Stolica zorganizowanego chaosu

Lubimy się z Kampalą od pierwszego wejrzenia. To znaczy ja ją lubię, bo podejrzewam, że moja osoba jest temu półtoramilionowemu miastu najzwyczajniej obojętna. Mi jednak podoba się tu od samego początku, bardziej niż w Mombasie, a tym bardziej Nairobi. Mała nie jest – rozlewa się na kilkunastu wzgórzach, a patrząc na nią z minaretu meczetu Muammara Kadafiego nie sposób ogarnąć jej wzrokiem w żadnym kierunku. Zabudowania ciągną się po horyzont. Mimo swojego ogromu, zgiełku i tłoku w centrum stolica Ugandy nie przytłacza, nie męczy, pozwala odetchnąć.

Kampala

Zwiedzanie miasta jest dla mnie taką wisienką na ugandyjskim torcie, którego głównym elementem było tropienie goryli górskich, a mniejszymi również podglądanie szympansów i safari w Parku Narodowym Królowej Elżbiety. Kampalę zostawiam sobie na deser i chcąc zrobić to na luzie oddaję się w ręce Waltera z Walter’s Tours i wyznaczonego przez niego przewodnika, Briana, którzy organizują dla mnie wycieczkę po najważniejszych punktach miasta na siedzeniu motocykla zwanego tutaj boda boda.

Kampala

Historia Kampali jest dość krótka. Miasto zaczęło rozwijać się dopiero pod koniec XIX wieku za sprawą Brytyjczyków. Wcześniej te dzikie tereny służyły jako pola łowieckie dla królów Bugandy (tak zwanych kabaków). Spotkać tu można było wiele zwierząt, między innymi piękne impale, od których pochodzi nazwa miasta. Brytyjczycy nazywali tę okolicę Wzgórzami Impali, co w lokalnym języku brzmiało mniej więcej Akasozi ke’Empala, a po skróceniu – Kampala. Miasto rozwinęło się początkowo na siedmiu wzgórzach, dzisiaj jednak rozlewa się dużo dalej. Kampala została stolicą Ugandy po uzyskaniu przez kraj niepodległości w 1962 roku. Wydarzenie to upamiętnia postawiony jeszcze przez Brytyjczyków Pomnik Niepodległości przedstawiający dziecko unoszone na rękach ku niebu, co symbolizuje nowo narodzony kraj wyzwolony z więzów kolonializmu.

Pomnik Niepodległości

Nasza wycieczka zaczyna się jednak poza centrum, w miejscu dość nieoczywistym – w Świątyni Bahaistycznej. Chociaż nazwa obiła mi się wcześniej o uszy to tak naprawdę nieco więcej o bahaizmie dowiedziałam się dopiero przygotowując się do wycieczki do Ugandy. Ta młoda, bo powstała w XIX wieku w Persji, religia zakłada jedność w każdym tego słowa znaczeniu. Łączy w sobie elementy innych religii takich jak islam, chrześcijaństwo, judaizm czy hinduizm. Promuje też równość – płciową, rasową, wyznaniową, narodową, a także pokój na świecie. I taka jest też sama świątynia – spokojna, pozwalająca się wyciszyć i wsłuchać w siebie, a osobom religijnym także w głos boga.

Świątynia Bahaistyczna

Zatrzymujemy się na niewielkim parkingu, z którego na spacer po świątyni zabiera mnie młody bahaita. Spacerowym tempem wspinamy się na wzgórze będące jednocześnie zielonym ogrodem pełnym przestrzeni, drzew i kwiatów. Wszystkie rośliny i rabatki wyglądają jak świeżo wypielęgnowane. Mój przewodnik staje przed tablicą, na której spisano podstawowe zasady bahaizmu i pokrótce przybliża mi historię tej religii. Następnie idziemy do domu modlitwy, stojącego na samym szczycie wzgórza. Wewnątrz dostrzegam dwie osoby w skupieniu siedzące w ławkach. Obok nich stoi półka z książkami, chyba w języku farsi lub arabskim. Urzekają mnie nieziemski spokój i cisza tego miejsca. Nie chcąc przeszkadzać wychodzę na zewnątrz by spojrzeć na rozciągający się ze wzgórza panoramiczny widok na Kampalę. Nie zauważam upływu czasu do momentu gdy Brian, mój przewodnik, woła, że trzeba jechać dalej.

Kampala

Nasza boda boda pruje to w górę to w dół po drogach koloru czerwonej ziemi. Jedziemy w kierunku centrum, na jedno z siedmiu oryginalnych wzgórz, zwane Kampala Hill, bądź też Starą Kampalą. To tutaj przy wsparciu Muammara Kadafiego postawiono Meczet Narodowy. Świątynię ukończono dziesięć lat temu, w 2006 r., a otwarto do użytku w 2007 r. Już z daleka zauważam jej ogrom, ale zsiadając z motocykla i spoglądając na budowlę szepczę krótkie wow! Brian zabiera mnie do niewielkiej budki przy parkingu, gdzie dwie kobiety owijają mnie chustami całą, łącznie z głową. Gorąco mi w tym ubraniu i zaczynam zastanawiać się, jak muzułmanki wytrzymują upały omotane taką ilością materiału. Cóż, pewnie kwestia przyzwyczajenia.

Meczet Muammara Kadafiego

Moja przewodniczka ma na imię Hawa, co jest suahilijskim odpowiednikiem Ewy. Śmiejemy się więc, że spotkały się dwie imienniczki. Hawa prowadzi mnie do głównej sali meczetu, przed wejściem do której musimy oczywiście zdjąć buty. Wnętrze jest oszałamiające, chociaż nie może się równać z takimi wspaniałościami jak Błękitny Meczet w Stambule czy Meczet Hassana II w Casablance. To jednak pierwsza świątynia islamska, którą mogę zwiedzić tak dokładnie, zaglądając w każdy zakamarek, łącznie z przeznaczonym dla imama podestem!

Meczet Muammara Kadafiego

W głównej hali meczetu mieści się ponad piętnaście tysięcy wiernych, do tego ponad tysiąc na galerii oraz trzy i pół tysiąca na tarasie. Hawa powoli oprowadza mnie po budowli zwracając uwagę na zdobienia ścian, kolory i kształty na dywanie, wykończenia żyrandoli. Wchodzimy też na galerię, by rzucić okiem na salę z góry. Potem już schodkami w dół i dalej ku minaretowi.

Meczet Muammara Kadafiego

Hawa ma dla mnie dobrą wiadomość – wchodząc na minaret mogę zdjąć hidżab. Błyskawicznie wyplątuję się z chusty, a następnie ruszam schodkami w górę by wspiąć się na najwyższy punkt w Kampali, skąd rozciąga się panoramiczny widok na całe miasto. Minaret w środku wygląda dość obskurnie, nie ociągam się więc ze wspinaczką, podciągając długą spódnicę, której nie mogłam jeszcze zdjąć, w przeciwieństwie do hidżabu. W końcu docieram na samą górę, wychodzę na niewielki tarasik i od razu doceniam brak chusty! Słońce cudownie oświeca twarz a wiatr rozwiewa włosy. Jest przyjemnie!

Meczet Muammara Kadafiego

We wspinaczce na minaret towarzyszy mi Brian, który najpierw daje mi chwilę by nasycić się widokiem miasta z góry, a potem zaczyna opowiadać. Obchodzimy minaret dookoła, zatrzymując się co chwilę by Brian mógł mi wskazać kolejne wzgórze lub charakterystyczny punkt miasta. I tak na jednym ze wzgórz (Mengo) widać pałac króla Bugandy. Dalej, na wzgórzu Namirembe, dostrzec można charakterystyczną sylwetkę katedry anglikańskiej. Szczyt wzgórza Lubaga zwieńcza katedra katolicka. Brian wskazuje mi też nowe centrum miasta oraz nieco bardziej nowoczesną dzielnicę z siedzibami banków i różnych przedsiębiorstw.

Kampala

Kampala widziana z góry jest rdzawo-zielona. Brąz ziemi, budynków i dróg kontrastuje z zielenią drzew i krzewów. Kolory są nasycone, intensywne. Obchodzę minaret kilkukrotnie, nie mogąc napatrzeć się na tę panoramę. W końcu jednak zaczyna robić się… chłodno. Tak, wiatr próbujący rozwiać mi włosy wcale nie jest gorący. Schodzimy więc na dół, wyplątuję się z chust i sukni, wskakujemy na motocykl i ruszamy dalej, na kolejne wzgórze.

Kampala

Motocykl toczy się w dół, potem pod górę i już po chwili mijamy budynek parlamentu Bugandy, zwany Nowym Szkockim Parlamentem lub Bulange. Nazwa szkocki wzięła się od szkiców kabaki Mutesey II, który przywiózł je wracając z wygnania w Szkocji w 1955 roku. Budowlę ukończono w 1958 r., a stoi ona dokładnie naprzeciwko królewskiego pałacu.

Parlament Bugandy

Dwa budynki łączy prosta droga o długości jednej mili, zwana Królewską Milą. Ciekawostką jest, że przez rondo na trasie prowadzi droga zablokowana bramą. Otwiera się ją na przejazd króla, by nie musiał on objeżdżać ronda niczym zwykły śmiertelnik.

Królewska Mila

Co to w ogóle jest ta Buganda, kim są jej królowie i jak się to wszystko ma do Ugandy, rządzonej przez prezydenta? Otóż Buganda jest tradycyjnym królestwem (jednym z kilku) w ramach Ugandy, rządzonym przez kabakę – króla. Ludność Bugandy nazywa się Baganda i stanowi największą grupę etniczną w Ugandzie – ponad 16% społeczeństwa. Historia królestwa sięga co najmniej XIV wieku, kiedy książę Kimera zjednoczył uciekinierów z sąsiedniego królestwa Bunyoro i został kabaką Bugandy. Od nazwy tego królestwa pochodzi nazwa całego kraju. Wraz z uzyskaniem niepodległości w 1962 roku zdelegalizowano w kraju królestwa, ale przywrócone zostały one w 1993 roku. Od tego czasu Buganda cieszy się swego rodzaju autonomią, jednak nadal pojawiają się napięcia na linii królestwo-państwo.

Kabakowie Bugandy

Przejechawszy Królewską Milę docieramy do Pałacu Królewskiego. Po raz kolejny zeskakuję z motocykla, by pozwiedzać okolicę pieszo. Przewodniczka pokazuje mi zbiory malusieńkiego muzeum Bugandy, prezentujące głównie fotografie, w tym portrety kabaków, ale także monety, koraliki i różne dokumenty. Potem idziemy przed sam pałac, który obejrzeć można tylko z zewnątrz. Szczerze mówiąc bardziej od pałacu interesowałyby mnie grobowce kabaków znajdujące się na wzgórzu Kasubi i wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO, te jednak po pożarze zamknięte są dla zwiedzających.

Pałac królewski

Przewodniczka prowadzi mnie na drugą stronę wzgórza do cel tortur utworzonych tu przez obłąkanego dyktatora Ugandy Idiego Amina Dady. W skrócie przybliża mi historię tego człowieka, który przejął władzę w kraju w 1971 roku, obalając rządzącego Miltona Obotę w drodze puczu wojskowego. Mając na ustach walkę z korupcją w rządzie sam wkrótce doprowadził do jeszcze gorszego stanu państwa, mając głęboko w poważaniu dobro zwykłych obywateli i prawa człowieka. Bez skrupułów pozbywał się przeciwników, zarządzał masowe eksterminacje i tortury. Wygonił z kraju Azjatów, przekazując ich majątki swoim poplecznikom. Doprowadził do ekonomicznego upadku państwa. Obalony został w 1979 roku w wyniku wojny tanzańsko-ugandyjskiej i zastąpiony na stanowisku przez Miltona Obote, który powrócił do kraju po wygnaniu będącym następstwem odsunięcia od władzy przez Amina.

Komory tortur Idiego Amina

Z królestwa Bugandy jedziemy do śródmieścia Kampali. Im bliżej ścisłego centrum miasta tym ciaśniej robi się na ulicach. Kilkukrotnie musimy zatrzymać się na światłach. Za którymś razem obok nas staje inny motorek, a na nim dwóch mundurowych z wymierzonym w moim kierunku karabinem. Panowie jednak nie celują we mnie specjalnie, raczej po prostu nonszalancko trzymają broń. Brian podjeżdża trochę dalej, tak na wszelki wypadek. Mężczyźni zupełnie nie zwracają na nas uwagi. W końcu docieramy do samego centrum i zeskakujemy z motocykla. Szybkie odwiedziny w mało interesującej świątyni hinduistycznej nie robią na mnie wrażenia. Dużo bardziej podoba mi się, gdy Brian prowadzi mnie do baru.

Świątynia hinduistyczna

Wchodzimy na trzecie piętro nie po to jednak, by usiąść i się napić, ale by rzucić okiem na plac, na którym panuje – jak to określa Brian – zorganizowany chaos. Rzeczywiście chwilę później moim oczom ukazuje się coś jakby dworzec autobusowy wypełniony szczelnie busikami znanymi mi z Kenii jako matatu. Wygląda to wszystko z pozoru bardzo chaotycznie, ale w tym szaleństwie jest jakaś metoda. Wystarczy przez jakiś czas wpatrywać się w plac by zauważyć, że pomiędzy busikami zawsze jest jakaś możliwość przejazdu. Że parkują one w grupach w zależności od tego, dokąd jadą i zabierają pasażerów. Że matatu odjeżdżają kiedy zapełnią się pasażerami, a ich miejsce za chwilę zajmują następne z niewidocznej na pierwszy rzut oka kolejki. Mimo pozornej dezorganizacji wszystko działa tu jak w zegarku.

Zorganizowany chaos

Za to też właśnie lubię Kampalę. Tej chaos, obecny przecież w wielu afrykańskich miastach, przyjmuje tutaj bardzo znośną formę. Nie męczy, nie przytłacza, nie sprawia, że człowiek ma ochotę natychmiast stąd uciec. Przyznaję, że mogłabym się tak wpatrywać w te matatu jak zahipnotyzowana, gdyby nie to, że Brian proponuje na zakończenie wycieczki przejażdżkę nad jezioro Wiktorii.

Jezioro Wiktorii

No to jedziemy! tym razem trwa to trochę dłużej, niż przejazdy pomiędzy kolejnymi punktami miasta, ale po prawie pół godzinie jesteśmy na miejscu. Miasto kończy się targiem rozłożonym tuż nad brzegiem jeziora. Można tu kupić wszystko od warzyw, przez jajka po oczywiście świeże ryby sprzedawane na aukcji. Zaglądamy na molo i idziemy w okolice, gdzie rybacy sprzedają to, co złowili, jednak stąd szybko wygania mnie mocny i drażniący zapach ryb. Nie zniechęca mnie to jednak do zamówienia na obiad tilapii prosto z jeziora Wiktorii. Duża smażona ryba z batatami i pomidorami spokojnie wystarcza by zaspokoić apetyt mój i Briana.

Tilapia z jeziora Wiktorii

Najedzeni, siedzimy jeszcze chwilę nad wodą i rozmawiamy. W końcu przychodzi jednak czas, by wracać. Po raz ostatni zakładam kask i Brian odwozi mnie do hostelu. Kampala zostawia bardzo wyraźny, miły ślad w moim sercu.

Informacje praktyczne

  • Walutą Ugandy jest szyling ugandyjski (UGX). Kurs wynosi 1 USD = 3500 UGX, 1 EUR = 4400 UGX.
  • Lotnisko znajduje się w Entebbe. Do Kampali można się z niego dostać taksówką (koszt to około 30 dolarów) lub busem Pineapple Express za 12 dolarów od osoby, który zatrzymuje się przy kilku wybranych hostelach w stolicy Ugandy.
  • Na zwiedzanie Kampali na boda boda wybrałam się z Walter’s Tours. Jej koszt to 40 dolarów.
  • W Kampali spałam w hostelu Fat Cat Backpackers. Położony jest on w spokojnej okolicy, niedaleko znajduje się centrum handlowe i kilka knajpek. Pokoje są czyste, obsługa sympatyczna, a śniadanie wliczone w cenę – bardzo smaczne. Dobrze działa bezpłatne WiFi. Z całego serca mogę polecić to miejsce. Kliknij tutaj, by sprawdzić dostępność pokoi.


Jak podoba się Wam Kampala? Chcielibyście ją odwiedzić, a może już tu byliście? Odwiedziliście kiedyś miasto, po którym spodziewaliście się niewiele, a mimo to zapałaliście do niego natychmiastową sympatią?

Ewa

Cieszę się, że tu jesteś! Mam nadzieję, że spodobał Ci się i zaciekawił ten wpis. Jeśli tak, to będzie mi niezmiernie miło, gdy klikniesz Lubię to, dodasz +1 i podzielisz się wpisem ze znajomymi albo dołączysz do dyskusji! To dla mnie ważne, bo pokazuje, że warto dalej pisać. Masz uwagi, komentarze, pytania? Nie wahaj się, napisz! Cieszę się z każdego sygnału od Ciebie! Dziękuję :)

- Ewa a



Przeczytaj też...

34 komentarze

  1. Gabi pisze:

    Bardzo fajny klimat :) Lubię duże miasta, są zazwyczaj pełne życia :)

  2. Widoki na miasto z góry są bardzo rozległe, aż przyjemnie popatrzeć. „Autobusowo” robi wrażenie, ale generalnie miasto prezentuje się dość dobrze zorganizowane – przynajmniej na zdjęciach. :D
    Co do miasta, które pozytywnie rozczarowało, to w moim przypadku jest to… Warszawa! Tyle negatywnych czy prześmiewczych komentarzy na temat stolicy słyszałam, a na miejscu okazało się, że Warszawa potrafi zaskoczyć i zauroczyć fajnymi zakątkami. :)

    • Ewa pisze:

      Nie pojmę tej niechęci jaka wiele osób darzy Warszawę. Ja bardzo lubię to miasto i jakbym miała mieszkać w Polsce to tylko w Warszawie :)

  3. charmante pisze:

    O nie, chaos, ja bym się tam czuła zagubiona. Te samochody, te tłumy. Przekonać mnie można by w takim wypadu było kuchnią :D Gdzie dają dobrze i smacznie zjeść, tam się zjawię ;)

    • Ewa pisze:

      Tylko ten chaos, tak jak piszę, jest dość pozorny. Wbrew pierwszemu wrażeniu jest zorganizowany. Człowiek nie czuje się w Kampali zagubiony ;)

  4. Świetny pomysł ze zwiedzaniem tak rozległego miasta motocyklem. Gdyby ktoś zaoferował nam takie rozwiązanie w Addis Abebie, pewnie zobaczylibyśmy więcej, niż korzystając z miejskiej komunikacji.
    Plac z zaparkowanymi busikami matatu robi wrażenie :)

    • Ewa pisze:

      Tak! Oczywiście można to też zrobić na własną rękę po prostu biorąc z miejsca do miejsca kolejne boda boda, ale ja byłam rozleniwiona i chciałam, by mi ktoś miejscowy pokazał miasto :)

  5. Super! Zieleń i rdza, zorganizowany chaos… myślę, że też bym polubiła:) Z bahaizmem pierwszy raz spotkałam się w izraelskiej Hajfie – tamtejsza świątynia robi zdecydowanie większe wrażenia od tej :)

  6. Szymon Król pisze:

    miałem tak z Kiszyniowem – okazał się chyba jedną z moich ulubionych stolic Europy, a był wszędzie opisywany jako moloch ;)

  7. Z ostatnich Kota Bharu w Malezji :)

  8. czasami tak jest, a czasami jest zupełnie odwrotnie – człowiek naczyta się i naogląda różnych zdjęć z danego miejsca, później pojedzie i jest wielkie rozczarowanie :)

  9. Monika Zarach pisze:

    Tak, znam, ale odwrotnie. Dużo słyszysz, czytasz a okazuje się, że zbyt przereklamowano zdjecia w PS ;)

  10. Eva Podolska pisze:

    tak mam tak w jedną i w drugą stronę! np. uwielbiam Kutę na Bali i nie wiem co ludzie widzą w Pradze. ;)

  11. Ja też raczej odwrotnie, w większości przereklamowane rozczarowania. Z tych pozytywnie zaskakujących to np. Oaxaca, Meksyk.

  12. Nadia pisze:

    Lubię czytać o miejscach, o których nic nie wiem. Lubię też sprawdzić na własnej skórze czy mi się spodoba ;).

  13. Konrad pisze:

    Polecam Caffè Bravo. Kampala. Super kuchnia. Smacznie i świeżo.

  14. WebTurysta pisze:

    Niesamowite miejsce, a dotego ten wszędobylski chaos, to musi być bardzo interesujące. Zdjęcia rewelka

  15. Gosc pisze:

    A ja odwiedziłem grobowce w 2016 mimo że są zamknięte dla zwiedzajacych;)

  16. Darek pisze:

    Bardzo dziękuję za atykuł .
    Wybieram się do Ugandy w lutym 2017.
    Podróż biznesowa -turystyczna , więc każdy opis o tym kraju jest dla mnie cenny.
    Pozdrawiam serdecznie.
    Darek

  17. Darek pisze:

    Pani Ewo ,
    Tak jak wspominałem , byłem w Ugandzie od 5 do 17 lutego.
    Niesamowity kraj, pełen kontrastów . Na pewno powrócę biznesowo , ale turystycznie również.
    Z braku czasu jeszcze dużo zostało mi do zobaczenia.
    Pozdrawiam serdecznie.
    Darek

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*Pola wymagane. Adres e-mail nie zostanie opublikowany.
Ostatnio pojawia się bardzo dużo spamu i mój filtr czasem się gubi. Jeśli nie jesteś spamerem, a Twój komentarz nie ukazał się, daj mi o tym znać mailowo. Kontakt znajdziesz tu. Dziękuję!