tylko w nocy nie kursują autobusy do centrum, więc bierzemy taksówkę. Kosztuje nas 40 funtów egipskich. Zastanawiam się, czy bardzo przepłaciliśmy. Jedziemy na wspomniany wcześniej dworzec po bilety, ale okazuje się, że za długo trzeba czekać na otwarcie kasy, gdzie mogliby nam sprzedać bilety na wybrany pociąg, więc ruszamy do hotelu. Znajdujemy całkiem przyjemne miejsce zwane New Hotel i pozwalamy sobie na małą drzemkę.
Przed południem wyruszamy na spacer po centrum Kairu. Idziemy mniej więcej w kierunku Nilu. Po drodze nad rzekę zaliczamy pierwsze spotkanie z lokalnym marketingiem bezpośrednim. Polega on na tym, że nagle znajduje się obok nas przemiły człowiek, który z chęcią powiem nam jak trafić tam, gdzie chcemy trafić. Ale najpierw da nam swoją wizytówkę. Aby otrzymać wizytówkę, trzeba iść do jego sklepu z perfumami. Tutaj oglądamy zdjęcia rodziny, kogoś sławnego i oczywiście też zdjęcia z Polski. A potem pada cena i propozycja kupna perfum. Dziękujemy, idziemy dalej. Nad Nil.

Rzeka wydaje się być mniej szeroka, niż się spodziewałam. Tak na oko przypomina Wisłę. Ale może to tylko takie wrażenie. Przechodzimy mostem na drugą stronę, na małą wysepkę. Po tamtej stronie pod mostem młodzi ludzie zrobili sobie miejsce spotkań. Most daje dużo cienia, od rzeki powiewa delikatnie chłodny wiatr, obok można kupić napoje chłodzące. Czego chcieć więcej?

Wracamy następnym mostem w okolice Muzeum Egipskiego. Bilet kosztuje 60 funtów od osoby i nie można wnosić aparatów fotograficznych. Mi się jakimś cudem to udaje, chociaż torebka zalicza dwa przeszukania i jedno skanowanie. Pierwsze przeszukanie jest zresztą dość zabawne. Siedzi sobie pan w białym mundurku przy bramce i zagląda do torebek. Za panem siedzą kolejni czterej panowie i pilnują, żeby ten jeden sprawdzał te torebki. Kawałek dalej siedzi ich jeszcze czterech. Pilnują, żeby tamci czterej pilnowali tego jednego, żeby zaglądał do torebek. W ten sposób aż dziewięciu panów ma pracę.
Muzeum jest ciekawe. Eksponaty sprzed tysięcy lat stoją na wyciągnięcie ręki. Można z bliska obejrzeć hieroglify wyryte w kamieniu w zamierzchłych czasach. Minusem jest to, że wszystko jest dość słabo opisane. Gdyby nie przewodnik, który mamy ze sobą, to pewnie nie zorientowalibyśmy się czasem, co warto obejrzeć. Znajdujemy na przykład stellę, na której jest napisane, że Izrael został starty w pył i nie zostało po nim ani jedno ziarno. Myślę, że ktoś trochę się wtedy pomylił. Mnie szczególnie podobają się mumie, za obejrzenie których trzeba dopłacić kolejne 100 funtów. Niczego sobie jest też słynna maska faraona Tutenchamona. No i oczywiście przypada mi bardzo do gustu starożytna biżuteria Egipcjanek :)
Po muzeum wracamy na dworzec. Udaje nam się dostać te bilety do Luksoru na następny dzień. Kosztują 165 funtów od osoby. Potem ruszamy metrem do Gizy na podbój piramid. Ze stacji metra trzeba jeszcze podjechać kawałek, więc wsiadamy jakiegoś lokalnego busika, który wygląda, jakby pamiętał jeszcze czasy faraonów. Ale wypasiony sprzęt audio musi być!

Dojeżdżamy na miejsce po 17:00. Zamknięte. Po długich negocjacjach z pewnym właścicielem konia i powozu decydujemy się pojechać z nim i obejrzeć Sfinksa, panoramę piramid i zachód słońca nad nimi. Efekt jest taki, ze Sfinksa widzimy przelotnie przez ogrodzenie, piramidy tylko z daleka, a na zachód słońca docieramy w ostatniej chwili. Ale przynajmniej jest zabawnie, kiedy próbujemy wytłumaczyć naszemu woźnicy, ze nie mamy ochoty odwiedzać „muzeum” papirusu, bo wolimy zdążyć na pokaz światła i dźwięku.

Pokaz kosztuje 75 funtów. Czy warto? Wydaje mi się, że tak. Chociaż ja strasznie żałuję, że nie mam ze sobą statywu, bo ciężko robić zdjęcia nocą przy tak słabym oświetleniu. A podświetlone na kolorowo piramidy i Sfinks wyglądają naprawdę ładnie. Całość opowiada w dużym skrócie i bez szczegółów historię Egiptu, ale moim zdaniem jest to zrobione w mało ciekawy sposób. Dużo bardziej działa na mnie gra kolorów.

Do hotelu wracamy taksówką za 20 funtów. Kierowca jest przesympatyczny. Cały czas coś opowiada – a to o polityce w Egipcie, a to o swojej małej wnuczce, a to o sposobach jazdy samochodem w Kairze. Ten ostatni temat jest szczególnie ciekawy – nasz pan okazuje się być chyba jednym z niewielu miejscowych kierowców, którzy nie szaleją na drodze. Wiec spokojnie i bezpiecznie zostajemy odstawieni pod same drzwi hotelu, dostając jeszcze wskazówki na następny dzień.
Podobne wpisy:
-
Pod piramidami Standardowo to jest mniej więcej tak: przyjeżdża wycieczka klimatyzowanym autokarem pod piramidy w Gizie. Pojazd zatrzymuje się pod piramidą Cheopsa....
Asuan W Asuanie nie ma tak łatwo z internetem. Najprościej było w Luksorze – tam WiFi mieliśmy w hotelu, ale w...
Po dwóch stronach Bosforu Drugi dzień wycieczki do Stambułu to taka mieszanka. Europa miesza się z Azją, Morze Czarne z Morzem Marmara, dywany ze...
Dach nad głową: Egipt Piszecie do mnie czasami maile z prośbą, żeby polecić jakiś hotel, hostel czy inną noclegownię w różnych miejscach. Podróżując nie...
Spodobał Ci się wpis? Polub, dodaj +1, skomentuj, podyskutuj! Dziękuję :)








czy nie jesteś aby dziennikarką? hahhaha, lokalny marketing bezpośredni – właśnie to spotkało mnie w Betlejem, choć dopiero teraz, jak przeczytałam twoją historię, sobie to uświadomiłam!!:)) tuz obok bazyliki Narodzenie Bożego podchodzi do mnie facet i zagaduje, mówię, że z Polski jestem, a on, że ma jakichś krewnych w Polsce, nawet miasto wymienił! hahah, i zaprasza mnie do swojego sklepu. starsza pani, z którą kręciłam się po okolicy (to była pielgrzymka), była ciężko przerażona i błagała mnie, żebym nie szła!! ja oczywiście poszłam, a ona biegła za mną, cała trzęsąca się ze strachu, bo jednak w potrzebie nie chciała mnie zostawić:)) a w sklepie drewniane figurki, pamiątki itp. nie kupiłam nic, bo 10 minut temu wykosztowałam się na kartę do aparatu (inna historia!), ale sympatyczny Palestyńczyk dał mi brelok na klucze, drewnianego wielbłąda. i też pokazywał mi pamiątki z Polski!! jakieś widokówki, kartki z pozdrowieniami napisanymi po polsku…:))) i oczywiście zdjęcie sobie z nim zrobiłam:)) a zrobiła je moja współtowarzyszka, trzęsącymi się rękami:))
aha, a foty piramid nocą bez statywu wyszły super!! jaką ty masz lustrzankę?
wow, od razu mi się przypomina przystojny Indiana :-)
@Kasia, cudowna staruszka, piękna historia! Tak to jest, rodzina, pamiątki z Polski, kup prawdziwy jedwabny szal, Polska piękna kraj, special price itp itp :)
Lustrzankę mam Canona Eosa 30D, ale oparłam go o słupek ;)
@Ania, zaginionej Arki jeszcze nie szukalam, ale kto wie, kto wie :)
Witaj!
Jakimi liniami dotarłaś do Egiptu, bo albo słabo szukam, albo mi wychodzi, że taniej jest uciec z wycieczki organizowanej w hotelu niż samemu kupować bilet.
Ja leciałam w tamtą stronę Lufthansą, z powrotem Swiss. Znalazłam te bilety na http://www.esky.pl, można też szukać na http://www.skyscanner.com, http://www.momondo.com itp. Warto też zapisać się na newsletter Lufthansy, mają czasem fajne promocje.