3 sierpnia 2010
Wpis w kategoriach: Z pamiętnika rezydentki |
Jeśli to prawda, że trening czyni mistrza, to niedługo zostanę mistrzem koperty. Nie, nie, nie! Nie biorę łapówek. Nie specjalizuję się tudzież w ich dawaniu. Ale za to parkowanie w dziwnych miejscach i niewielkich lukach między innymi samochodami powoli przestaje być mi straszne.

Kiedy tu przyjechałam, sezon dopiero się zaczynał i nieznalezienie wolnego miejsca do zaparkowania pod hotelem graniczyło z cudem. Teraz z cudem graniczy znalezienie wolnego. Czasem trafi się jakaś niewielka przestrzeń, dziura… Do tej pory sobie to odpuszczałam, nie chcąc przypadkiem porysować Strzałeczki i szukałam czegoś wolnego trochę dalej. Do czasu!
Czas przyszedł, kiedy dwa razy pod rząd szukając miejsca, w którym mogłybyśmy z mamą zaparkować, odpuściłam sobie, myśląc, że jeśli chodzi o kopertę to takie parkowanie zdecydowanie nie jest moją domeną. No i zaraz, zaraz… przyszło otrzeźwienie. Jak to nie jest? Inni mogą, a ja nie? Nie wyjdzie raz, drugi, trzeci, za czwartym wyjdzie. Teraz dziurze nie przepuszczę!
I zaczyna wychodzić. Wcisnęłam dzisiaj autko w taką maleńką luczkę, że sama byłam w szoku, jak to się udało. Bo samochód przede mną zrezygnował. A też niewielki był – jakieś clio. I tak sobie myślę – ha! No to teraz udowodnię, że się da. I się dało :) Rzeczywiście gabaryty aygo ułatwiają tego typu manewry, ale od czegoś trzeba zacząć…
Bo u mnie z parkowaniem zawsze było dużo gorzej, niż z samą jazdą. Jeździć samochodem lubię, a niektórzy twierdzą nawet, że umiem ;) A parkowanie jakoś tak mi nie wychodziło. To teraz nie ma wyjścia, musi wychodzić. Zresztą, zaczynam być jak Portugalczycy, oni samochody wciskają wszędzie.
Inna rzecz, że niestety nie tylko pod tym względem zaczynam być jak oni. Przestaję już też na przykład powoli zwracać uwagę na kierunkowskazy. Bo jedzie sobie taki Portugalczyk, włącza kierunkowskaz przy zmianie pasa i zapomina go wyłączyć. Jedzie więc kolejne 20 kilometrów z włączonym kierunkowskazem i teraz bądź tu mądry, jak do niego dojeżdżasz: zapomniał, czy zamierza skręcić?
Albo odwrotnie. Zmienia pas ruchu i kierunkowskazu nie włącza. Wolna amerykanka (czy raczej wolna portugalka) panuje też na rondach. Przy zjeżdżaniu z ronda najczęściej nie sygnalizuje się swojego zamiaru. Trzeba obserwować tor jazdy samochodów dookoła, bo kierunkowskazom ufać nic a nic nie można. Przyzwyczajam się już do tego.
Jest jeszcze jedna rzecz, która w jeździe Portugalczyków mnie nieco zaskoczyła i dla mnie jako kierowcy bywa uciążliwa. Oni zatrzymują się zawsze, jak tylko widzą pieszego przy przejściu. Problem w tym, że czasem robią to naprawdę w ostatniej chwili i trzeba ostro dawać po hamulcach. Piesi też nie rozejrzą się na boki, tylko idą, ufając widocznie kierowcom i swoim aniołom stróżom. Co ciekawe, nie spotkałam się mimo wszystko jeszcze z przypadkiem potrącenia pieszego.
Ogólnie mało wypadków tu oglądam, chociaż sporo samochodów porysowanych i pogniecionych jeździ. Ale jeżdżą i to jest najważniejsze :)
PS. Zbieram się do nowego wpisu blogowego, ale nie wiem, czy nie dopiero jutro, bo coś śpiąca jestem…
Spodobał Ci się wpis? Polub, dodaj +1, skomentuj, podyskutuj! Dziękuję :)






No jesteś!
Bo już mi Ciebie zaczynało brakować:)))
pozdrawiam z Poznania,
ania
No własnie, dzień bez bloga, jak nie dzień:)
Musze też poćwiczyć parkowanie:)
Dziewczyny, no to już wracam, obiecuję :)
ta południowa, wolna amerykanka jest zastanawiająca:) skuterki, motory, kierowcy nie przestrzegający przepisów, piesi przechodzący na czerwonym świetle…i mało wypadków
Też mnie to zawsze zastanawiało, jak oni to robią?
W Egipcie to samo było – każdy jedzie jak chce, a się nie stukają… ciekawe :)