6 lipca 2010
Wpis w kategoriach: Egipt, Ze świata | Tematy: ludzie, zwyczaje, życie codzienne
Taki przewrotny trochę tytuł, biorąc pod wagę, że zgodnie z planami w najbliższym czasie w Egipcie nie zawitam. Ale to są trzy słowa, które chyba najczęściej słyszą turyści w kraju faraonów. Idziemy ulicą, a wszyscy się do nas uśmiechają, pozdrawiają i witają w swojej ojczyźnie. Czy to szczere powitanie, czy może wynikające ze świadomości, że bez turystów Egipt miałby bardzo ciężko, więc trzeba o turystów dbać – tego nie wiem. Ale inny tytuł dla małej galerii zdjęć osób, które stają na mojej drodze w tym kraju, po prostu mi nie pasował…

Pierwszego dnia w Kairze spacerujemy z Rafałem nad Nilem. Trafiamy do miejsca, gdzie młodzi kairczycy spotykają się – chyba na randki. W cieniu mostu siedzą pary: on i ona, trzymają się za ręce, popijają colę z puszki i rozmawiają. I nie mają oporów przed pozowaniem do zdjęć.

Na ulicach Kairu można dostrzec, jak tutejsza kultura ubioru miesza się z kulturą zachodnią. Kobiety nierzadko ubierają się po “europejsku”, narzucając na głowę jedynie tradycyjną chustę. Tylko nogawki spodni i rękawy muszą być zawsze długie.

Tradycjonalistki pozostają przy długich, czarnych szatach zakrywających wszystko. Czasem nawet twarze. Zdaję sobie sprawę, że jeśli chodzi się w takim ubiorze przez większość życia, to można się przyzwyczaić, ale nie wyobrażam sobie siebie tak szczelnie okrytej przy egipskich upałach.

Jak już przy upałach jesteśmy – meczet to nie tylko miejsce modlitw. Tutaj mężczyźni mogą się również schronić w cieniu przed gorącem.

Szczerze podziwiam umiejętności panowania nad równowagą u Egipcjanek. Przeniesienie na głowie takich tobołków nie należy raczej do łatwych zadań!

Tego pana i moją historię gry w karty już znacie, ale nie mogłam pominąć tego zdjęcia pisząc o Egipcjanach. Co ciekawe, byłam w tej kafejce jedyną kobietą – Egipcjanki nie przesiadują w knajpkach – ale przyjęto mnie naprawdę przemiło!

Czasem, jak powyżej, czuję się w Egipcie jak gość. Zdarza się jednak – i to nierzadko – że jestem traktowana jak bankomacik. Standardowe zajęcie całej rzeszy panów pilnujących atrakcji turystycznych – pokazanie jakiegoś miejsca albo sposobu pozowania i oczekiwanie za to bakszyszu.

Kiedy jednak turystów nie ma w pobliżu, można usiąść w cieniu świątyni i chwilę odpocząć pod wiekowymi hieroglifami.

To pracownik jednej z mnóstwa fabryk wyrobów z alabastru w okolicach Doliny Królów. Turyści przywożeni są do takiego miejsca, szybko pokazuje im się technikę ręcznej obróbki kamienia, a potem marsz na zakupy!

Ten pan przedstawia nam się jako imam jednego z kairskich meczetów. Za niewielką opłatą wpuszcza nas do świątyni i pokazuje to i owo.

Z kolei ta młoda dziewczyna, którą spotykamy w tym samym meczecie, sama podchodzi do mnie z prośbą, żeby zrobić sobie z nią zdjęcie. Ok, jasne. Dziewczę wyciąga lśniącego iPhone’a i prosi imama o pstryknięcie wspólnej fotki.

Zdjęcia nie odmawia też kelner z baru w Asuanie, gdzie Rafał delektuje się sziszą, a ja herbatą miętową. Mimo, że niesamowicie podoba mu się, jak robię zeza, nie daje nam z tej okazji zniżki na herbatkę ;)

Sprzedawca kukurydzy spotkany pod dworcem w Aleksandrii serwuje nam przepyszny, choć prosty posiłek. Oczywiście z uśmiechem na ustach!

Jedyny wyjątek jeśli chodzi o uśmiechanie się, to sprzedawcy świeżo wyciskanego soku z pomarańczy – nie wiem czemu, ale oni jakoś rzadko się uśmiechają. Albo to my tak trafiamy…

A to, co najlepsze i najpiękniejsze zostawiam na sam koniec. Dzieci – one są zawsze radosne! Ta dziewczynka w Luksorze podbiega do nas jak tylko widzi aparat i od razu ustawia się jak modelka do zdjęcia.

Siostra i brat bawiący się piłką na ulicy też szeroko się uśmiechają. Niesamowite są te iskierki w ich dużych, czarnych oczach. To moje ulubione zdjęcie z Egiptu!

Podobne wpisy:
-
Herbaciane kobiety Kiedy wypijacie w domowym zaciszu cejlońską herbatę zapewne nie myślicie o tym, skąd się ona wzięła w waszej filiżance. A...
Wodę tanio sprzedam W Maroku wszyscy ostrzegają turystów, by nie kupować wody od ulicznych sprzedawców. Bo nasze europejskie, delikatne żołądki mogłyby się po...
Turystyczny Bagan i lokalne Salay Pięknie tu jest. Naprawdę. Bagan można spokojnie porównać do Khajuraho (chociaż tutaj świątyń jest duuużo więcej) czy nawet Angkoru (chociaż...
Miasto pełne minaretów Dobra rada: jeśli będziecie kiedykolwiek jechać do Egiptu na przełomie maja i czerwca, nie zapomnijcie zabrać ze sobą wełnianej czapki...
Spodobał Ci się wpis? Polub, dodaj +1, skomentuj, podyskutuj! Dziękuję :)








Jem sniadanie i czytam Twoj wpis…az normalnie poczulam sie jak w Egipcie:) Uwielbiam tego typu poznawanie kraju- przez ich ludzi, ich zachowania, przyzwyczajenia.
Bardzo lubie tez ogladac kontrasty typu: chusta na twarz- puszka Coli i Iphona w reku, osiolek na ulicy etc…
Zdecydowanie trzeba odkryc sekret smutnych wyciskaczy pomaranczy!:D
“free gift my friend” “one dolar my friend” “present my friend”
“cheap price especially for you my friend” itp :)
Może im smutno, że muszą tak cisnąć i cisnąć te biedne pomarańcze? :)
Wiem, ze już pora kolacji, a nie śniadania, ale smacznego!
I znow pora sniadania..u mnie:)
Hmmm, zastanawiam sie ciagle nad wplywem wyciskania pomaranczy na psychike wyciskacza i chyba musze przyznac, ze jest to jakas lokalna, egipska przypadlosc, niestwierdziwszy takowych wsrod wyciskaczy hiszpanskich ;P
ja też właśnie wsuwam śniadanie :)
a Hiszpanie też wyciskają pomarańcze taką ręczną maszynką z wajchą?
Ja juz druga kawe popijam;)
Co do pomaranczy to ja mam w domu taka “reczna” (ale rzadko bywam smutna), w hiszpanskich barach to juz raczej sa “automaty”:)
A ja właśnie sok pomarańczowy, ale niestety nie świeżo wyciskany…
No i ruszam do sprzątania mojego królestwa, bo pogoda tylko na to dzisiaj pozwala :|