Bliskie spotkania z dziką przyrodą

Terenówka pędzi po wyboistej drodze, żebym tylko zdążyła na lot do Dar es-Salaam, który miał być za godzinę. Kwadrans wcześniej jednak mój przewodnik Maulidi odebrał telefon, że samolot już wylądował i czeka na mnie. Trzymam się metalowej poręczy, by nie wypaść na zakręcie. Wtem kątem oka dostrzegam coś ciekawego. Nie ja jedna. Thomas, kierowca, gwałtownie hamuje.
– Lew – rzuca krótko, zawracając. – Będziesz miała ostatnie zdjęcie.
Lwica wyleguje się w cieniu niewielkiego krzaka. Leniwie podnosi głowę powodowana ciekawością tego, co zakłóca jej popołudniową drzemkę. Wciskam spust migawki. Lwica obojętnie kładzie się z powrotem. Thomas rusza w kierunku lądowiska. Mijamy jeszcze kilka słoni i żyrafę, ale już się nie zatrzymujemy. Pół godziny przed planowanym czasem odlotu docieram na lądowisko. Szybko żegnam się z Maulidim i Thomasem. Na schodkach pilatusa-12 siedzi pilot, w środku jeszcze kilka osób.
– Jestem Daniel – wyciąga dłoń, gdy podbiegam do samolotu. – Wskakuj!.
Siadam tuż za kokpitem, zapinam pasy. Samolot startuje i powoli wznosi się do góry. Z nosem przyklejonym do szyby patrzę, jak ziemie Parku Narodowego Ruaha zostają za mną. Wracam na Zanzibar.

Lwica z Ruaha

Trochę ponad dobę wcześniej kilkunastoosobowa cessna siada na lądowisku Msembe. Wysiadam i od razu wdycham głęboko ten zapach przypalonej słońcem sawanny. Pora deszczowa skończyła się niedawno, trawy wciąż są wysokie, ale zdążyły już wyschnąć i zbrązowieć. Po kilku minutach podjeżdża toyota landcruiser, z której wysiadają Thomas i Maulidi. Okazuje się, że jestem ich jedyną pasażerką. Szybko wypełniam formularz rejestracyjny i ruszamy na safari!
– Jakie zwierzęta chciałabyś zobaczyć? – pyta mój przewodnik.
– Jakie mam do wyboru? – żartuję.
– Mamy różne zwierzęta: antylopy, zebry, żyrafy, ponad pięćset gatunków ptaków – opowiada Maulidi. – Ptaki najlepiej oglądać w porze deszczowej. Inne zwierzęta łatwiej dostrzec pod koniec pory suchej, kiedy trawa nie jest już tak wysoka. Teraz ciężko czasem coś wypatrzyć. To jest safari, a nie zoo.
– Wiem, wszystko zależy od szczęścia. Zobaczymy, ile będziemy go mieć…

Rzeka Ruaha

Szczęście sprzyja nam od początku. Zaraz po wyjechaniu z terenu niewielkiego lotniska, tuż przy ogromnym baobabie zauważamy trzy pasące się żyrafy. Skręcamy w prawo i jedziemy w kierunku rzeki Ruaha, od której nazwę bierze cały park o powierzchni ponad 20 000 kilometrów kwadratowych, będący jednym z największych obszarów chronionych w całej Afryce. Mniej znany niż inne tanzańskie parki takie jak Ngorongoro czy Serengeti, a jednocześnie trudniej dostępny, nie jest jeszcze przepełniony turystami przez co, jak się później okaże, rzadko spotyka się na trasie safari inne samochody. Na lądowisku było ich pięć, a po odjechaniu kilku kilometrów i dotarciu do koryta rzeki nie widzę już ani jednego. Dostrzegam za to samotnego słonia, który przyszedł napić się wody.

Rzeka Ruaha

Polna droga prowadzi nas wzdłuż koryta rzeki. Jazda offroad jest w Ruaha zabroniona, karą jest grzywna i zakaz prowadzenia safari przez kilka miesięcy w żadnym parku na terenie Tanzanii. Ja wypatruję przede wszystkim hipopotamów, podczas gdy Maulidi pokazuje mi co chwilę kolejne ciekawe ptaki. W końcu widzę jakieś zwierzę w piachu, ale to nie hipcio. To wielki, leniwy krokodyl! Zauważam, że poziom wody z rzece jest bardzo niski, chociaż dopiero co skończyła się pora deszczowa. Thomas tłumaczy, że w ostatnich latach w środku pory suchej zdarza się, iż Ruaha wysycha całkowicie. Przyczyną jest prawdopodobnie zła gospodarka wodna i nadmierne wykorzystanie wody do nawadniania pól ryżowych.

Krokodyl w Ruaha

Kolejne zwierzęta, które udaje nam się spotkać, to impale. Najpierw kilka samców, potem grupkę samic. Te brązowo umaszczone zwierzęta będziemy potem jeszcze spotykać niemal na każdym korku. Mają piękne, smukłe ciało, biały zadek z czarnymi paskami a u samców występują lekko zakręcone rogi. Chwilę potem za krzakiem zauważamy zebrę. Nie, dwie zebry! Podjeżdżamy by przyjrzeć im się z bliska. Jedna z zebr ma głęboką ranę na zadzie. Prawdopodobnie zaatakował ją lew lub lampart, ale udało się jej ujść z życiem. Została szrama po pazurach. Jakże fascynująca jest dzika przyroda!

Zebra w Ruaha

Thomas i Maulidi prześcigają się w wypatrywaniu i wskazywaniu mi różnych gatunków ptaków. Czajka koroniasta, pustynka płowa, dropik senegalski, toko czarnoskrzydły, gromadnik siwogłowy, brodal czubaty, jastrzębiak ciemny, błyszczak rudobrzuchy, kraska liliowopierśna… Wyciągam notes, by spisać te wszystkie nazwy bo nie jestem w stanie ich spamiętać. Przy każdym z kolejnych okazów Maulidi wyciąga starą, grubą, oprawioną w płótno księgę – atlas ptaków Afryki Wschodniej i pokazuje mi rysunek samca i samicy danego gatunku. O ile dotychczas jakoś specjalnie się nie interesowałam ornitologią, to opowieści i ciekawostki mojego przewodnika są dla mnie naprawdę wciągające!

Kraska liliowopierśna

Wreszcie i ja widzę ptaka, którego jestem w stanie rozpoznać! Ciężko go z resztą nie zauważyć… To struś, a dokładniej dwie samice i jeden samiec. Strusie są największymi ptakami na świecie. Samce mogą ważyć aż 150 kilogramów. Okaz, któremu się przypatrujemy – podobnie jak spotkana wcześniej zebra – nosi ślady ataku jakiegoś drapieżnika. Brakuje mu bowiem prawego skrzydła. Strusie leniwie przechadzają się w trawie, a my ruszamy dalej.

Strusie w Ruaha

Robi się coraz później, a mój brzuch burczeniem zaczyna dopominać się posiłku. Od rana jeszcze nic nie jadłam, bo kiedy wstawałam o w pół do szóstej na samolot nie byłam głodna, a na zanzibarskim lotnisku przekąski kosztowały majątek. Thomas stwierdza, że jesteśmy bardzo daleko od miejsca na piknik i pyta, czy możemy po prostu zjeść w samochodzie. Nie mam nic przeciwko temu. Jedziemy więc w kierunku rzeki, zauważając przy okazji samotną lwicę przechadzającą się na brzegu. Kocica szybko chowa się za krzakiem, a my tylko przez chwilę widzimy, że oprócz niej schował się tam dorodny samiec. Dojeżdżając do samego koryta możemy z kolei obserwować stadko słoni po jego drugiej stronie.

Słonie w Ruaha

– Tam na dole jest lwica! – wskazuje Maulidi, ale ani ja ani Thomas nie widzimy żadnego kota. – Podjedź bliżej, ona siedzi na brzegu rzeki – instruuje kierowcę przewodnik. Dojeżdżamy najdalej jak się da. Thomas gasi silnik. Czekamy. Czekamy. Czekamy i nic się nie dzieje.
– Tutaj zjemy lunch. Mamy czas, może lwica zechce nam się pokazać – decyduje Maulidi.
Nie wysiadając z samochodu Thomas przechodzi na jego tył i wyciąga trzy blaszane pojemniki układając je na kawałku różowego materiału przyozdobionego motywem słoni, mającego robić za obrus na siedzeniu obok mnie. Kiedy Maulidi otwiera pierwszy pojemnik lwica wreszcie wstaje z ziemi! Możemy zobaczyć ją w pełnej krasie. Złote cielsko powoli wchodzi do rzeki i przepływa na drugą stronę. Zapominamy kompletnie o jedzeniu, łapiąc za aparaty i wpatrując się w lwicę. Co zrobi?

Lwica w Ruaha

Po drugiej stronie przechadza się żyrafa, w oddali widać też niewielkie stadko impali. Czyżbym miała być za chwilę świadkiem polowania? Lwica dociera na drugą stronę i zwinnie wyskakuje z wody. W tym momencie do naszych uszu dobiega dziwny wrzask.
– To pawiany – szepce Maulidi. – Hałasują, bo zobaczyły lwa. Przeszkodzą mu w polowaniu, zobaczysz!
Faktycznie, impale znikają w okamgnieniu. Żyrafa również nieco zdezorientowana odwraca się i odchodzi od rzeki. Lwica znika w chaszczach. Kiedy myślimy, że to już koniec przedstawienia, z piachu nad brzegiem wstaje kolejny złoty kot! To druga lwica, prawdopodobnie siostra tej pierwszej. Zwierzę przechadza się po naszej stronie koryta, by po chwili wejść do wody i dołączyć do swojej towarzyszki, która na moment pojawia się w trawie na drugim brzegu. Lwice znikają wśród drzew, a my możemy wreszcie zjeść obiad. To tylko makaron, gotowany groszek i duszone kawałki wołowiny ale w takich okolicznościach chyba nawet papier smakowałby nieziemsko!

Ruaha

Po spakowaniu pojemników wyruszamy na dalsze poszukiwania. W tym momencie dzwoni telefon mojego przewodnika. Po krótkiej rozmowie Maulidi zwraca się do mnie:
– Schowaj swoje rzeczy do plecaka albo do kieszeni za siedzeniem i trzymaj się mocno. Inny kierowca znalazł lamparta, ale dość daleko stąd. Spróbujemy zdążyć, jeśli nie masz nic przeciwko szybkiej jeździe.
– Oczywiście, jedziemy! – jakże mogłabym mieć cokolwiek przeciwko możliwości zobaczenia lamparta?
Po chwili podskakujemy już na wyboistej drodze, a Thomas zwalnia jedynie przed większymi dziurami. Nie wiem jak szybko jedziemy bo prędkościomierz samochodu jest zepsuty. Mijamy kolejne stado impali, żyrafę i dwa słonie, jednak gdy docieramy na miejsce po lamparcie nie ma już ani śladu. Schował się gdzieś w gąszczu krzaków.
– Nie ma, nie zdążyliśmy… – mówi lekko zmartwiony przewodnik.
– Takie jest safari. Czasem ma się szczęście, czasem nie – wiem dobrze, jak to jest więc uspokajam Maulidiego. – Może jeszcze trafimy na jakiegoś lamparta – uśmiecham się.
Chwilę czekamy jeszcze w nadziei, że lampart zdecyduje się wyjść zza któregoś krzaka, ale kiedy to nie następuje, ruszamy dalej. Za zakrętem naszym oczom ukazuje się kilka słoni, w tym dwa młode, które siłują się na trąby bawiąc się w najlepsze.

Słonie w Ruaha

Robi się późno, więc powoli zaczynamy jechać w kierunku obozowiska, gdzie mam spędzić tę noc. Zwracam uwagę, że trawa po jednej stronie drogi jest wypalona. Czyżby był tu pożar?
– To strażnicy parku wypalili trawę by dać wyrosnąć nowej, a jednocześnie by zapobiec pożarom wzniecanym czasem przez kłusowników – tłumaczy Maulidi.
– Czy w takim wypadku zwierzęta nie uciekają? – dziwię się.
– Uciekają, dlatego wypalona jest tylko jedna strona drogi. Zwierzęta mogły się bezpiecznie paść po drugiej stronie.
Trawy wypalono jeszcze w porze deszczowej, więc drzewa porastające okolice niewiele ucierpiały. Teraz nawet w zwęglonych miejscach widać zwierzęta. Po raz kolejny impale, zebry, żyrafy. Trafia nam się też szakal!

Szakal w Ruaha

W końcu docieramy na miejsce. Przy wjeździe do Mdonya Old River Camp czeka już dwójka menadżerów tego miejsca, Rebecca i Andrea. Rebecca prowadzi mnie do namiotu, w którym przekazuje mi najważniejsze informacje dotyczące mojego pobytu, w szczególności bezpieczeństwa. Obozowisko jest bowiem nieogrodzone i co jakiś czas po jego terenie przechadzają się dzikie zwierzęta. Potem pokazuje mi mój namiot, wyposażony jak mały pokój, z łóżkiem i prowizoryczną łazienką. W namiotach nie ma elektryczności – do oświetlenia w nocy służą dwie lampy naftowe, świeczki i latarka. Biorę szybki prysznic. Wycierając się słyszę, jak coś rusza się na zewnątrz namiotu. Wystawiam głowę przez otwór by spojrzeć w oczy impali spokojnie jedzącej trawę naprzeciwko wejścia.

Mdonya Old River Camp

Słońce zachodzi błyskawicznie. W ciągu kwadransa robi się ciemno. Obsługa rozpala niewielkie ognisko, przy którym stoją krzesełka i drewniane stoliki. Siadamy dookoła, by napić się czegoś przed kolacją. Oprócz mnie gośćmi jest trójka Niemców. Dołączają do nas też Rebecca i Andrea. Po chwili rozmowy przy blasku ognia zostajemy zaproszeni do stołu na kolację przy świecach. Jedzenie jest niewyszukane, ale pyszne. Towarzystwo – bardzo sympatyczne. Po kolacji Andrea mówi, że słyszy słonia za krzakami. Odchodzimy kawałek od stołu i rzeczywiście snop światła z latarki oświetla olbrzyma przechadzającego się pomiędzy namiotami. Gdy znika za drzewem wracamy jeszcze na chwilę do ogniska by się ogrzać, bo noc jest zimna.

Wpatruję się w intensywnie świecące gwiazdy, w Drogę Mleczną. Przestaję słyszeć rozmowę, skupiam się na odgłosach natury i trzaskaniu ognia. W takiej chwili czuję, że mogłabym tu zostać na zawsze. Uczucie to potęguje się jeszcze, kiedy zasuwam suwak od wejścia do namiotu i zapalam świeczkę by przygotować się do snu. Cisza w buszu wcale nie jest cicha. Szum wiatru, cykanie owadów i odgłosy różnych zwierząt potrafią być naprawdę głośne. Gdy przykładam głowę do poduszki żałuję, że mogę spędzić tu tylko jedną noc. Noc, w czasie której gdzieś z okolicy obozu dobiega mnie pomrukiwanie lwów. Zasypiam i śnię o tym, co spotkało mnie tego dnia.

Mdonya Old River Camp

Wstaję skoro świt, czyli punktualnie o szóstej. Rozjaśnia się równie szybko jak ściemniło się dzień wcześniej. Szybko wstaję, przebieram się i pakuję. Na stole, gdzie wczoraj jedliśmy kolację, czekają już kawa i herbata. A tuż obok śniadanie je żyrafa. Rebecca odprowadza mnie do samochodu, w którym czekają już mój przewodnik i kierowca. Jest zimno, więc owijam się masajskim kocem. Wyruszamy na kolejne safari. Niemalże od razu po wyjechaniu z obozowiska spotykamy samotną lwicę. Chwilę później dojeżdżamy do stawu, w którym chowa się hipopotam. Potem żyrafy, zebry i – oczywiście – impale. Przez drogę przebiega nam też dikdik, jedna z najmniejszych antylop na świecie.

Żyrafy w Ruaha

Dojeżdżamy do miejsca, w którym zjemy śniadanie. Jest dziewiąta i dopiero teraz zaczyna robić się nieco cieplej. Thomas zatrzymuje auto niedaleko wielkich głazów i wspinamy się na jeden z nich. Kiedy Maulidi rozkłada różowy obrus w słoniki a na nim jedzenie, ja rozglądam się po okolicy. Ruaha słynie nie tylko z dzikiej zwierzyny, ale też z różnorodności krajobrazów. Faktycznie, w czasie przejazdów poprzedniego dnia zauważam już, ze co kilka kilometrów okolice zmieniają się diametralnie. Mamy tu fragmenty równin porośniętych trawą, busz, niewielkie wzgórza, rzekę Ruaha i koryta mniejszych, wyschniętych strumieni, zagajniki pełne akacji, potężne baobaby, i pola pokryte wielkimi okrągłymi kamieniami. Na jednym z takich kamieni jemy śniadanie.

Ruaha

Po posiłku wyruszamy na dalsze poszukiwania zwierzyny. Przewodnik znowu odbiera telefon i scenariusz powtarza się – trzeba się mocno trzymać, kiedy Thomas pędzi po wyboistej drodze. Początkowo Maulidi nie chce mi powiedzieć, gdzie się tak spieszymy ale potem zdradza, że ktoś po raz kolejny wypatrzył lamparta. Mijamy terenówkę jadącą w przeciwnym kierunku. To jej kierowca do nas dzwonił. Lampart siedzi gdzieś przy drodze. I faktycznie po kilku metrach zatrzymujemy się przy pięknym, eleganckim kocie. Lampart jest mniejszy od lwa, ale moim zdaniem wygląda na dużo bardziej niebezpieczne zwierzę. Przyglądamy się, jak kocisko wyleguje się w trawie, potem wstaje i przechadza się wzdłuż drogi. Po kilkunastu minutach lampart wchodzi między zarośla i znika. Jednak mieliśmy szczęście!

Lampart w Ruaha

To nie ostatni kot tego dnia. Niecałe pół godziny później Maulidi wypatruje wypoczywające w cieniu trzy młode lwice. Chociaż niewiele dalej pasą się impale, lwice zupełnie nie zwracają na nie uwagi. Znaczy to, że musiały całkiem niedawno coś upolować i zjeść, więc nie są głodne. Impale są chwilowo bezpieczne.

Lwice w Ruaha

Jedziemy dalej. Kątem oka w zaroślach dostrzegam jakieś większe zwierzę. Proszę Thomasa, by się zatrzymał i trochę cofnął. To kudu wielkie, z charakterystycznymi białymi pasami na tułowiu i zakręconymi rogami. Kudu chwilę pozuje do zdjęcia, a potem ucieka w krzaki.

Kudu wielkie w Ruaha

Po raz nie wiem który mijamy zebry i żyrafy. Na impale prawie nie zwracamy już uwagi. Zauważamy jednak gazelopkę sawannową, trochę podobną do impali ale z bardziej prostymi rogami. Jest bardzo płochliwa i po chwili odwraca się i odbiega, a my ruszamy dalej w kierunku rzeki Ruaha.

Gazelopka sawannowa w Ruaha

Tutaj po raz kolejny odnajdujemy hipopotama. Maulidi i Thomas wypatrują też kolejne gatunki ptaków. W południe mijamy kolejne impale i zatrzymujemy się na wczesny lunch. Tym razem posilamy się kurczakiem z ryżem i sałatą z ogórkiem. Jemy bez pośpiechu do momentu, gdy przewodnik odbiera telefon. Okazuje się, że samolot przyleciał wcześniej i musimy pędzić na lądowisko. Szybko pakujemy naczynia i ruszamy. Oddalamy się od koryta rzeki, gdzie droga jest niezbyt dobra i kręta, by pędzić przez trawiastą równinę porośniętą pojedynczymi krzakami. to pod jednym z nich śpi ostatnia spotkana tego dnia lwica. Rozglądam się, starając się zapamiętać jak najwięcej z tych pięknych krajobrazów parku. Rozpoznaję miejsce, gdzie wczoraj zauważyliśmy pierwszego słonia i pierwsze żyrafy. Safari dobiega końca, a ja chciałabym tam zostać dłużej. Ale praca wzywa, trzeba wracać…

Ruaha

Umiecie sobie wyobrazić mieszkanie w buszu, w obozowisku bez ogrodzenia? Lubicie spędzać czas na łonie przyrody czy raczej wolicie miasto i cywilizację?

Ewa

Cieszę się, że tu jesteś! Mam nadzieję, że spodobał Ci się i zaciekawił ten wpis. Jeśli tak, to będzie mi niezmiernie miło, gdy klikniesz Lubię to, dodasz +1 i podzielisz się wpisem ze znajomymi albo dołączysz do dyskusji! To dla mnie ważne, bo pokazuje, że warto dalej pisać. Masz uwagi, komentarze, pytania? Nie wahaj się, napisz! Cieszę się z każdego sygnału od Ciebie! Dziękuję :)

- Ewa a

Przeczytaj też...

49 komentarzy

  1. Ajka pisze:

    O Boże. Jaki piękny lampart. Zdycham z zazdrości

  2. pięknie, wspominam i zazdraszczam :)

  3. Karolina pisze:

    przepięknie :) marzę o safari od dzieciństwa :D

  4. Marysia pisze:

    Cudowne! Tylko mnie bardziej upewniają Twoje relacje że na pewno wybiorę się na safarii w przyszłości. Zawsze marzyłam o tym i na pewno zrealizuje swoje marzenie. I Zanzibar – o tak Afryka jest dla mnie zaraz po Europie kontynentem który muszę odwiedzić – koniecznie. Uwielbiam Twoje relacje z miejsc w których jesteś :)

    • Ewa pisze:

      Dziękuję :) Koniecznie, sporo osób unika Afryki a ja zupełnie nie wiem czemu, to fascynujący i piękny kontynent :)

      • Marysia pisze:

        Wydaje mi się że Afryka jest pomijana przez to że jeszcze niewiele osób ją opisuje na swoich blogach (na topie cały czas jest Azja i Australia – taki mały efekt kuli śniegowej, dopadł te dwa kontynenty i nie odpuszcza), Afryka jest na uboczu i czeka na swoją kolej. W Europie takim kierunkiem była Malta – kto był na Malcie 7 lat temu? Obecnie każdy był już tam i prawie wszedzie można o niej przeczytać. I myślę że Afrykę kiedyś też czeka właśnie takie objawienie, ale jak na razie trzeba na to jeszcze poczekać długi czas. Choć myślę że wtedy Twoje wpisy będą inspiracją dla innych ;) Dla mnie są inspiracją by jak najbardziej tam się wybrać – a w głowie mam już ułożony plan co najpierw z tego cudownego kontynentu zobaczę. I czekam jak zdobędziesz Kilimandżaro – marzenie :)

        • Ewa pisze:

          Oj Malta to sie super popularna ostatnio zrobila, co chwile widze i slysze o nowych osobach, ktore sie tam wybieraja. A ja… Jeszcze nie bylam :) Ciesze sie, ze moge inspirowac, dziekuje za te slowa bo to dla mnie wazne :) Przed Kilimandzaro musze jeszcze troche potrenowac, ale zdobede! :)

  5. aga pisze:

    cudowne zdjecia!!!

  6. Życie może i nie ale to jedno z moich wielkich marzeń, przeżyć safari, spędzić noc pod rozgwieżdżonym niebem. I co najlepsze za równy miesiac się spęłni;) bardzo fajnie czyta się Twoje przygody;)

  7. Wspaniałe doświadczenie!

  8. A jak się nazywa ten gatunek ptaka na zdjęciu?

  9. To jest dopiero przygoda!

  10. Glad you enjoyed your stay. Your pictures of Ruaha are beautiful. Next time make sure you bring your tripod for some great star shots! ☺

    • Thank you Rebecca for your warm and friendly welcome! I enjoyed it a lot. I have done some safaris before but what made this one special was staying in your amazing camp so close to the nature. I loved it and wish I could have stayed longer! I hope I will get the chance to come back with a tripod because the three pictures of the night sky I took looked very bad on the computer screen hahhaha :) Greetings from Zanzibar!

  11. Monika Zarach pisze:

    Nie, to nie dla mnie takie życie. Zbyt bardzo kocham ludzi i turystów :D Ale przeżyć taką przygodę – dlaczego by nie? ;)

  12. Dawno temu byłem na moim pierwszym safari na Sri Lance – bardzo mi się podobało – możliwość zobaczenia zwierząt w ich naturalnym środowisku i wtedy postanowiłem sobie, że muszę się pojawić w Afryce na prawdziwym safari.
    Miałaś wiele szczęścia, a lampart pięknie ci pozował – super sprawa.
    A powiedz mi jeszcze odnośnie wschodów i zachodów słońca: jeździliście? robiłaś zdjęcia? czy na poszukiwania wyrusza się dopiero po wschodzie słońca?

    • Ewa pisze:

      Nie, po zmroku nalezy byc juz w campie wiec wraca sie przed zachodem slonca. Podobnie przed wschodem slonca. Chyba tylko jeden camp ma zezwolenie na organizowanie nocnego safari – ale wtedy jest juz zupelnie ciemno :)

  13. Ja sobie wyobrażam! W dodatku w takim towarzystwie ;)

  14. Boskie te zdjęcia masz, ale tam pewnie jest jeszcze ładniej. Zazdroszczę, a i przy okazji: dużo kosztuje taka wycieczka?

    • Ewa pisze:

      Nie wiem jak by to wygladalo jesli organizujesz z Polski bo na pewno drogo wyjda same bilety lotnicze i wtedy moim zdaniem nie oplaca sie na ten dzien czy dwa robic safari i wracac do Europy. Jesli jestes na Zanzibarze to na dwa i pol dnia safari w Ruaha (dwie noce, czyli o jedna wiecej, niz ja bylam) to koszt od 800 do 1000 USD mniej wiecej w zaleznosci, gdzie zarezerwujesz. Drogo bo sa dwa loty w cenie (trzeba tam doleciec z Zanzibaru). Taniej jest wybrac sie na safari do Kenii – oczywiscie tez przy okazji pobytu. Fajne, dwudniowe (jeden nocleg) safari w Tsavo Wschodnim (w parku narodowym a nie gdzies w rezerwatach na jego obrzezu) kosztuje okolo 300 USD.

  15. nigdy nie byłam na safari, a ciągnie mnie coraz bardziej, wszystko przez takie wpisy ;) a zdjęcia przepiękne

  16. Przecudownie! To się nazywa aktywna przygoda :) To miejsce jest tak egzotyczne, że nawet nie jestem sobie w stanie wyobrazić jakie emocje towarzyszą człowiekowi podczas takiej wyprawy i przebywania blisko zwierząt…

    • Ewa pisze:

      Za pierwszym razem tez nie moglam. Potem myslalam, ze okej – pierwszy raz to i emocje ale za drugim rrazem bylo podobnie i za trzecim tez. Dzika przyroda na wyciagniecie reki to ogromne przezycie jak dla mnie :)

  17. Ach, safari – moje marzenie, rzadko czegoś zazdroszczę komuś, ale kurcze, tego lamparta Ci zazdroszczę! I reszty zwierza też :) Jak zabrać się za organizację takiego safari?

  18. Monika pisze:

    Ale fajny namiot! Prawie jak domek :)

  19. Skylar pisze:

    Piękny wpis a zdjęcia – niebiańskie! Chciałabym kiedyś w taką podróż się wybrać. Nie miałabym nic przeciwko mieszkaniu w takim namiocie. chyba nawet byłoby to mi potrzebne ;)

  20. Muszę się przyznać, że wyjazd na safari nie był nigdy w sferze moich marzeń, ale Twój post na tyle pięknie pokazuje afrykańską naturę, że może się kiedyś skuszę. Wyjazd wyglądał też na fajnie zorganizowany: bez tabunu innych turystów i z niesamowitym noclegiem – ja bym się chyba nie odważyła ;)

  21. Eleni pisze:

    Witam. Na safari byłam dwukrotnie i wiem jak to jest natrafić na zwierzęta- nie zawsze się udaje, w szczególności w miejscach, gdzie jest wielu turystów. Niestety nie miałam okazji spać w namiocie, który w żaden sposób nie jest ogrodzony, gdzie słychać odgłosy zwierząt, ptactwa. To musi być super przeżycie!! Ale wracając do twoich cudownych opisów i zdjęć mogłabym tak czytać i czytać bez końca. Nie da się ukryć, że żyjesz każdą wyprawą, a pisanie wychodzi prosto z twego serca. Pozdrawiam gorąco:):)

    • Ewa pisze:

      Dziękuję bardzo! Rzeczywiście, świat mnie zachwyca i staram się to przekazać też na moim blogu. Cieszę się, że to widać :) Pozdrowienia!

  22. Ewa Zwolinska pisze:

    Czesc:) Ewo, a moglabys cos powiedziec o safari w parku Mikumi lub polecic organizatworow? Za tydzien ruszamy na Zanzibar i pod koniec wyjazdu planujemy dwudniowe safari. Z gory dziekuje :)

    • Ewa pisze:

      W Mikumi nie byłam, więc nie jestem w stanie nic powiedzieć konkretnego ;) Jeśli moge coś zaproponować, to safari lepiej zrobić na początku – potem zdążysz jeszcze po nim odpocząć :)

  23. a.bre pisze:

    witam, czy może ktoś wybiera się 25.01.2019 na Zanzibar ? chciałabym polecieć w czasie pobytu na safarii do Tanzanii.
    nie wiem jak to zrobić? słyszałam ,że mozna na miejscu załatwić coś, bo z itaki jest bardzo drogo.
    czy ktoś tak jak ja chciałby w tym terminie wybrać się z zanzi na safari?
    a.bre

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*Pola wymagane. Adres e-mail nie zostanie opublikowany.
Ostatnio pojawia się bardzo dużo spamu i mój filtr czasem się gubi. Jeśli nie jesteś spamerem, a Twój komentarz nie ukazał się, daj mi o tym znać mailowo. Kontakt znajdziesz tu. Dziękuję!