17 listopada 2009
Wpis w kategoriach: Tajlandia, Z podróży | Tematy: Ao Phang Nga, buddyzm, jaskinia, Ko Yao Noi, park narodowy, Phetchaburi, Phuket, plaża, pociąg, świątynia, transport, wyspa, zamek
Z Ko Muk wydostajemy się bez trudu. Najpierw wrzucamy bagaże na przyczepkę motorka, a potem sami zostajemy podrzuceni skuterkami na molo. Ci miejscowi to mistrzowie jazdy na skuterkach: kałuże im niestraszne, zakręty, nierówności, błoto. Dojeżdżamy bez jednego zachlapania! Dojeżdżają też nasze bagaże. Pakujemy się na długą łódkę. Po drodze z innego resortu zgarniamy jeszcze jakiegoś Niemca. Wkrótce docieramy na stały ląd.

Na stałym lądzie czeka na nas busik. Ale co to za busik! Jak dla tajskich książąt i księżniczek. Kremowa skórzana tapicerka, przestronnie, klimatyzacja, rozkładane fotele, wielkie głośniki. Tylko muzyki brak. Maja na jednym z przystanków kupuje jakąś najtańszą płytę. I muzyka jest. Przy okazji kupujemy też lody kukurydziano-groszkowe. To nie jest to, co tygrysy lubią najbardziej :)
Naszym full wypas busikiem jedziemy na molo na Phuket. Do tej pory nie pojmuję idei wiezienia nas dookoła zatoki, ale ok. Busik wyrzuca nas na miejscu, gdzie za 120 bahtów od osoby łapiemy prom na Ko Yao Noi. Prom to taka stara, niebieska łajba. Poza pasażerami zabiera też zapasy żywności na wyspy Ko Yao Yai i Noi. I kilka baniaków z benzyną. Mogliśmy wziąć wodolot za 200 bahtów, ale po co przepłacać ;) Poza naszą grupą tylko jeden biały człowiek płynie w tamtym kierunku. Sobie wybraliśmy niszowe i mało turystyczne miejsce. Ale fajne, z klimatem za to!
Wracając do łajby – płynie strasznie wolno, ale pruje wodę i rozbryzguje ją na boki tak, że aż zachlapuje to, co jest na pokładzie. Siadam na dziobie, gdzie mniej chlapie. Jest sucho, wiatr i słońce czyli bardzo przyjemnie. W oddali majaczą skaliste klocki parku narodowego Ao Phang Nga porośnięte zielonym gąszczem roślinności. Po niecałej godzinie rejsu wyskakujemy na Ko Yao Noi.
Co nie znaczy, ze jesteśmy na miejscu. Z przystani łapiemy miejscowego tuk-tuka czyli busika z miejscami siedzącymi na pace i za 80 bahtów od łebka jedziemy do naszych domków. Jasmin, właścicielka domków, to jasnowłosa Niemka, która siedzi w Tajlandii od 7 lat. Z domków mamy super widok na wysepki parku narodowego.
Kolejny dzień przeznaczamy na eksplorację tych wysepek. Wynajmujemy długą łódkę, która ma nas obwieźć po najładniejszych miejscach. Niestety rezygnujemy z wizyty na Wyspie Jamesa Bonda, bo jest za daleko. Ale inne też zapowiadają się ciekawie. Zapowiadają. Bo nasz kapitan zabiera nas najpierw do pięknej laguny, a potem tylko w dwa miejsca. Ładne, owszem. Ale trochę niedosyt. Chociaż na ostatniej wyspie mamy ubaw po pachy, jak z innej łódki wysiada grupa turystów i idzie plażować, a w tym czasie obsługa rozstawia im maty, stoliki, zimne napoje, świeże owoce, pyszne dania i wszystko przystraja kwiatami. A obok inna grupa turystów raczy się szampanem. A my… zimny ryż z warzywami ze styropianowego pudelka i woda :)

Ja szczerze mówiąc zaczynam mieć dość plażowania, pływania i nie robienia niczego. Dobrze więc, że następnego dnia z Agą zbieramy się trochę wcześniej od wszystkich, płyniemy długą łódką na Phuket, gdzie wskakujemy w miejscowy autobus (ciężarówka z miejscami siedzącymi na pace i daszkiem), który wiezie nas na dworzec autobusowy. Miejscowi bardzo starają się nam pomóc, żebyśmy na pewno na ten dworzec trafiły. I rzeczywiście, autobus wysadza nas centralnie pod dworcem.

Kupujemy bilety do Phetchaburi (autobus jest do Bangkoku, mamy wysiąść po drodze) i idziemy na mały spacer po Phuket Town. Przez przypadek znajdujemy najstarszą chińską świątynię w mieście. Bardzo przyjemne miejsce. Takie… chińskie :)
Wskakujemy w nasz klimatyzowany autobus, żeby wydostać się z Phuketu. Ruszamy o 18:30. Najpierw słuchamy na maksa głośnych piosenek tajskich, a potem mamy szansę obejrzeć jakiś strasznie skomplikowany horror. Również tajski. Chyba, bo nic nie rozumiemy. Potem gasną światła. O północy światła się zapalają, a pasażerowie zaproszeni są na posiłek. Ja sobie odpuszczam, Aga idzie coś przekąsić. O 4:30 znowu zapalają się światła, podchodzi do nas pani i mówi, ze to Phetchaburi. Ok, czyli wysiadamy. Dostajemy plecaki, rozglądamy się.
Ale to nie jest dworzec! Pani pokazuje, że taxi w prawą stronę, zamyka drzwi i autobus odjeżdża. Zostajemy przy autostradzie. Taksówka to nie do końca taksówka, tylko skuterek. Chwilę negocjujemy podwiezienie nas do hostelu, tłumacząc panu, że we dwie z plecakami na skuter to nie zadziała. Ni stąd, ni z owąd pojawia się drugi. Ok, ruszamy do hostelu, gdzie czekają na nas dwa miękkie łóżka.
Aha, tak nam się tylko wydaje. Panowie wysadzają nas pod hostelem i odjeżdżają, a ten okazuje się – mimo uprzedzenia, że będziemy w nocy – zamknięty na cztery spusty. Recepcji nie ma, do pokojów drzwi pozamykane. Próbujemy dzwonić, pukać, nic. Patrzymy na zegarek, jest po 5:00. Niecała godzina do wschodu słońca. Aga kładzie się spać na ławeczce pod hostelem, ja biorę się za książkę.
Przed 7:00 pojawia się lekko zdziwiony pan z obsługi i zaprasza nas na śniadanie. Wsuwamy tosty z dżemem, zapijamy herbatą. Ogarniamy się trochę, zostawiamy plecaki w hostelu i ruszamy na zwiedzanie Phetchaburi.
Zwiedzanie zaczynamy od dwóch jaskiń, w których znajdują się świątynie buddyjskie. Jednak pierwsze, co nam się rzuca w oczy, to mnogość małp. Prawie jak w Świątyni Małp w Galcie w Indiach. Jaskinie są niesamowite! W delikatnym świetle sączącym się z góry przez otwory w skalach migoczą złote statuetki Buddy.

W każdej ze świątyń jest jeden Budda leżący i niezliczone wprost ilości statuetek Buddów siedzących. Nie wiem za bardzo, czemu jest ich aż tyle. Większość statuetek jest pomalowana na złoto, niektóre są drewniane i pomalowane na beżowo. Pod sklepieniem drugiej z jaskiń fruwają nietoperze. Wiec Buddowie są niestety w części pokryci guanem. Ale inne statuetki trzymają kwiaty lotosu. Są też statuetki, które w rękach trzymają mniejsze statuetki.

Po wizycie w świątyniach jedziemy jeszcze na wzgórze zamkowe. Na mnie nie robi wrażenia, może też ze względu na dokuczliwy upał, który nie pozwala mi się zbyt skupić na tym, co oglądam. Potem jeszcze rynek, obiad i ruszamy na stację kolejową. I teraz uwaga! Bilet na trzecią klasę (czyli pociąg wyglądający tak, jak nasze podmiejskie, tylko dodatkowo z wiatrakami pod sufitem) kosztuje 34 bahty! Dla porównania puszka coca-coli 15-20 bahtów, taksówka z dworca w Bangkoku do Florka 65 bahtów, taksówka z lotniska w Bangkoku do Florka 350 bahtów, obiad ok. 100-150 bahtów. Powiedzieć, że podróż koleją jest tania jak barszcz to bardzo przecenić podróż koleją :)

A jakość podróży zupełnie nieadekwatna do ceny. Na plus dla jakości. Wprawdzie nie ma klimatyzacji ale siedzenia są miękkie. Nie ma tłumów. Okna się otwierają, a wiatraki kręcą. Tylko silnik ryczy jak w zepsutej ciężarówce. Przez korytarz co jakiś czas przechodzą sprzedawcy napojów i jedzenia. Podróż trwa 4 godziny. Spędzamy ją z Agą na czytaniu książek. W Bangkoku jesteśmy prawie punktualnie, tylko 20 minut po czasie. Niesamowite! Naprawdę warto!
Podobne wpisy:
-
Chiang Rai ekspresowo Podróżowanie uczy, że plany powinny być elastyczne, a głowa otwarta. Po tym, jak zaczęłam tym mądrym stwierdzeniem, można się bez...
Dostać się na Ko Lipe… Jak to ujął Tomek, Hat Yai jest jak czarna dziura. Prawie nie sposób stamtąd wyjechać! A my chcemy się dostać...
Po drugiej stronie rzeki Wstajemy w środku nocy, czyli o 10:00 (4:00 rano czasu polskiego). Wstawanie idzie nam na tyle długo, że z domu...
Przystanek w Kalaw Zdezelowany autobus podskakujący na nierównej, wąskiej drodze znowu się zatrzymuje. Nie wiem już, czy zbiera siły do kolejnego podjazdu pod...
Spodobał Ci się wpis? Polub, dodaj +1, skomentuj, podyskutuj! Dziękuję :)








Ależ tak, to co tak bardzo Was zdziwiło na wyspie, gdzie dla turystów rozłożono na plaży maty, stoliki , kwiaty to chyba przyjęcie dla Edzi Górniak. Była ostatnio w SPA w Tajlandii i bardzo zachwyca się tajską kuchnią.Nawet coś próbowała tajskiego w TVN ugotować.
No, ale odczytuję między wierszami znudzenie, zmęczenie, mniejszy entuzjazm.Niebawem humorki Wam się poprawią.W Polandii szaro, deszczowo, ciepełko w domu bije od kaloryfera, już pichcimy bigosy, wybieramy ozdoby choinkowe….Będziecie zachwycone jak wrócicie
Mnie to w sumie nawet nie tyle zmeczyla podroz, co zaczelo nudzic plazowanie :) Ale znowu jestesmy w Bangkoku, znowu cos sie dzieje. Fajowo jest! :)