Ostatnio trochę się tu zaniedbałam, nic nie piszę, chociaż tematów czeka mnóstwo, tych portugalskich i tych z innych krajów też. Trzeba się uwijać, a Ewa się obija… A to wszystko wina klimatyzacji!
Nie spodziewałam się przeziębienia prawie w środku lata, bo przecież odporna jestem na zarazy jak czołg na strzały z kuszy, a jednak dopadło i mnie. Obudziłam się w zeszłą sobotę z takim potwornym bólem gardła, że myślałam, że nie będę w stanie poprowadzić moich spotkań. Do tego katar.
Wyprawa do apteki pozwoliła mi uzbroić się w najlepszą jak dla mnie broń na drapanie w gardle czyli tabletki Strepsils (jak dobrze, że są też w Portugalii) i piguły z pseudoefedryną na katar. To drugie – niesamowicie skuteczne jeśli chodzi o wysuszanie śluzówki, powoduje tez otępienie i senność. I o ile w Polsce jakoś te skutki uboczne są mało widoczne w moim przypadku, to tutaj przez tydzień niemalże chodziłam jak zombie.
Stare porzekadło, że przeziębienie nie leczone trwa tydzień, a leczone siedem dni, sprawdziło się. Po tygodniu jest już wszystko w porządku. W międzyczasie w środę miałam kryzys – na spotkaniu informacyjnym dostałam takiego ataku kaszlu, że byłam przez moment przekonana, że nie dam rady dokończyć. Dałam.
Zresztą to w ogóle było bardzo ciekawe spotkanie. Dostałam info od koleżanki z lotniska, że będę miała dwie Chorwatki, które nie mówią po niemiecku, a jedynie po angielsku i francusku. Mowy de Gaulle’a nie znam, ale po angielsku spotkanie zrobić to nie problem. Skończyło się na tym, że z dwiema przemiłymi paniami rozmawiałam mieszanką polskiego i słowackiego. Nie wiem, skąd koleżance wzięła się Chorwacja, bo panie były z Koszyc :)
Ostatnio robię się międzynarodowa. W przyszłym tygodniu mam zaplanowane spotkanie informacyjne dla Holendrów. A co, że ja nie dam rady? Welkom en de Algarve!
Ze zmian jeszcze jedna ważna rzecz. Pożegnałam się ze Srebrną Strzałą. Niedobrze, bo lubiłam bestię. Ale po przejechaniu 15 000 kilometrów musiała iść na przegląd, a ja w zamian dostałam… Citroena C1. No i jak go teraz nazwać? Cytrynowa Strzała? Citroen w środku praktycznie niczym nie różni się od Aygo, ale jutro zawożę go z powrotem do wypożyczalni bo jest popsuty.
Auto, jak to zwykle bywa, dostałam z Avisu z pełnym (lub prawie pełnym) bakiem. Po przejechaniu 60 kilometrów zasygnalizowało mi, że bak jest pusty i muszę zatankować. Ok, pomyślałam, dziwne, żeby tyle palił, ale na stację benzynową udałam się grzecznie, mając w pamięci ile to zachodu, jak auto stanie na środku autostrady bo benzyny w baku brak (pisałam o tym? ;). I wlałam… 10 litrów. Ki diabeł?
Podjechałam do Avisu i mówię miłemu panu, ze coś jest nie tak. Stwierdził, że pewnie czujnik chwilowo nie zadziałał. Heh, no to ja się domyśliłam, że czujnik, a nie, że bak ma pojemność 10 litrów. Ale następnym razem po kolejnych jakichś 120 kilometrach kontrolka pokazała rezerwę. To ja znowu na stację i znowu 10 litrów. Po trzecim razie, po zatankowaniu pod korek, kontrolka nawet nie pokazała, że bak jest pełny i mimo, że mi się benzyna prawie z baku wylewa, autko twierdzi, że jest na rezerwie. Toteż trzeba go naprawić. Bo nie mam ochoty za każdym razem liczyć, ile kilometrów już przejechałam i zgadywać, na ile mi jeszcze benzyny wystarczy…
PS. Zabrakło wam kiedyś benzyny na trasie? :)

