Różowe orzechowe niebo w gębie prosto z Ugandy

Kiedy kucharka w przydrożnej knajpce nabiera chochlą z aluminiowego gara jakąś podejrzanie różową maź wzdragam się i chcę odmówić odsuwając odruchowo talerz poza jej zasięg. Wygląda to paskudnie, ale w tym momencie odzywa się rozsądek. Jak nie spróbujesz, to nie będziesz wiedziała, jak to smakuje. To prawda. Niepewnie podsuwam z powrotem talerz, uśmiecham się do kobiety z chochlą i skinieniem głowy zachęcam, by nałożyła mi porcję.
– Tylko trochę – proszę, ale w tej samej chwili różowa papka z cichym pacnięciem ląduje na ryżu, zielonych bananach i fasoli, które nałożyłam sobie wcześniej. Dziękuję, uśmiecham się i idę do stolika.

Binyebwa

Binyebwa, bo tak nazywa się różowa papka, to sos z orzeszków ziemnych tradycyjny dla ludu Baganda, mieszkańców królestwa Buganda znajdującego się na terenie Ugandy. Po pierwszym kęsie wszystkie wątpliwości, jakie miałam przy nakładaniu sosu, znikają jak ręką odjął. Papka jest przepyszna, z wyraźnym posmakiem orzeszków.
– Jutro po tropieniu goryli też chcę to zjeść na obiad – mówię do Ismaila, mojego przewodnika po Ugandzie. – Powiesz mi, jak się robi tę pastę?
– Zobaczysz… – odpowiada Isma.

Kolejnego dnia, gdy zatrzymujemy się na posiłek, bez wahania nadstawiam talerz.
– Miałeś mi powiedzieć, jak się to przyrządza – przypominam Ismie.
– Czekaj – przewodnik odwraca się i przywołuje kucharkę. – Pokaż jej proszę, jak gotujesz pastę z orzeszków.

Łapię za aparat i notes i ruszam za kobietą. Mijamy kontuar i wchodzimy do niewielkiej kuchni. Już pomijam fakt, że nasz sanepid natychmiast by ją zamknął, ale przecież jedzenie było wyśmienite i nikt się niczym nie zatruł. Rozglądam się po półotwartym pomieszczeniu. W kącie na palenisku dostrzegam aluminiowy kociołek bez uchwytów, znany mi z Kenii pod nazwą sufuria. Kociołek pełny jest bulgoczącego różowego płynu z kożuchem i plamą oleju na wierzchu.

Binyebwa

– Bierzesz zmielone orzeszki ziemne i zalewasz je wodą – zaczyna kobieta, by po chwili przerwać i rzucić coś do drugiej kucharki w swoim języku. Ta druga zrywa się na równe nogi, łapie jakiś pakunek i podaje mi. Przyglądam się paczce, na oko kilogramowej, pełnej grubo zmielonego proszku.
– Macie taki proszek z orzeszków w sklepach w twoim kraju? – pyta kucharka.
– Nie… ale mamy orzeszki ziemne. Mogę kupić całe orzeszki i sama je zmielić – odpowiadam.
– To dobrze! Zalewasz te orzeszki wodą i wstawiasz na niewielki ogień. I gotujesz, bardzo często mieszając, aż część wody wyparuje a na wierzchu zacznie zbierać się warstewka oleju. To znaczy, że sos jest dobrze ugotowany.
– I to wszystko, żadnych dodatków?
– Często dodajemy w trakcie gotowania posiekane pomidory i cebulę
– kucharka sięga po dużą łyżkę i miesza w kociołku. Widzę kawałki czegoś większego i patrzę pytająco. – Dzisiaj dodałam też kawałki wędzonej ryby z jeziora, żeby było lepsze w smaku. Jak chcesz to możesz zamiast wędzonej ryby dorzucić sproszkowaną suszoną rybę.
– A jakie proporcje?
– Tak, żeby było smacznie…

Ważne jest, by do binyebwy nie używać prażonych orzeszków ziemnych, lecz surowych. Trzeba zemleć je na gruboziarnisty proszek. Zamiast dorzucania surowej cebuli i pomidorów do gotującej się papki można je wcześniej lekko podsmażyć na oleju. Oczywiście sos także solimy do smaku w trakcie gotowania.

Skąd różowy kolor sosu? Orzeszki ziemne odmiany spotykanej w Ugandzie mają bordową skórkę i lekko różowy kolor. Wody użytej do gotowania ma być prawie dwukrotnie więcej niż proszku orzechowego, ma się ona powoli wygotować, tak aby sos pod koniec gotowania zrobił się dość gęsty. Wytrącenie się oleju oznacza, że pasta jest gotowa. Isma mówi mi potem, że niedogotowane orzeszki grożą niestrawnością.

Matoke

Binyebwa najczęściej stanowi dodatek do matoke, czyli purée z popularnych na terenie Ugandy zielonych bananów. Jada się je tutaj dużo częściej niż posho czyli ugandyjską wersję ugali. Oprócz tego na stołach często gości ryż, bataty, maniok, gotowane warzywa czy duszona czerwona fasola. Czasem ryba lub mięso. Jedzenie jest dość proste, aczkolwiek pożywne.

Przekonuję się o tym próbując ugandyjskiego śniadania – matoke katogo. Ostatniego dnia safari na moim talerzu lądują cztery banany z sosem i czymś wyglądającym dość podejrzanie.
– A co to jest? – pytam Ismaila.
– To? Matoke to zielone banany…
– Nie, nie – dźgam widelcem coś, co towarzyszy bananom. – Co to jest?
– A to? To sos, a te kawałki mięsa to jelita kozie – udziela rzeczowej odpowiedzi Isma. Rozumiem już, czemu pół godziny wcześniej kucharka zdziwiła się, że tak chętnie przystałam na propozycję matoke katogo zamiast omleta. Sama ją poprosiłam o coś typowo Ugandyjskiego i teraz mam za swoje. Odkrawam kawałek banana i maczam go w sosie. Okazuje się, że jest pyszny! Ze smakiem zjadam dwa banany i stwierdzam, że więcej już nie wcisnę. A jelita? No cóż, może jestem mięczakiem, ale tu nie umiem się przełamać i jelita zostają na talerzu ;)

Matoke katogo

Jest jeszcze w Ugandzie kulinarno-lingwistyczna ciekawostka. Wiecie, co to Rolex? Tak, taki drogi zegarek. No więc w Ugandzie można roleksa zjeść! Nazwą tą określa się tu popularną przekąskę, również niesamowicie pożywną – placek chapati, na którym kładzie się omlet i zwija się toto razem w rulon. Potem w serwetkę i do ręki. Przekąska szybka, sycąca i tania!

Lubicie próbować dań lokalnej kuchni? Trafiliście kiedyś na jakąś potrawę, której nie byliście w stanie przełknąć? Zamierzacie wypróbować przepis na binyebwę?

Ewa

Cieszę się, że tu jesteś! Mam nadzieję, że spodobał Ci się i zaciekawił ten wpis. Jeśli tak, to będzie mi niezmiernie miło, gdy klikniesz Lubię to, dodasz +1 i podzielisz się wpisem ze znajomymi albo dołączysz do dyskusji! To dla mnie ważne, bo pokazuje, że warto dalej pisać. Masz uwagi, komentarze, pytania? Nie wahaj się, napisz! Cieszę się z każdego sygnału od Ciebie! Dziękuję :)

- Ewa a



Przeczytaj też...

43 komentarze

  1. Wygląda jak kakao. Zamierzam z całą pewnością tam pojechać i zdecydowanie wolę to niż gotowanie ;)

  2. Pamiętam, że wyglądała fatalnie :)

  3. Danie z bananów całkiem apetyczne :D Orzeszkowy sos mniej ;)

  4. To ja najpierw może zjem kolację, a potem wezmę się za czytanie :)

  5. A mi sos orzeszkowy bardzo smakował. Raz jedliśmy też orzeszki ziemne chyba gotowane w całości – też pychotka:-) Ciekawe czy z „naszych” orzeszków wyszedł by taki sosik :-)

  6. Pyszności :) Coraz bardziej kusi powrót do Afryki :)

  7. A która potrawa bezglutenowa jest?:D

  8. Gabi pisze:

    Chyba najbardziej egzotyczne, co mi się zdarzyło zjeść, to świnka morska… Ale tych jelit też bym chyba nie tknęła ;)

  9. z wyglądu niekoniecznie mi się podoba, ale jadłabym! ;)

  10. Ta pasta z orzeszków brzmi naprawdę smacznie – jakie szanse, że uda Ci się to przysłać do PL? :)

  11. monika jall pisze:

    Mazia wyglada na niejadalna, ale skusilabym sie na orzeszki, jelita tez wygladaja niejadalnie i chyba tak samo pozostawilabym na talerzu :)

  12. Mmalena pisze:

    No to mnie zaskoczyłaś :) Na początku pomyślałam jakieś słodkie świństwo ;-) ale jak doczytałam, że to z orzeszków i to w dodatku na słono :) Mniam :)

  13. Marta pisze:

    Dobrze, że wyjaśniłaś skąd różowy kolor, bo mnie to nurtowało od początku wpisu! Jestem uzależniona od wszelakich orzechów, więc chętnie bym spróbowała tej ugańskiej specjalności. Co do jelit kozich to chyba bym jednak podziękowała ;)

  14. Hah, w naszym przypadku też jelita by zostały na talerzu :P Też się z Michałem nie zgodzę, właśnie orzeszkowy sos wydaję się o wiele bardziej apetyczny… :D

  15. Agnieszka pisze:

    Najlepsze stwierdzenie dotyczące proporcji – żeby było dobre :D podobnie pytałam kiedyś znajomej z Indonezji jak długo dusić mięso z sosem co gotowała, to spojrzała na mnie dziwacznie i „no… to będzie widać i czuć kiedy „

  16. Wygląda nie najlepiej, ale po przeczytaniu dochodzę do wniosku, że to musi być smaczne!

  17. O matko i córko! Jestem przed obiadem i ten orzeszkowy sos chyba mi wywierci dziurę w brzuchu z głodu i ochoty :)

  18. Jareckiii pisze:

    Niczego w jedzeniu nie lubię tak jak odkrywania nowych, egzotycznych smaków – dzięki za propozycję. ;)

  19. Mała Piekarka pisze:

    Ten sos z orzeszków ziemnych przypomina z wyglądu twaróg rozciapany z truskawkami ;) Wiecie – taki jaki się dodaje do makaronu na słodko. Nie wpadłabym na to, że można ugotować sos z orzechów ziemnych. W ogóle gdy próbuję potraw z kuchni innych narodów często zastanawiam się jakim cudem te dania są tak proste i tak dobre. No i dlaczego wcześniej nie wpadłam, że można coś takiego przyrządzić ;D
    To danie z jelitami kozimi wygląda bardzo apetycznie. No, może poza tymi jelitami :D

    • Ewa pisze:

      Hahahha faktycznie, teraz jak o tym napisałaś to też tak to widzę, ale wcześniej nie wpadłam na ot porównanie do truskawek rozciapcianych z twarogiem :D I masz rację, czasami dopiero będąc gdzieś za granicą i próbując innych kuchni odkrywamy coś tak banalnego, że aż dziwimy się jak to możliwe, że sami wcześniej na to nie wpadliśmy. Dla mnie takim odkryciem była kiedyś na przykład sałatka szopska – zwykłe warzywa z działki ze słonym serem – prosta kompozycja a jakże smaczna!

  20. Tatiana pisze:

    :D dobre! i przepis wygląda na bardzo prosty. ja mam po różnych reportażach opory czasem przed próbowaniem (napisała ta od polecania jedzenia). bo bardzo często konkluzja w nich jest mniej więcej taka „ach jak super smakuje, potem idę na kuchnię i dostaję mdłości” ;) są rzeczy do których nigdy się nie przekonam i czasem rozsądek i jakiś pierwotny strach biorą górę. fascynuję mnie natomiast, nawet bez próbowania, różnorodność sposobów i produktów użytych do napełnienia żołądka. czasem prymitywne i okrutne, bo w wielu miejscach często z jedzeniem było krucho.
    a sos orzechowy aż spróbuję zrobić w domu!

    • Ewa pisze:

      Faktycznie czasem lepiej nie wiedzieć, co się dostaje na talerzu. I co ciekawe, to wszystko siedzi w naszych głowach, bo możemy zjeść coś ze smakiem i dopiero potem dowiedzieć się, co to było i wtedy nieświadomie zaczyna się rewolucja w żołądku. Mój znajomy zupełnie nieświadomie zjadł kiedyś ze smakiem surową wątrobę wielbłąda z cebulą. Dopiero potem dowiedział się, co to było. Jakby wiedział od początku to nie wiem, czy by się skusił :)

  21. Eleni pisze:

    To jedna z wielu przyjemności, gdy jadę do innego kraju. Wprost nie mogę się doczekać co podadzą i jak smakuje. Niektórzy z góry mówią, że nie lubią, chociaż nie spróbowali. Ja do takich osób nie należę. Co najwyżej ukradkiem by nie obrazić lokalnych wypluwam i wiem wówczas, że mi nie smakuje. Jak do tej pory nie trafiłam na potrawę, której nie mogłam zjeść lub miałabym jakieś opory, ale biorę pod uwagę, że jeszcze wielu rzeczy nie spróbowałam. Nie wiem np. czy zjadłabym pieczone robaki, ale słyszałam, że są chrupiące jak chipsy:):)

    • Ewa pisze:

      Ja kiedyś nie tykałam nic „podejrzanego”, ba nawet we Włoszech będąc jako dziecko nie ruszyłam pizzy ani makaronu! Teraz staram się próbować ile się da. Chociaż do jelit i innych podrobów nie umiem się przekonać, ale ich to nawet w Polsce nie tknę… Robaki faktycznie jak chipsy solone. Pasikoniki są dobre, tylko nóżki wchodzą między zęby ;)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*Pola wymagane. Adres e-mail nie zostanie opublikowany.
Ostatnio pojawia się bardzo dużo spamu i mój filtr czasem się gubi. Jeśli nie jesteś spamerem, a Twój komentarz nie ukazał się, daj mi o tym znać mailowo. Kontakt znajdziesz tu. Dziękuję!