Wpisy z kategorii 'Z pamiętnika rezydentki'

Przeziębienie w środku lata

4 września 2010 | Komentarze: 1

Ostatnio trochę się tu zaniedbałam, nic nie piszę, chociaż tematów czeka mnóstwo, tych portugalskich i tych z innych krajów też. Trzeba się uwijać, a Ewa się obija… A to wszystko wina klimatyzacji!

Nie spodziewałam się przeziębienia prawie w środku lata, bo przecież odporna jestem na zarazy jak czołg na strzały z kuszy, a jednak dopadło i mnie. Obudziłam się w zeszłą sobotę z takim potwornym bólem gardła, że myślałam, że nie będę w stanie poprowadzić moich spotkań. Do tego katar.

Wyprawa do apteki pozwoliła mi uzbroić się w najlepszą jak dla mnie broń na drapanie w gardle czyli tabletki Strepsils (jak dobrze, że są też w Portugalii) i piguły z pseudoefedryną na katar. To drugie – niesamowicie skuteczne jeśli chodzi o wysuszanie śluzówki, powoduje tez otępienie i senność. I o ile w Polsce jakoś te skutki uboczne są mało widoczne w moim przypadku, to tutaj przez tydzień niemalże chodziłam jak zombie.

Stare porzekadło, że przeziębienie nie leczone trwa tydzień, a leczone siedem dni, sprawdziło się. Po tygodniu jest już wszystko w porządku. W międzyczasie w środę miałam kryzys – na spotkaniu informacyjnym dostałam takiego ataku kaszlu, że byłam przez moment przekonana, że nie dam rady dokończyć. Dałam.

Zresztą to w ogóle było bardzo ciekawe spotkanie. Dostałam info od koleżanki z lotniska, że będę miała dwie Chorwatki, które nie mówią po niemiecku, a jedynie po angielsku i francusku. Mowy de Gaulle’a nie znam, ale po angielsku spotkanie zrobić to nie problem. Skończyło się na tym, że z dwiema przemiłymi paniami rozmawiałam mieszanką polskiego i słowackiego. Nie wiem, skąd koleżance wzięła się Chorwacja, bo panie były z Koszyc :)

Ostatnio robię się międzynarodowa. W przyszłym tygodniu mam zaplanowane spotkanie informacyjne dla Holendrów. A co, że ja nie dam rady? Welkom en de Algarve!

Ze zmian jeszcze jedna ważna rzecz. Pożegnałam się ze Srebrną Strzałą. Niedobrze, bo lubiłam bestię. Ale po przejechaniu 15 000 kilometrów musiała iść na przegląd, a ja w zamian dostałam… Citroena C1. No i jak go teraz nazwać? Cytrynowa Strzała? Citroen w środku praktycznie niczym nie różni się od Aygo, ale jutro zawożę go z powrotem do wypożyczalni bo jest popsuty.

Auto, jak to zwykle bywa, dostałam z Avisu z pełnym (lub prawie pełnym) bakiem. Po przejechaniu 60 kilometrów zasygnalizowało mi, że bak jest pusty i muszę zatankować. Ok, pomyślałam, dziwne, żeby tyle palił, ale na stację benzynową udałam się grzecznie, mając w pamięci ile to zachodu, jak auto stanie na środku autostrady bo benzyny w baku brak (pisałam o tym? ;). I wlałam… 10 litrów. Ki diabeł?

Podjechałam do Avisu i mówię miłemu panu, ze coś jest nie tak. Stwierdził, że pewnie czujnik chwilowo nie zadziałał. Heh, no to ja się domyśliłam, że czujnik, a nie, że bak ma pojemność 10 litrów. Ale następnym razem po kolejnych jakichś 120 kilometrach kontrolka pokazała rezerwę. To ja znowu na stację i znowu 10 litrów. Po trzecim razie, po zatankowaniu pod korek, kontrolka nawet nie pokazała, że bak jest pełny i mimo, że mi się benzyna prawie z baku wylewa, autko twierdzi, że jest na rezerwie. Toteż trzeba go naprawić. Bo nie mam ochoty za każdym razem liczyć, ile kilometrów już przejechałam i zgadywać, na ile mi jeszcze benzyny wystarczy…

PS. Zabrakło wam kiedyś benzyny na trasie? :)

Wpis w kategoriach: Z pamiętnika rezydentki |

Sen przerywany

27 sierpnia 2010 | Komentarze: 6

Dopadło mnie straszliwe lenistwo. Miałam już w ten czwartek ruszyć się gdzieś poza Praia da Rocha, a tu wyszło, jak wyszło. Czyli, że do południa w łóżku, a po południu na plaży.

Bo to tak jest, jak się wieczór przed dniem wolnym spędzi na imprezie. I potem wraca człowiek do domu późno (albo raczej – wcześnie ;), a za chwilę budzi go telefon, bo autobus nie przyjechał. Trzeba uruchomić machinę. Dzwonię do działu wycieczek, pani z działu wycieczek wyrwana z błogiego snu tak jak ja dzwoni do organizatora, organizator do kierowcy autobusu. Już jedzie, niedługo dojedzie. Przekazuję wiadomość gościom i wracam w objęcia Morfeusza, z których wyrywa mnie… dzwonek telefonu. Nadal nie przyjechał. Dzwonię znowu. Będzie za 15 minut. Klient mówi, że jak w ciągu 15 minut autobus nie przyjedzie, to on rezygnuje. Ok, ale proszę do mnie zadzwonić. 15 minut oczekiwania. Telefon nie dzwoni. Uff…

Aha, nie takie znowu uff. Zasypia, ale nie na długo. Dzyń, dzyń. Przychodzi sms. Nie napiszę, jaki, ale zainteresowani dobrze wiedzą ;) I od razu wyjaśniam, że u mnie wszystko w porządku. Odpisuję półprzytomnie i idę dalej spać. Potem jeszcze jeden telefon od gościa, który zapomniał nazwę miejscowości, którą polecałam odwiedzić. I takim przerywanym snem dociągam do południa.

A jak już południe, to zanim się zwlokę z łóżka i ogarnę, to robi się popołudnie. Dzwoni koleżanka. Chodźmy na plażę! Ok, lepsze to niż siedzenie w domu i kombinowanie, co by tu robić. Chociaż jeszcze trzeba trochę mieszkanie ogarnąć, bo na weekend przyjeżdżają Renata i Paulo z Lizbony. Fajny weekend się zapowiada!

PS. Czytałam coś ostatnio o rekordowych upałach w Hiszpanii. A tutaj też ostatnio żar tropików…

Wpis w kategoriach: Z pamiętnika rezydentki |

Niedrogie loty do Algarve

20 sierpnia 2010 | Komentarze: 6

Trafiłam ostatnio, zupełnie przez przypadek, na stronę Loter.pl, zajmującą się tematyką tanich lotów do różnych zakątków świata. A konkretniej to na wpis prezentujący mnóstwo połączeń lotniczych pomiędzy miastami w Polsce, a Faro, stolicą Algarve. Autorzy zestawiają loty WizzAir i Ryanair i twierdzą nawet, że przesiadając się na jednym z europejskich lotnisk można tu dolecieć za 100-200 zł. Hmm…

Pozwalam sobie skorzystać z tych informacji, bo wiem, że niestety nie ma z Polski do Faro tanich lotów bezpośrednich. Ale jakby ktoś chciał się tu wybrać (zapraszam i polecam ;) to teraz ma całkiem niezły spis połączeń z rozkładów do końca października. Czyli tak długo, jak i ja tu jestem – a to zbieg okoliczności :)

Lista prezentuje połączenia Faro z takimi polskimi miastami, jak Bydgoszcz, Gdańsk, Katowice, Kraków, Łódź, Poznań, Rzeszów, Szczecin, Warszawa i Wrocław. Szczegóły pod tym linkiem na stronie Loter.pl!

Teraz pozostaje wam jedynie znaleźć odpowiedni termin, kupić bilet, wsiąść do samolotu… Pogoda w Algarve nadal piękna, słońce świeci, jest przyjemnie. Cudowne, szerokie plaże i małe plażyczki ukryte między klifami, ciepła i przejrzysta woda i wszystkie atrakcje portugalskiego wybrzeża czekają…

PS. Wszystkich, którzy chcieliby mnie odwiedzić, uprzejmie proszę o zabranie ze sobą z Polski pół kilo białego sera ;)

Wpis w kategoriach: Z pamiętnika rezydentki |

Dalej, dalej…

19 sierpnia 2010 | Komentarze: 2

Kolejny dzień wolny, kolejny przeznaczony w całości na relaks i odpoczynek z jednej strony, a z drugiej na ogarnięcie zaległych spraw. Czyli m.in. napisanie wpisu podróżniczego na bloga :) Mam w notatkach jeszcze kilka wschodnioazjatyckich tematów, które trzeba będzie opisać w miarę szybko, bo to przecież niedługo rok minie, jak się z Agą i drużyną do Tajlandii i Kambodży wybrałyśmy!

I tak sobie dzisiaj przeglądałam te tematy, wpisy i przyznam się szczerze, że mi się za Azją zatęskniło. W ogóle za podróżą. Zostało mi jeszcze 9 tygodni w Portugalii, a już mnie ciągnie gdzieś dalej, dalej… Żeby zobaczyć coś nowego, coś innego. Zdradzę wam, jaki jest plan :)

Plan jest taki, że pracuję w Algarve do końca października. Na początku listopada chcę zabrać moją mamę na dwutygodniowy wypad do Wietnamu i Laosu, żeby mogła na własne oczy, uszy i nogi zobaczyć i poczuć, jak to jest podróżować z plecakiem na własną rękę. Ponieważ z pracy mam bilety tzw. stand-by to nie bardzo mogę nic zaplanować, bo nie wiem dokładnie, kiedy polecimy, ale na pewno będzie ciekawie.

Potem grudzień. A w grudniu kolejny wypad, może na dwa tygodnie, może na trzy. Gdzieś do Ameryki środkowej. Tutaj też planowanie odpada. Ale na szczycie listy są Kuba, Dominikana, Wenezuela. Może Brazylia? Zobaczymy, ale już nie mogę się doczekać!

Za to 2011 to jedna wielka niespodzianka. Czy będę nadal pracować w turystyce? Jeśli tak, to dokąd pojadę i na jak długo? To wszystko pozostaje jeszcze w sferze nieokreślonej.

No ale ponieważ nadal jestem w Portugalii, to jeszcze te kilka dni wolnych mogę wykorzystać. Na pewno odwiedzę jeszcze Hiszpanię – w końcu w miarę niedaleko jest Kadyks, a i Gibraltar kusi. Zostało też jeszcze kilka ciekawych miejsc w Algarve i pobliskiej prowincji Alentejo. A ostatnio wyszperałam niegłupie połączenie lotnicze Ryanairem z Porto, więc kombinuję, czy i na północ by na jeden dzień nie wyskoczyć. I takie to plany powoli się układają :)

PS. A jak tam wasze plany wakacyjne?

Wpis w kategoriach: Z pamiętnika rezydentki |

Nic. Nichts. Nothing.

11 sierpnia 2010 | Brak komentarzy

Tytuł tego wpisu doskonale opisuje to, co zamierzam robić jutro. Ostatnio w każdy dzień wolny robiłam coś. Jechałam a to tu, a to tam. A to Lagos i Przylądek św. Wincentego, a to wypad na jeepy i rejs statkiem po Gwadianie… No i dopadło mnie. Nie mam siły palcem kiwnąć.

Ani ochoty :) Tym bardziej, że gorąco jak w piekle. W weekend popadało trochę, pochmurzyło się, to teraz nadrabia. Temperatura oscyluje jakoś wokół czterdziestki, a – jak to było w tej piosence po czterdziestce człowiek wie na co stać go, na co nie… Toteż ja wiem, że mnie nie stać nawet na kiwnięcie palcem. Jak się samo nie zrobi, to będzie niezrobione.

Jutro zamierzam się wyspać. To wcale nie jest takie łatwe w tym piekarniku. Zeszłej nocy dwukrotnie brałam lodowaty prysznic celem schłodzenia się. Poważnie rozważam zakup wiatraka.

Po wyspaniu się będę odpoczywać. Myślałam o pójściu na plażę, z tym, że chyba nie będę wtedy wychodzić w oceanu. Wczoraj zresztą mieliśmy imprezę z okazji połowy sezonu i firma zorganizowała nam rejs katamaranem. Jednym z punktów zabawy był przystanek na plaży. I można było sobie popływać. Woda w oceanie jest niesamowicie przyjemna do pływania teraz :)

I powoli zaczynam kombinować, na co by tu wykorzystać dzień wolny za tydzień, bo przecież ileż można nic nie robić…?

PS. A mnie w poniedziałek stuknęły dwa miesiące w Algarve :)

Wpis w kategoriach: Z pamiętnika rezydentki |

Miszcz kierownicy

3 sierpnia 2010 | Komentarze: 5

Jeśli to prawda, że trening czyni mistrza, to niedługo zostanę mistrzem koperty. Nie, nie, nie! Nie biorę łapówek. Nie specjalizuję się tudzież w ich dawaniu. Ale za to parkowanie w dziwnych miejscach i niewielkich lukach między innymi samochodami powoli przestaje być mi straszne.

Kiedy tu przyjechałam, sezon dopiero się zaczynał i nieznalezienie wolnego miejsca do zaparkowania pod hotelem graniczyło z cudem. Teraz z cudem graniczy znalezienie wolnego. Czasem trafi się jakaś niewielka przestrzeń, dziura… Do tej pory sobie to odpuszczałam, nie chcąc przypadkiem porysować Strzałeczki i szukałam czegoś wolnego trochę dalej. Do czasu!

Czas przyszedł, kiedy dwa razy pod rząd szukając miejsca, w którym mogłybyśmy z mamą zaparkować, odpuściłam sobie, myśląc, że jeśli chodzi o kopertę to takie parkowanie zdecydowanie nie jest moją domeną. No i zaraz, zaraz… przyszło otrzeźwienie. Jak to nie jest? Inni mogą, a ja nie? Nie wyjdzie raz, drugi, trzeci, za czwartym wyjdzie. Teraz dziurze nie przepuszczę!

I zaczyna wychodzić. Wcisnęłam dzisiaj autko w taką maleńką luczkę, że sama byłam w szoku, jak to się udało. Bo samochód przede mną zrezygnował. A też niewielki był – jakieś clio. I tak sobie myślę – ha! No to teraz udowodnię, że się da. I się dało :) Rzeczywiście gabaryty aygo ułatwiają tego typu manewry, ale od czegoś trzeba zacząć…

Bo u mnie z parkowaniem zawsze było dużo gorzej, niż z samą jazdą. Jeździć samochodem lubię, a niektórzy twierdzą nawet, że umiem ;) A parkowanie jakoś tak mi nie wychodziło. To teraz nie ma wyjścia, musi wychodzić. Zresztą, zaczynam być jak Portugalczycy, oni samochody wciskają wszędzie.

Inna rzecz, że niestety nie tylko pod tym względem zaczynam być jak oni. Przestaję już też na przykład powoli zwracać uwagę na kierunkowskazy. Bo jedzie sobie taki Portugalczyk, włącza kierunkowskaz przy zmianie pasa i zapomina go wyłączyć. Jedzie więc kolejne 20 kilometrów z włączonym kierunkowskazem i teraz bądź tu mądry, jak do niego dojeżdżasz: zapomniał, czy zamierza skręcić?

Albo odwrotnie. Zmienia pas ruchu i kierunkowskazu nie włącza. Wolna amerykanka (czy raczej wolna portugalka) panuje też na rondach. Przy zjeżdżaniu z ronda najczęściej nie sygnalizuje się swojego zamiaru. Trzeba obserwować tor jazdy samochodów dookoła, bo kierunkowskazom ufać nic a nic nie można. Przyzwyczajam się już do tego.

Jest jeszcze jedna rzecz, która w jeździe Portugalczyków mnie nieco zaskoczyła i dla mnie jako kierowcy bywa uciążliwa. Oni zatrzymują się zawsze, jak tylko widzą pieszego przy przejściu. Problem w tym, że czasem robią to naprawdę w ostatniej chwili i trzeba ostro dawać po hamulcach. Piesi też nie rozejrzą się na boki, tylko idą, ufając widocznie kierowcom i swoim aniołom stróżom. Co ciekawe, nie spotkałam się mimo wszystko jeszcze z przypadkiem potrącenia pieszego.

Ogólnie mało wypadków tu oglądam, chociaż sporo samochodów porysowanych i pogniecionych jeździ. Ale jeżdżą i to jest najważniejsze :)

PS. Zbieram się do nowego wpisu blogowego, ale nie wiem, czy nie dopiero jutro, bo coś śpiąca jestem…

Wpis w kategoriach: Z pamiętnika rezydentki |

Przerwa na reklamę

Kategorie

Archiwum