9 kwietnia 2011
Wpis w kategoriach: Ze stron świata | Tematy: Australia, Australia: Gdzie kwiaty rodzą się z ognia, książka podróżnicza, Marek Tomalik
Kiedy wpadła mi w ręce książka Marka Tomalika od razu się ucieszyłam, bo choć w Australii jeszcze nie byłam, to kraj ten mnie wielce fascynuje. Położony po drugiej stronie globu, totalnie egzotyczny i tajemniczy. Autor uchyla rąbka tajemnicy i pozwala w wyobraźni odwiedzić święte miejsca Aborygenów, przejechać się szlakiem Canning Stock Route i poszukać opali. Kniga grubawa, ładnie wydana i opatrzona wieloma zdjęciami. Dobra i do autobusu i na wieczór na kanapie.

Zacznijmy zatem od wstępu, gdzie Marek Tomalik wyjaśnia, dlaczego właśnie Australia i jak tam trafił. Bo sama zastanawiam się, jak to zrobić, by tam w końcu trafić. Autora zaprosili Australijczycy, a pieniądze na podróż na drugą stronę świata zawsze udaje się zebrać w magiczny sposób. I tak to się kręci. Ja do wyjazdu do Australii podchodzę z pewną dozą nieśmiałości. Ciągnie, ciągnie, ale… mam wrażenie, że to jeszcze nie ten moment.
Jest jednak ważna kwestia, którą porusza Marek Tomalik, a pod którą podpisuje się obiema rękami. Gdybym chodził do pracy powiedzmy przez 20 lat, codziennie tą samą trasą, w tych samych godzinach, – pisze autor – to z tego czasu zapamiętałbym może kilka chwil: awans, niespodziewaną premię albo moment porażki. Reszta w mojej głowie zlałaby się w jeden długi dzień. Mam dokładnie te same odczucia i dlatego tak ciągnie mnie w świat! W ciągu jednego dnia w podróży mogę przeżyć i doświadczyć więcej niż w ciągu tygodnia takiego samego jak kilkanaście wcześniejszych tygodni spędzonych na zasadzie praca – dom – praca – dom – … – weekend – praca – dom.
Okay, jedziemy zatem do Australii. Na pierwszy ogień w książce idzie… ogień. Niszczycielskie pożary buszu pozwalają także przyrodzie odradzać się. Marek Tomalik opisuje to bardzo obrazowo, czytając można prawie poczuć ten żar od buchającego ognia. Za chwilę z kolei ruszamy śladami Pawła Edmunda Strzeleckiego dołączając w wyobraźni do wyprawy Strzelecki Traces Expedition 2004. Potem szukamy opali, by po chwili przejechać z autorem wzdłuż Canning Stock Route. Marek Tomalik prowadzi nas skomplikowanymi Aborygeńskimi Ścieżkami Snu i opowiada o gorączce złota. Poznajemy mentalność Australijczyków, obserwujemy kangury, a na koniec uczymy się, jak przyrządzić mięso na łopacie. A to tylko główne tematy, bo tych pobocznych, nawiązań, opowiastek i ciekawostek znajdziemy w książce całe mnóstwo.
Dla wszystkich, którzy po przeczytaniu Australii postanowią sprzedać samochód, wynająć mieszkanie i ruszyć na podbój tego fascynującego kontynentu Marek Tomalik na podstawie własnego doświadczenia przygotował krótki poradnik buszmena i słowniczek australijskiego angielskiego. Praktyczna rzecz. Jednak z całej książki wysnułam wniosek, że choć piękna, Australia potrafi być groźna. Do takiej eksploracji trzeba się naprawdę dobrze przygotować!
Jak wspominałam, książka jest ładnie wydana, na śliskim papierze (choć dla mnie nie jest to koniecznością) i opatrzona wieloma fotografiami. Zdjęcia, przyznaję, widywałam już piękniejsze, choć te brzydkie nie są. Wydają się takie zwyczajne, jakie pewnie każdy z nas by zrobił będąc w tych miejscach. Nie podrasowane przesadnie Photoshopem, ale za to dobrze ilustrują to, co opisane jest słowami.
Książkę polecam nie tylko osobom zafascynowanym Australią. Naprawdę wciąga!
Podobne wpisy:
-
Katarzyna i Krzysztof Świdrakowie: Ucho na świat Tak to czasem bywa, że ktoś potrafi dość ciekawie opowiadać, ale z pisaniem sporo gorzej. Katarzyna i Krzysztof Świdrakowie są...
Tomek Michniewicz: Samsara. Na drogach, których nie ma O książce Tomka Michniewicza słyszałam już wcześniej, ale do ręki wzięłam ją w zasadzie dopiero z obowiązku, kiedy miałam napisać...
Anna Dziewit-Meller i Marcin Meller: Gaumardżos! Do tej książki podeszłam na początku z rezerwą. Z dwóch powodów. Po pierwsze – jakoś nigdy szczególną sympatią nie darzyłam...
Daniel Kalder: Zagubiony kosmonauta Myślał ktoś kiedyś o wyjeździe do Kazania? Ręka do góry, kto kiedykolwiek słyszał o Eliście. Okej, a kto tam był?...
Spodobał Ci się wpis? Polub, dodaj +1, skomentuj, podyskutuj! Dziękuję :)








Wstęp o awansach bardzo mi się podoba i sprawia, że sam pan Tomalik już mi się podoba ;)
Australia ma w sobie coś, co ciągnie. Ale z drugiej strony – sama cena bilety potrafi zabić (wg skyscannera z Polski za mniej niż 4900zł nie polecimy). A sama tez podobno tania nie jest. Ale to musi byc Przygoda przez wielkie P! Ale gdybym miała coś sprzedać i ruszyć w podróż, raczej nie byłby to ten kierunek. Przynajmniej dziś.
Polecam albumy mojego znajomego z dawnych czasów z Australii (tzn polecam wszystkie albumy i jego i żony bo są niesamowite) https://profiles.google.com/michal.mochon#michal.mochon/photos/5220214891234753665 z Australii ma jeszcze kilka oprócz tego m.in. z Sydney. I z Nowej Zelandii ale to już zupełnie inna historia…
Niestety, bywa drogo i bardzo drogo z tego, co się orientuję. Dlatego biorąc pod uwagę samą cenę biletu myślę, że na 2-3 tygodnie to nie ma co się tam wybierać. 2-3 miesiące to już tak, ale wtedy trzeba być też solidnie finansowo przygotowanym (nawet zakładając opcje taniego spania czy różnych sposobów na obniżanie wydatków).
Mam swój tajemny plan na Australię i kiedy go w przyszłości zrealizuję, to wierzę, że będzie o czym czytać na drugim blogu :) Póki co sama wczytuję się w książki :)
Solidne przygotowanie finansowe i konieczność rzucenia kolejnej już pracy hehe
Cóż, praca albo podróże… Albo – najlepiej – praca w podróży!
To by było coś :)
Marzyć o podróżach trzeba,
a na pewno część z nich zostanie zrealizowana.
Czytając ten blog
mam coraz bardziej chęć wyruszyć w świat. :-)