2 maja 2010
Wpis w kategoriach: Belgia, Z podróży | Tematy: Brugia, chrześcijaństwo, kanały, Lista Światowego Dziedzictwa UNESCO, pamiątki, starówka, świątynia, UNESCO
Nie wiem, kto u dystrybutora filmu w Polsce wpadł na tak genialny pomysł, żeby przetłumaczyć tytuł In Bruges (tłumaczenie dosłowne: W Brugii) jako Najpierw strzelaj, potem zwiedzaj. Trzeba naprawdę pogratulować ułańskiej fantazji. Ponieważ jednak to przez ten film teraz tutaj jestem, to oświadczam oficjalnie: najpierw strzelałam, a potem zwiedzałam. Strzelałam wczoraj. Zwiedzanie dzisiaj :)

Dzień rozpoczyna się deszczowo. Za oknem plucha, zimno i wieje. Ale co tam! Kiedy deszcz trochę ustaje, wychodzimy i zabieramy ze sobą foliowe pelerynki, które Klara kupiła jeszcze przed wyjazdem. Kiedy docieramy na Burg, zaczyna znowu siąpić. Klara wskakuje w swój zielony, elegancki płaszczyk przeciwdeszczowy. Chcemy obejrzeć bazylikę, gdzie przetrzymywane są relikwie z krwią Jezusa, ale akurat jest zamknięta.
Idziemy więc na Markt. Naszym celem jest wieża zegarowa, z której skoczył Ken chcąc ostrzec Raya, że do Brugii przyjechał Harry. Nic z tego, w rzeczywistości nie dałby rady – okna na szczycie wieży są zakratowane. W przeciwieństwie do smutnego biletera z filmu, na kasie siedzi uśmiechnięta i miła pani. A żeby wejść na górę, trzeba zapłacić nie 4,90 euro (jak chciał Ken), nie 5 euro (jak chciał smutny bileter) tylko aż 8 euro! Drogo, drogo, szczególnie, że połowa platformy na szczycie wieży jest zamknięta bo trwa renowacja mechanizmu zegarowego, wiec zamiast na cztery strony świata można spojrzeć tylko na dwie. Jedno się zgadza. A bunch of fuckin’ elephants nie powinni tam wchodzić, bo jest naprawdę ciasno i stromo.

Z Marktu idziemy pokręcić się trochę nad kanałami. Zaglądamy do sklepów z czekoladą, których jest tutaj zatrzęsienie. Brugia czekoladą stoi. Poza czekoladą i piwem jako pamiątkę stąd można przywieźć coś koronkowego. Ale piekielnie drogie te koronki. Idziemy zajrzeć do miejscowego browaru, ale na miejscu okazuje się, że zwiedzanie tylko z przewodnikiem i tylko o pełnej godzinie. A jest równo 15:30. Ok, no to wracamy do bazyliki z krwią, ta powinna być już otwarta.

No i jest. Co więcej, trafiamy na moment, kiedy fiolka z krwią jest wystawiona na widok publiczny i można podejść, wrzucić trochę kasy do skarbonki i dotknąć relikwii. Z bliska krew nie wygląda wcale jak krew, nie wygląda nawet jak strupek, tylko jak żółta gąbka. Fiolki pilnuje ksiądz, a pod schodami stoi pan, który wpuszcza chętnych do obejrzenia relikwii pojedynczo i pilnuje, żeby być cicho.

Po tej atrakcji postanawiamy zrobić coś, co każdy turysta w Brugii zrobić musi, czyli przepłynąć się łódką po kanałach. Przyjemność ta uszczupla nasze portfele o 6,90 euro (od osoby), a wycieczka trwa pół godziny. Po drodze nasz łódkowy opowiada po francusku i angielsku o atrakcjach, jakie mijamy po drodze. Dowiadujemy się na przykład, że w Brugii płacono kiedyś podatek od ilości okien, wiec wielu właścicieli zamurowywało wybrane okna, żeby zmniejszyć swoje obciążenie fiskalne. Czyli kombinatoryka. Jak zwykle w przypadku skarbówki :)

Brugia przyjemnym miastem jest. W słońcu na pewno. Ale podczas szarugi też ma swój urok. Szczególnie boczne uliczki, które są prawie puste. Mogłabym po prostu chodzić po tym mieście jeszcze z tydzień i pewnie prędzej czy później by mi się znudziło, ale sądzę, że jeden dzień na wizytę w Brugii to jednak za mało.

Podobne wpisy:
-
Dwa światy Przeglądam zdjęcia z dzisiejszego dnia i nie do końca mogę uwierzyć, że jeszcze rano byłam w Brukseli, w dodatku w...
W Brugii Sam początek filmu In Bruges (nie mogę się przekonać do używania polskiego tytułu :) Ray i Ken przyjeżdżają do miasta....
Belgijska logistyka Belgia żegna nas deszczem. Pada od samego rana. Przydają się foliowe peleryny, które kupiła Klara jeszcze przed wyjazdem. Leje w...
Sewilla z bliska Nie ma to jak poznawać miasto z kimś, kto je dobrze zna i lubi. Można trafić do miejsc, gdzie raczej...
Spodobał Ci się wpis? Polub, dodaj +1, skomentuj, podyskutuj! Dziękuję :)





