Garść informacji praktycznych o Australii

Ogromny, fascynujący ląd po drugiej stronie globu, czy też – jak to lubię określać – do góry nogami, a jednym słowem: Australia, to marzenie podróżnicze wielu osób. Kusi przygodą w czerwonym, suchym i gorącym wnętrzu, wspaniałymi plażami na wybrzeżu i wszystkim, czego tylko można szukać, jeżdżąc po świecie. Dzika przyroda, tak odmienna od tego, co znamy w Europie, reprezentowana jest przez osobliwe zwierzęta, noszące swoje dzieci w torbie, czy ssaki znoszące jaja, ale także jedne z najbardziej niebezpiecznych pająków czy węży. Mówi się z resztą, że w Australii wszystko chce człowieka zabić – choć na szczęście nie wszystko może! Rekompensują to bajeczne krajobrazy, niewysokie, aczkolwiek malownicze góry, wspaniałe rafy koralowe i wyluzowani, zawsze uśmiechnięci ludzie. Jedyne, co Australijczykom nie do końca wyszło, to kulinaria, ale nadrabiają to daniami kuchni świata, które przywieźli ze sobą imigranci z różnych stron globu.

Moje marzenie o podróży do Australii ziściło się po ponad dwudziestu latach od momentu, kiedy pierwszy raz pomyślałam o odwiedzeniu tego kontynentu. Zdecydowałam się na prawie czterdziestodniową wizytę, która rozpoczęła się w Sydney i tu też skończyła, a w międzyczasie zatoczyłam pętlę przez Melbourne, Adelaide, Uluru, Cairns i Brisbane, z krótszymi i dłuższymi przystankami po drodze. Chciałam zobaczyć jak najwięcej, zdałam sobie jednak sprawę, że nawet taka długa podróż nie wystarczy, by dobrze zwiedzić ten kraj. Dlatego chciałabym tam kiedyś wrócić! A tymczasem zebrałam swoje doświadczenia, mając nadzieję, że praktyczne porady ułatwią innym podróż po Australii!

Australia praktycznie

Kiedy jechać do Australii

Australia to ogromna połać lądu – w końcu zajmuje cały kontynent! Dlatego ciężko jest stwierdzić, który okres jest najlepszy na podróżowanie po tym kraju. Kiedy w Polsce trwa lato, w Australii panuje zima i uważa się, że jest to dobry czas na zwiedzanie centralnej części kraju, gdzie temperatury stają się wtedy znośne, a także północy. Z drugiej strony w tym okresie można spodziewać się chłodu i deszczy na południu kraju, choć pogoda ta sprzyja podglądaniu zwierząt na przykład na Przylądku Wilsona. Z kolei lato australijskie przynosi upały w centrum, piękną letnią pogodę na południowo-wschodnim wybrzeżu i porę deszczową na północy (a z nią także okres występowania niebezpiecznych meduz). Środek lata to też okres wakacyjny, dlatego można spodziewać się tłumów na plażach i w miejscowościach wypoczynkowych, a co za tym idzie, najlepiej rezerwować wszystko z wyprzedzeniem. Niektórzy uważają zatem, że najlepszym okresem na podróż będą wiosna i jesień, czyli od września do listopada i od marca do maja – ale można się wówczas spodziewać nieco nieprzewidywalnej wiosennej lub jesiennej pogody.

Ja wybrałam lato, w dodatku okres świąteczno-sylwestrowy i nie byłam z tego powodu niezadowolona. Przez większość czasu miałam naprawdę piękną pogodę, szczególnie od Brisbane na południe aż po Melbourne. Trochę padało w Cairns – w końcu to już pora deszczowa, ale były też dni słoneczne. W Outbacku mocno grzało, dlatego rozwiązaniem było wstawanie przed świtem i kończenie aktywności przed południem, by po długiej sjeście znowu robić coś wieczorem. Lot z Alice Springs do Cairns tuż przed świętami też niestety nie był najtańszy. W Byron Bay przeraziły mnie tłumy wczasowiczów. Gdybym znowu planowała wizytę, być może wybrałabym nieco późniejszy okres, na przykład luty, ale w sumie nie mogę narzekać, bo podróżowało mi się doskonale!

Kangur

Formalności wjazdowe do Australii

Osoby, które chcą wybrać się do Australii, mają do wyboru wiele różnych możliwości, jeśli chodzi o wizy. Od pewnego czasu bardzo popularna wśród ludzi do 30 roku życia jest tak zwana wiza Work and Holiday), pozwalająca na podróżowanie połączone z pracą w Australii nawet przez dwa lata. O tym, jak ją zdobyć, pisała kiedyś Kami na swoim blogu Kami Everywhere, a o tym, jak przedłużyć ją na drugi rok – Angelika na blogu A Dreamer’s Life. Jeśli jednak marzy nam się wyjazd typowo turystyczny, wystarczy, że zdobędziemy bezpłatną turystyczną wizę elektroniczną wielokrotnego wjazdu, ważną przez rok, na podstawie której jednorazowy pobyt może trwać do trzech miesięcy. Aplikacja o nią jest bardzo prosta. Wchodzimy na stronę australijskiego urzędu imigracyjnego (w języku angielskim), zakładamy konto podając podstawowe dane, w tym adres e-mail, następnie logujemy się do systemu, w którym należy wybrać rodzaj wizy, o którą będziemy się ubiegać (w tym przypadku eVisitor), wypełniamy wniosek i czekamy, najczęściej nie dłużej niż dzień, na wizę, która zostanie przysłana e-mailem.

Jeśli chodzi o towary, jakie możemy wwieźć do Australii, to istnieje tutaj bardzo dużo obostrzeń. Przede wszystkim, dość ogólnie mówiąc, nie wolno wwozić żywności – ale tutaj pojawiają się wyjątki, bo z reguły nie są problemem rzeczy fabrycznie pakowane, typu czekolada. Bez cła można przywieźć 2,25 litra alkoholu i 25 papierosów. W samolocie dostaje się formularz celno-imigracyjny do wypełnienia, w którym należy zaznaczyć, jeśli wwozimy jakiekolwiek rzeczy podlegające ograniczeniom, między innymi: lekarstwa, alkohol i papierosy ponad limit, mięso, ryby i ich przetwory, nabiał, owoce, warzywa, nasiona, orzechy, zioła, drewno, produkty pochodzenia zwierzęcego, a nawet gleba (w tym taka, która może być przyczepiona do podeszew butów). Pojawiają się tez pytania o to, czy w ciągu ostatnich trzydziestu dni było się na farmie, nad strumieniem lub jeziorem, a także w ciągu ostatnich sześciu dni w Afryce, Ameryce Południowej i Środkowej lub na Karaibach. Lepiej nie oszukiwać, bo w razie odkrycia przez celników niezadeklarowanych rzeczy można liczyć się z karą finansową. Poza tym pytania są dość standardowe: o imię, nazwisko, narodowość, datę urodzenia, numer paszportu, cel i długość podróży, dane kontaktowe czy zawód.

Jak wygląda przekraczanie australijskiej granicy w praktyce? Deklarację celną wypełniam zgodnie z prawdą, zaznaczając, że wwożę leki i żywność. Mając ją w ręku, a także wizę i paszport, idę do urzędnika imigracyjnego. Kolejka jest króciutka. Urzędnik bierze mój paszport, skanuje, a następnie zaprasza na rozmowę z innym urzędnikiem. Ten okazuje się bardzo miły, ale wypytuje mnie o to, ile dni zamierzam spędzić w Australii (i dziwi się, że policzyłam dokładnie trzydzieści dziewięć dni), jakie mam plany, prosi mnie o wydruki rezerwacji, jeśli mam (na szczęście wszystko sobie wydrukowałam), zabiera wszystko i znika na zapleczu. Za chwilę wychodzi inna urzędniczka, równie uprzejma i – jak się okazuje – mówiąca po polsku i pyta o mój zawód. Tłumaczę jej, że w tej chwili jestem bezrobotna, na co ona dopytuje, skąd miałam pieniądze na podróż. Tłumaczę jej, że oszczędzałam przez osiem lat. Odpowiedź chyba ją satysfakcjonuje, bo znika i za chwilę pojawia się ten sam miły pan, oddaje mi paszport i wydruki, i życzy miłych wakacji. Nie dostaję niestety żadnej pieczątki. Następnie odbieram bagaż i z plecakiem oraz deklaracją celną ruszam do wyjścia, gdzie po sprawdzeniu formularza pani odsyła mnie na przeszukanie do jednego ze stanowisk. Gdy tam podchodzę, inna celniczka bierze moją deklarację i pyta, co takiego przewożę. Wspominam o czekoladzie, którą dostałam na pokładzie samolotu jako rekompensatę za opóźnienie i o lekach od bólu głowy, chcąc zdjąć i otworzyć plecak, ale pani tylko coś zaznacza na kartce i mówi, że nie ma problemu, mogę iść dalej. Na tym kończy się cała odprawa.

Wiza do Australii

Jak dostać się do Australii

Leżąca na południowo-wschodniej półkuli Australia najłatwiej osiągalna jest oczywiście drogą powietrzną. Niestety loty na ten kontynent są raczej drogie. Z Polski nie ma żadnych bezpośrednich połączeń, dlatego należy liczyć się z co najmniej jedną przesiadką, a czasem nawet z dwoma. Budżet na bilety powinien wynieść mniej więcej 3500-4000 złotych, choć oczywiście da się tam dolecieć taniej, jeśli trochę pokombinujemy z lotami i większą ilością przesiadek albo będziemy polować na promocje. Możliwości jest mnóstwo – przez Londyn i inne europejskie miasta, przez Zjednoczone Emiraty Arabskie czy przez kraje Azji Południowo-Wschodniej. Ja decyduję się na lot z Warszawy do Singapuru i z powrotem, korzystając z promocji w PLL LOT (bilet za 1900 złotych), a z Singapuru do Sydney i z powrotem lecę singapurską tanią linią lotniczą Scoot (płacę około 1300 złotych).

Qantas

Transport po Australii

Opcji na podróżowanie po Australii jest multum – począwszy od szukania okazji i zabierania się z innymi ludźmi, poprzez wynajęcie samochodu albo kampera, autobusy, pociągi, aż po samoloty. Można też wybrać się na kilkudniową zorganizowaną wycieczkę, w której już jest transport pomiędzy miejscem początkowym a końcowym. Jeśli o mnie chodzi, to decyduję się na kombinację trzech głównych środków transportu: autobus, samolot i wycieczka.

Pomiędzy głównymi australijskimi miastami kursują autokary kilku firm, z których najlepszą i najbardziej rozwiniętą siatkę połączeń ma Greyhound Australia, który jeździ po całym kontynencie. Są też firmy, które operują tylko w części kraju, jak na przykład Premier Motor Service, który obsługuje wschodnie wybrzeże od Cairns do Eden czy Firefly Express, łączący Sydney, Melbourne i Adelaide. Chcąc autobusami jeździć głównie od Cairns na południe, waham się pomiędzy Greyhoundem a Premierem. Opinie ogólne są takie, że autobusy Premier są trochę tańsze, ale jeżdżą rzadziej, niż te Greyhounda, nie mają wifi na pokładzie ani gniazdek USB do ładowania telefonów, w które wyposażone są pojazdy Greyhounda. O tym, że ostatecznie wybieram Greyhounda, decyduje to, że mają tez połączenie z Melbourne do Sydney i dobra oferta na bilet okresowy zwany Whimit, w ramach którego mam nieograniczoną ilość przejazdów w ciągu 45 dni (dostępne są opcje od 7 do 365 dni). Koszt to 450 dolarów, ale warto w niego zainwestować planując jazdę autobusami, gdyż cena przejazdu na jednym tylko odcinku może wynieść od 100 do nawet 200 dolarów (w zależności od odległości i tego, jak wcześnie rezerwuje się bilety). Ja w tej cenie mam -przejazdy na trasach: Sydney – Melbourne, Cairns – Airlie Beach, Airlie Beach – Brisbane, Brisbane – Byron Bay, Byron Bay – Sydney. Planując samo wschodnie wybrzeże, warto porównać oferty Greyhounda i Premiera – obie firmy mają nieco tańsze bilety typu hop on – hop off pozwalające podróżować na wybranych odcinkach z dowolnymi przystankami, ale tylko w jedną stronę. Decydując się na jazdę autobusami, nie można zapominać o odległościach – na przykład jazda z Airlie Beach do Brisbane to minimum 18 godzin w autokarze!

Greyhound

Mając mało czasu, a więcej pieniędzy, może zdecydować się na loty pomiędzy najważniejszymi miastami. Trzy główne linie lotnicze w Australii to narodowy przewoźnik Qantas, a także tanie linie Virgin Australia i Jetstar. Bilety warto rezerwować z wyprzedzeniem, bo im bliżej daty lotu, tym bywa drożej. Ja decyduję się na jeden lot, pomiędzy Alice Springs, gdzie kończę wycieczkę do Outbacku, a Cairns na wschodnim wybrzeżu. Niestety autobusy Greyhounda jeżdżą tu rzadko, w dodatku trzeba się dwa razy przesiadać, dlatego rezerwuję lot. Na tej trasie bez przesiadek lata tylko Qantas, a za bilet płacę ponad 400 dolarów – to drogo, ale niestety mam do wyboru to, albo kombinowanie z prawdopodobnie kilkudniowym przejazdem. Lecę, by zaoszczędzić czas.

Z kolei w Melbourne zaczynam zorganizowaną, dziesięciodniową wycieczkę minibusem, która obejmuje trasę od tego miasta przez Great Ocean Road do Adelaide i dalej przez Coober Pedy do Uluru i Alice Springs. Taka wycieczka to koszt 1219 dolarów, ale – oprócz transportu – obejmuje też oczywiście noclegi, pełne wyżywienie, przewodnika oraz bilety wstępu. Uznaję, że to dobra cena za zorganizowanie wszystkiego, szczególnie gdy podróżuję sama. Wycieczkę rezerwuję przez agencję One Stop Adventures, a jej organizatorem jest genialne biuro podróży Groovy Grape Tours, które z całego serca mogę polecić za świetną organizację, doskonałych przewodników i ciekawy program. Wycieczka obejmuje spanie w hostelach i pod gołym niebem, wspólne gotowanie i naprawdę dużo aktywności! Moim zdaniem – warto!

Moje sposoby podróżowania nie są najtańsze, ale wybieram właśnie takie, bo chcę w ograniczonym czasie zobaczyć jak najwięcej – nie wiem, czy i kiedy będę miała możliwość wrócić do Australii. Jeśli jednak cenicie wolność, nie spieszycie się, czy chcecie zaoszczędzić pieniądze – to warto rozważyć dołączenie do kogoś, kto ma na przykład kampera i wolne miejsce, albo samemu wynająć samochód i poszukać towarzyszy podróży. Często ten sposób podróżowania może okazać się tańszy, za to obfitujący w przygody! O tego typu doświadczeniu przeczytacie więcej na pisanym przez Karolinę blogu Moja Australia i Świat.

Groovy Grape Tours

Jeśli chodzi o poruszanie się po konkretnych miastach, to wybieram spacery lub komunikację publiczną. I tak:

  • w Sydney, zaraz po przylocie, zaopatruję się w kartę Opal, którą doładowuję kwotą 35 dolarów (sama karta jest bezpłatna). Środki też można następnie wykorzystywać na transport po mieście i okolicach – pociągi, tramwaje, autobusy, a nawet promy. Niestety, pierwszy przejazd pociągiem z lotniska do centrum miasta kosztuje około 17 dolarów (to cena przejazdu na danej trasie plus dodatek lotniskowy – chcąc uniknąć jego płacenia, można jechać autobusem numer 400 z lotniska do stacji Museum i dalej pociągiem, ale należy liczyć się z tym, że taka podróż będzie trwała o wiele dłużej). Ceny poszczególnych przejazdów w mieście zależą od tego, skąd jedziemy, dokąd, którym środkiem transportu i w jaki dzień (w niedzielę transport przez cały dzień to wydatek tylko 2,70 dolara), a dokładne informacje na ten temat można znaleźć na stronie internetowej Opal (w języku angielskim). Warto wspomnieć, ze jeśli mamy zakwaterowanie w dzielnicy biznesowej, to wiele miejsc, takich jak Opera, Ogrody Botaniczne czy dzielnicę The Rocks będziemy mieć w zasięgu spaceru.
  • w Melbourne do jazdy komunikacją publiczna służy karta Myki. Zanim się ją kupi, warto jednak wiedzieć, że strefa samego centrum – dzielnicy biznesowej to obszar bezpłatnych przejazdów tramwajami, jeśli więc nie chcemy wyjeżdżać poza tę okolice, karta Myki będzie niepotrzebna. Niestety, chcąc dojechać na przykład tramwajem na molo w St Kilda lub pociągiem na plażę Brighton, wyjeżdżamy poza bezpłatną strefę i obowiązkowo musimy zaopatrzyć się w kartę – nie istnieje tu bowiem coś takiego, jak bilet jednorazowy. Kartę można kupić na stacjach albo w sklepach 7 Eleven, a jej koszt to 6 dolarów – do tego dochodzi doładowanie na przejazdy. Warto też spytać w hostelu, bo zdarza się, że inni podróżnicy zostawiają swoje karty na recepcji do wykorzystania przez kolejnych gości. Może akurat będziemy mieć szczęście.
  • w Brisbane z kolei używa się karty Go, ale w tym mieście można też kupować bilety jednorazowe w autobusach. Po ścisłym centrum jeżdżą bezpłatne autobusy, jednak kiedy chcemy wyjechać gdzieś dalej, na przykład do sanktuariów koali Lone Pine lub Daisy Hill, trzeba już zapłacić. Bilety jednorazowe są droższe od przejazdów na podstawie Go. Kartę można kupić na stacjach czy w sklepach sieci 7 Eleven, a kosztuje ona 10 dolarów, trzeba też ją doładować wybraną kwotą. Wyjeżdżając z Brisbane, można zgłosić się do dowolnego punktu sprzedającego karty i zwrócić swoją, dostając z powrotem 10 dolarów oraz wszystkie pozostałe na niej środki.

Melbourne

Noclegi – gdzie spać w Australii

Opcji noclegowych w Australii jest tak dużo, że bez problemu każdy znajdzie to, czego szuka. Jeśli jednak myślimy o nocowaniu w niedrogich hostelach, warto rozejrzeć się za nimi wcześniej – niejednokrotnie widziałam ogłoszenia na Facebookowych grupach zamieszczane przez podróżników, którzy przyjechali w dane miejsce i nie znaleźli wolnego pokoju w żadnym z hosteli. Taka sytuacja miała miejsce na przykład przed świętami Bożego Narodzenia w Sydney. Oczywiście wszystko zależy od sezonu, ale mimo wszystko warto się zawsze trochę wcześniej rozejrzeć. Dla osób zmotoryzowanych dostępne są też kempingi, ale w tym obszarze nie mam żadnego doświadczenia.

Hostele, w których nocowałam, to:

  • Sydney Central YHA – hostel, a w zasadzie wielki kombinat hostelowy położony przy dworcu centralnym w Sydney. Dostępne są pokoje sześcio- i czteroosobowe, męskie lub damskie. Na dole działa recepcja, a obok niej – restauracja. Pierwsze piętro to kuchnia, w której przy tak dużej liczbie mieszkańców trudno utrzymać czystość, a także część wspólna ze stolikami i fotelami. Kolejne piętra to pokoje. Wspólna łazienka z prysznicem jest nawet czysta, chociaż przydałoby się jej lekkie odświeżenie. Miłym dodatkiem są suszarki do włosów. W pokojach łóżka piętrowe, bez zasłonek, ale za to z indywidualnymi lampkami, a także szafki na kłódkę (trzeba mieć swoją). Jest też kilka kontaktów przy drzwiach, niestety żadnego przy łóżkach od strony okna. Bezpłatny internet bezprzewodowy działa jedynie w recepcji, na pierwszym piętrze i na tarasie, który znajduje się na dachu. Za dwie noce w sześcioosobowym pokoju płacę 84 dolary australijskie.
  • The Pod w Sydney to coś, co ma z założenia przypominać hostel kapsułowy. W klimatyzowanych pokojach znajdują się jakby przedziały – oddzielone od siebie płytą pilśniową dość szerokie łóżka z kawałkiem podłogi, wieszakiem, lampką i gniazdkami z zasłonką dającą prywatność, a także duże szafki zamykane na kłódkę (trzeba mieć własną), w których mieści się plecak czy walizka. Hostel jest nieduży, więc nie ma tu tłumów. Kuchnia mała, ale doskonale wyposażona. Łazienki czyste. Bezpłatne wifi bardzo szybkie. Miła, choć dość oficjalna obsługa.
  • Europa Melbourne to naprawdę fajne miejsce na obrzeżach dzielnicy biznesowej, w zasięgu spaceru do wszystkich atrakcji w centrum, niedaleko przystanku tramwajowego i dworców. Poza dobrym położeniem, ma też fajnie wyposażone pokoje wieloosobowe: wygodne łóżka z zasłonkami, prywatnym gniazdkiem, dwoma portami USB i lampką nocną, a także szafkami zamykanymi za kłódkę (trzeba mieć własną). Prysznice są spore i czyste. Na dole znajduje się niewielka kuchnia (wieczorem, gdy wszyscy chcą coś ugotować, jest naprawdę ciasno), gdzie rano dostępne jest śniadanie (ciasto na naleśniki, które trzeba usmażyć samemu, tosty i sok), a w ciągu dnia można korzystać z makaronu i ryżu do przygotowania posiłku za darmo. Na dachu – taras, w podziemiu – salon i pralnia. Za cztery noce w sześcioosobowym pokoju żeńskim płacę 144 dolary.
  • Calypso Inn w Cairns to bardzo przyjemne miejsce, żeby wypocząć i zrelaksować się. Pokoje są wprawdzie dość ciasne, mają mało gniazdek i brakuje w nich zamykanych szafek, ale działa klimatyzacja. Wartościowe rzeczy można zdeponować na recepcji. Kuchnia jest spora, wspólna część na powietrzu też. Zaskoczeniem są dla mnie pyszne, duże śniadania (nie wiedziałam, że są wliczone w cenę) – naleśniki, tosty i płatki na mleku, a także świeże owoce. Choć do centrum Cairns jest tylko 20 minut piechotą, co godzinę jeździ bezpłatny busik do miasta. Niewielki basen, w którym można się schłodzić, to też duży plus tego miejsca, podobnie jak szybkie wifi i przesympatyczna obsługa. Za dwie noce w sześcioosobowym pokoju żeńskim płacę 76 dolarów.
  • Airlie Beach Magnums to całkiem spory kompleks hostelowo-hotelowy, a także agencja podróży. Doki znajdują się jednak w przyjemnym ogrodzie, więc wielkość obiektu nie przytłacza. Nocuję w koedukacyjnym pokoju ośmioosobowym z łazienką i lodówką w czymś, co chyba kiedyś było aneksem kuchennym. Gniazdek jest sporo, ale niestety nie przy łóżkach. Tutaj też brakuje mi zamykanych szafek w pokojach – rzeczy można zdeponować w recepcji, ale jest ona zamknięta pomiędzy 21.00 a 7.00 rano. Kuchnia nieźle wyposażona. Bezpłatne wifi całkiem niezłe, ale działa tylko w jednej wyznaczonej strefie. Poza tym jest czysto i miło. Dwie noce kosztują mnie 50,40 dolara.
  • Nomads Hostel w Brisbane to typowy hostel imprezowy, znajdujący się w zabytkowym budynku w dzielnicy biznesowej. W podziemiach zlokalizowany jest klub nocny, dlatego chcąc wyspać się w nocy, najlepiej poprosić o pokój na jednym z wyższych pięter. Ja w tym miejscu decyduję się na nocleg w pokoju jednoosobowym na czwartym poziomie. Pokoik jest malutki, mieści się w nim łóżko, szafka nocna i wiatrak. Nie ma klimatyzacji i jest tylko jeden kontakt, dlatego chcąc jednocześnie korzystać z wiatraka i ładować telefon lub inne urządzenie, trzeba mieć rozgałęziacz – recepcja ich nie udostępnia. Kuchnia spora i nieźle wyposażona, łazienki czyste. Zabytkowa winda często się psuje. Bezpłatne wifi w recepcji i części wspólnej nie imponuje szybkością.
  • Byron Bay Beach Hostel znajduje się w nowym budynku niedaleko plaży z jednej strony i centrum miejscowości z drugiej. Tylko część pokoi ma klimatyzację – najpierw dostałam taki z wiatrakiem, co w środku lata nie dawało nic (w pokoju było bardziej gorąco, niż na zewnątrz), ale na moją prośbę przeniesiono mnie do innego pokoju z przenośnym klimatyzatorem i tam było bajecznie. Łóżka mają zasłonkę, co daje trochę prywatności. Pod łóżkami metalowe skrzynie, które można zamknąć na kłódkę (trzeba mieć swoją). Przestronna, doskonale wyposażona kuchnia. Czyste łazienki. Przyjemny bar i taras. Przemiła obsługa. Bezpłatne wifi i przechowanie bagażu.

Magnums Airlie Beach

Noclegi w czasie wycieczki zorganizowanej:

  • 13th Apostle Backpackers znajduje się w Princetown, mieścinie położonej przy Great Ocean Road, nieopodal słynnych skał Dwunastu Apostołów. Hostel jest czysty i ogólnie w porządku, ale zupełnie brakuje mu jakiejkolwiek atmosfery. Pokój wieloosobowy ma mnóstwo upchanych jedno obok drugiego łóżek piętrowych, brakuje też szafek zamykanych na klucz. Kuchnia i połączony z nią salonik są dość przestronne. Na jedną noc w porządku.
  • Awonga Cottages w miejscowości Halls Gap w Grampianach to kilka wieloosobowych domków z łóżkami piętrowymi. W głównych pomieszczeniach klimatyzacja. Nie każde łóżko ma swój kontakt, nie ma też lampek nocnych. Każdy domek ma kuchnię, łazienkę i toaletę – niestety jedna łazienka na szesnaście osób to trochę za mało. Przy niektórych domkach jest miejsce do barbecue. Za 2 dolary można mieć dostęp do szybkiego wifi. Kilka minut spacerem od Awonga znajduje się pole, na którym wieczorem pasą się kangury – fajny widok!
  • Adelaide Central YHA leży w samym sercu Adelaide. Podobało mi się tu o wiele bardziej, niż w YHA w Sydney – może dlatego, że sam hostel jest nieco mniejszy. Mimo to ma sporą i dobrze wyposażoną kuchnię i przestronną część wspólną. Prysznice i łazienki czyste, w pokojach brakuje niestety przy łóżkach kontaktów, są tylko lampki nocne. Okna niektórych pokoi wychodzą na klub nocny obok, dlatego warto zaopatrzyć się w zatyczki do uszu.
  • Stony Creek Bush Camp & Caravan Park to bardzo przyjemny kemping, na którym można też przenocować w ciasnych ale czystych, klimatyzowanych sześcioosobowych pokojach. Do dyspozycji jest spora, nieźle wyposażona kuchnia, barbecue, prysznice i toalety. Ze względu na położenie w rejonie półpustynnym, właściciele proszą by nie brać prysznica dłuższego niż 5 minut.
  • Kopalnia Opali i Muzeum Umoona oferuje noclegi pod ziemią dla grup w kilku pokojach różnej wielkości. My mieliśmy dla naszej dziewięcioosobowej grupy największy pokój z 92 łóżkami stojącymi w kilkunastu wnękach oddzielonych zasłonkami. W każdej wnęce znajduje się gniazdko. Pod ziemią panuje przyjemna, niska temperatura nawet jeśli na dworze jest upał. Do dyspozycji niewielka kuchnia, toalety i prysznice.
  • Kings Creek Station to miejsce, w którym po raz pierwszy spałam w swagu, czyli czymś pomiędzy śpiworem a namiotem. Rozłożyliśmy się wokół ogniska, do dyspozycji mieliśmy też zadaszoną kuchnię, a kawałek dalej – toalety i prysznice. Do dyspozycji jest mały basen. Jeśli ktoś woli domki lub namioty – też jest taka opcja noclegów.
  • Yulara Coach Campground to kemping na obrzeżach miasteczka Yulara, zaraz obok Parku Narodowego Uluru-Kata Tjuta, przeznaczony dla grup z biur podróży. Kemping ma stanowiska z dostępem do kuchni, łazienek i pryszniców. Jest też niewielki basen. Niektóre miejsca mają namioty, ale o wiele przyjemniej śpi się w swagu. Zaraz obok kempingu znajduje się niezły punkt widokowy na Uluru – Ewing Lookout.
  • Haven Backpackers w Alice Springs to ostatnie miejsce noclegowe na trasie wycieczki. Dość przeciętny, wymagający renowacji i porządnego czyszczenia hostel położony jest dziesięć minut spacerem od centrum miasta. Wifi i śniadanie w cenie.

Umoona Coober Pedy

Wyżywienie – co zjeść w Australii i ile to kosztuje

Mam wrażenie, że nie istnieje coś takiego, jak kuchnia australijska. To raczej spuścizna po Brytyjczykach z domieszką wszystkiego, co przywieźli imigranci z innych krajów, szczególnie azjatyckich. Dlatego mamy tutaj burgery, frytki, sushi, chińczyka i kuchnię hinduską, a także mnóstwo innych – jeśli chodzi o smaki, to każdy znajdzie coś dla siebie. Kulinarnym wyróżnikiem Australii na pewno jest vegemite, czyli dość słona pasta do tostów przygotowana z wyciągu z drożdży i warzyw, którą lokalni uwielbiają, a większość turystów – nie znosi. Mnie akurat zasmakowała! Jednak hitem okazał się dla mnie stek z kangura, którego każdy nie-wegetarianin powinien spróbować! Smakuje obłędnie, a co więcej – jest o wiele bardziej ekologicznym mięsem, niż wołowina.

Niestety, podobnie jak wiele innych rzeczy w Australii jedzenie jest dość drogie. Na pewno trzeba przeznaczyć na nie spory budżet, jeśli chcemy się stołować na mieście. Cena przeciętnego obiadu w knajpce to około 15 dolarów. Taniej będzie w fast-foodach, mniej wydamy też na kanapki, wrapy i tego typu jedzenie. Warto pokręcić się w food courtach centrów handlowych, a także popatrzeć, czy w jakimś barze nie ma akurat promocji – często zdarza się, że można trafić na lunch za 10 dolarów (codziennie inne danie w promocji). Przy niektórych supermarketach działają stoiska z sushi, gdzie pod koniec dnia można w promocyjnej cenie (na przykład 5 dolarów za dwie rolki, z każdej da się zrobić 6 maków) można kupić japońskie przysmaki. Ja łączę jedzenie na mieście, szukając raczej tanich lokali i tylko od czasu do czasu pozwalając sobie na ekstrawagancję, z przyrządzaniem sobie posiłków w hostelach. Jest kilka knajpek, które mogę polecić w różnych miastach:

  • Sydney – knajpka w budynku parlamentu Nowej Południowej Walii: lunch od 10 do 15 dolarów, spore porcje. Za dużą miskę makaronu pesto z zielonymi warzywami płacę 12 dolarów.
  • Sydney – tajskie knajpki przy Pitt Street, pomiędzy Goulburn Street a Campbell Street, kilka podobnie wyglądających lokali serwujących lunch w cenie 10 dolarów. Jadłam pad thai w 3 Mama Chef’s Thai i było wyśmienite!
  • Sydney – Waterfront Grill w Darling Harbour to nie najtańsza opcja, ale polecam się tam wybrać, jeśli ktoś ma ochotę skosztować steku z kangura. Mięsko palce lizać, a słuszna porcja kosztuje 32 dolary.
  • Melbourne – Grill’d Healthy Burgers na Degraves Street: ogromny wybór burgerów w różnych cenach, wszystko wygląda bardzo apetycznie. Za burgera z kurczakiem, brie, marmoladą porzeczkową płacę 13,50 dolara, a najadam się nim na cały dzień.
  • Adelaide – Star of Siam: tajska knajpka z przepysznym jedzeniem i dużymi porcjami. Chcąc wybrać się tu na kolację większą grupą, warto zarezerwować stolik. Możliwość siedzenia na zewnątrz lub w środku lokalu. Ceny całkiem znośne – przykładowo duży talerz pad thai z krewetkami kosztuje 18 dolarów.
  • Alice Springs – Uncles Tavern: restauracja i burgerownia w samym centrum miasta. Można tu dobrze i niedrogo zjeść – zestawy obiadowe (na przykład stek z frytkami i sałatą) kosztuję 12,50 dolara. Smaczny cydr z kija!
  • Cairns – Fetta’s Greek Taverna to niestety droga grecka restauracja, ale w nagrodę otrzymuje się spore porcje przepysznego greckiego jedzenia. Musaka kosztuje 25 dolarów.
  • Cairns – Night Markets to doskonałe miejsce, jeśli chce się zjeść tanio, dużo i azjatycko. Od strony morza znaleźć tu można dwa bary samoobsługowe, w których płaci się określoną kwotę (od 13 do 17 dolarów) i dostaje talerz lub pudełko, do którego można nakładać tyle jedzenia, ile się zmieści. Jest też bar z azjatyckimi makaronami i sushi. Po drugiej stronie, od ulicy, znajdzie się jeszcze kilka lokali, ale ceny są tam nieco wyższe.
  • Brisbane – Zi Bar / Down Under Bar & Grill to dwa bary w jednym, nie do końca wiem, jak je rozróżnić, oferujące w dni powszednie wybrane posiłki w cenie 8,5 dolara – czasem jest to makaron, czasem pizza, innym razem ryba z frytkami lub sałatka. Jedzenie całkiem w porządku, choć nic specjalnego.

Stek z kangura

Zakupy robię w supermarketach dwóch sieci: Woolworths i Coles. Odnoszę wrażenie, że te pierwsze mają nieco większy wybór i odrobinę niższe ceny. Często można trafić na promocje przy zakupie dwóch takich samych rzeczy. Mniejsze zakupy można też zrobić w sklepach typu convenience store sieci 7 eleven czy Night Owl, ale tutaj ceny są oczywiście wyższe. Alkoholu nie dostaniemy w zwykłych sklepach, trzeba znaleźć monopolowe, tak zwane bottle shops, na przykład sieci BWS. Przykładowe ceny w supermarketach:

  • paczka płatków owsianych z orzechami i suszonymi morelami 700 gramów: 3,50 dolara
  • borówki amerykańskie 125 gramów: 3,50 dolara
  • pomarańcze 1 kilogram: 4,90 dolara
  • czereśnie 1 kilogram: 11 dolarów
  • pomidory 1 kilogram: 5,90 dolara
  • brokuły 1 kilogram: 2,50 dolara
  • awokado: 2,50 dolara za sztukę
  • jogurt: 2-3 dolary
  • coca-cola 600 mililitrów: 3,00 dolary
  • sos bolognese: 1,70 dolara
  • puszka tuńczyka: 0,90 dolara
  • puszka kukurydzy: 1,50 dolara
  • puszka groszku:; 1,10 dolara
  • jajka 6 sztuk: 3,00 dolary
  • cztery bułki: 2,50 dolara

Vegemite

Atrakcje – co zobaczyć w Australii

Australia to ogromny kontynent, więc i atrakcji tutaj nie brakuje! W każdym mieście, a także pomiędzy nimi, pełno jest ciekawych rzeczy do zrobienia i zobaczenia. Na niektóre atrakcje nie trzeba wydawać żadnych pieniędzy, wstęp do innych może trochę kosztować.

W Sydney warto przespacerować się od Hyde Parku, gdzie można zobaczyć pomnik wojenny, przez katedrę św. Marii, parlament Nowej Południowej Walii aż do Królewskich Ogrodów Botanicznych i dalej pod budynek słynnej opery. Stamtąd warto obejść nabrzeże Circular Quay i pokręcić się trochę po najstarszej dzielnicy miasta, The Rocks. Wejście do muzeum The Rocks jest bezpłatne, z kolei za wstęp do równie ciekawego zabytkowego domu Susannah Place płaci się 12 dolarów. Z The Rocks można też wejść na most Sydney Harbour. Miłośnicy plażowania albo aktywnego wypoczynku powinni udać się na jedną z kilku tutejszych plaż, z których najsłynniejsze to Bondi i Manly. Ciekawy będzie też spacer wybrzeżem z Bondi do Coogee. Jeśli ktoś poszukuje kontaktu z naturą, warto wyskoczyć z Sydney w Góry Błękitne, a miłośnicy wina mogą odwiedzić Dolinę Hunter.

Opera w Sydney

Będąc w Melbourne, koniecznie trzeba pospacerować po centrum miasta, czyli dzielnicy biznesowej – Central Business District. Warto zajrzeć do niewielkich alejek, odchodzących od głównych ulic – w wielu z nich rozlokowały się przyjemne knajpki. Najciekawsze to Hardware Lane, The Causeway, Degraves Street, a także słynąca z kolorowego graffiti Hosier Lane. Ciekawie prezentuje się budynek najstarszego dworca Melbourne – Flinders Street Railway Station, a także położony obok Federation Square i ACMI – Australian Centre for the Moving Image (Australijskie Centrum Ruchomego Obrazu – genialne, interaktywne muzeum kinematografii, wstęp bezpłatny). Z drugiej strony centrum z kolei warto zajrzeć do Biblioteki Stanu Wiktoria. Przyjemne będą spacery po parkach i ogrodach, na przykład Królewskim Ogrodzie Botanicznym czy wpisanych na listę UNESCO Ogrodach Carlton. Będąc w Melbourne nie można ominąć wizyty w St Kilda, szczególnie pod wieczór, by zajrzeć na falochron, na którym gniazduje kolonia pingwinów małych, a także plaży Brighton, gdzie można zobaczyć charakterystyczne, kolorowe drewniane budki. Z Melbourne można wyskoczyć do pobliskiego Parku Narodowego Wilsons Promontory.

Wyjeżdżając z Melbourne w kierunku Adelaide nie można pominąć przejazdu widowiskową Great Ocean Road, warto też zatrzymać się na wędrówkę po górach w Grampianach (Park Narodowy Grampians – tras jest sporo, ja polecam The Pinnacles z niesamowitym widokiem, Balconies i MacKenzie Falls). W okolicy Adelaide znajduje się dolina Barossa, słynąca z produkcji wina – tutaj najlepiej wybrać się na wycieczkę po winnicach.

Z Adelaide wyjeżdżam na północny zachód, by wjechać w głąb lądu, czyli australijski Outback. Po drodze zatrzymujemy się w górach Flindersa, gdzie z całego serca polecam wędrówkę po kanionie Alligator, znajdującym się w Parku Narodowym Mount Remarkable (8 dolarów za wjazd samochodem). Dalej na północ leży miasteczko Coober Pedy, słynące z wydobywania opali. Warto tu zajrzeć do kopalni opali i muzeum Umoona (wycieczki z przewodnikiem codziennie o 10:00, 14:00 i 16:00, wstęp 12 dolarów) i podziemnego serbskiego kościoła prawosławnego. Dalej mamy już Park Narodowy Watarrka z kanionem Kings Canyon (polecam wędrówkę szlakiem Rim Walk nad krawędzią kanionu) oraz Park Narodowy Uluru-Kata Tjuta ze słynnymi formacjami skalnymi (bilet za 25 dolarów ważny 3 dni). W tym ostatnim trzeba koniecznie wybrać się na punkty widokowe Sunset i Sunrise Viewing Area, by obejrzeć wschód i zachód słońca nad górą, a także na Kata Tjuta Dune Viewing Area z fajnym widokiem na formacje skalne. Ponadto polecam kilka wędrówek dookoła Uluru: Base Walk, Mala Walk, Kuniya Walk i Lungkata Walk oraz Valley of the Winds w Kata Tjuta.

Przygodę w Outbacku kończę w Alice Springs, skąd samolotem lecę do Cairns. Samo miasto nie jest wyjątkowo ciekawe, natomiast stanowi bramę wypadową na Wielką Rafę Koralową i do tropikalnego lasu deszczowego Daintree. Z Cairns ruszam dalej na południe do Airlie Beach, gdzie żegluję na przepiękne wyspy Whitsunday, by następnie jechać do Brisbane. Tutaj bardziej niż na zwiedzaniu miasta, koncentruję się na odwiedzeniu dwóch sanktuariów koali, znajdujących się w pobliżu: Daisy Hill i Lone Pine, a także na wycieczce na piaszczystą wyspę Fraser Island. Kolejnym przystankiem na mojej trasie jest Byron Bay, z wysuniętym najbardziej na wschód punktem Australii kontynentalnej, czyli przylądkiem Cape Byron i leżącym niedaleko miastem Nimbin, w którym czas zatrzymał się w latach 60. ubiegłego wieku. Z Byron Bay wracam do Sydney, kończąc moją pętlę po Australii.

Podróżując po Australii, wybrałam się na kilka zorganizowanych wycieczek. Część z nich zarezerwowałam przez stronę agencji One Stop Adventures, którą polecam ze względu na doskonały kontakt, zniżki przy rezerwacji większej ilości wycieczek i ceny niższe, niż u samych organizatorów. Dwie wycieczki zarezerwowałam w biurze Greyhound Wicked Travel w Sydney, a jedną – bezpośrednio:

  • Hunter Valley Wine Tasting Your z Sydney: 110 dolarów w opcji bez obiadu. Dolina Hunter to jeden z winnych regionów w Australii, ale wycieczka obejmuje nie tylko wizyty w winnicach, lecz także łączenie wina z serami i z czekoladą, a także degustację lokalnych wódek i likierów. Fajna sprawa!
  • Wilsons Prom z Melbourne: 135 dolarów bezpośrednio u organizatora Bunyip Tours, 125 dolarów na stronie One Stop Adventures. Przylądek Wilsona to piękny kawałek lądu w stanie Wiktoria, nie promowany wśród turystów ze względu na ograniczoną infrastrukturę. Mimo to warto się tam wybrać dla niesamowitych widoków na przykład z Mount Bishop, pięknych plaż, takich jak Squeaky Beach oraz – przy odrobinie szczęścia – możliwości zobaczenia dzikich zwierząt: kangurów, walabii, wombatów czy emu.
  • Rainforest Tour z Cairns: 125 dolarów u organizatora (The Adventure Company), rezerwując przez agencję Greyhound Wicked Travel dostałam 10% zniżki. Wycieczka obejmuje spacer po Wąwozie Mossman, rejs po rzece Daintree, wizytę na Przylądku Tribulation i w Parku Narodowym Lasu Daintree, który jest jednym z najstarszych tropikalnych lasów deszczowych. Myślę, że może to być ciekawy wyjazd, ja jednak trafiam na ulewę, przez którą wąwóz jest zamknięty, a zwierzęta pochowane, dlatego tak naprawdę niewiele jestem w stanie zobaczyć.
  • Get High Down Under z Cairns: 345 dolarów. Pakiet obejmuje rejs sporym katamaranem w kierunku zewnętrznej części Wielkiej Rafy Koralowej, jedno nurkowanie, dziesięciominutowy lot helikopterem nad rafą, obiad i przekąski. Na miejscu decyduję się na drugie nurkowanie w innej części rafy (dodatkowe 50 dolarów). Cudna wycieczka, piękne widoki pod wodą, doskonała organizacja i obsługa!
  • Southern Cross sailing z Airlie Beach: 179 dolarów (rezerwując w biurze Greyhound dostaję 10% zniżki). Całodniowy rejs sportową żaglówką Southern Cross na wyspy Whitsunday z przystankiem na snorkeling oraz wizytą w punkcie widokowym Hill Inlet Lookout i na plaży Whitehaven. W cenę wliczone są też przekąski, kawa i herbata oraz zimny lunch. Całkiem fajna przygoda!
  • Fraser Island 2-Day Eco Tour z Brisbane: 369 dolarów bezpośrednio u organizatora, 349 dolarów na stronie One Stop Adventures, dodatkowo płatne 60 dolarów w gotówce (niezależnie od tego, gdzie się rezerwuje). Fantastyczna dwudniowa wycieczka na Wielką Wyspę Piaszczystą (Fraser Island) w przerobionej na autobus ciężarówce. Obejmuje przejazd po plaży 75 Mile z kilkoma postojami, kąpiel w strumieniu Eli i w jeziorze Birrabeen, wejście na Przylądek Indian, spacer po lesie deszczowym Pile Valley i nocleg w kompleksie Eurong. W cenę wliczone wyżywienie: jeden obiad, kolacja i śniadanie. Wycieczka na wyspę to dla mnie pozycja obowiązkowa, jeśli jest się w okolicy, choć warto wiedzieć, że taniej i łatwiej zorganizować wyjazdy na nią z miejscowości położonych bliżej: Nossa Heads lub Rainbow Beach.

Dolina Hunter

Węże, pająki i tym podobne

Przed przyjazdem do Australii miałam spore obawy, gdyż wiele słyszy się o tutejszych niebezpieczeństwach, takich jak pająki, węże, meduzy i inne zwierzęta, które tylko czyhają, by skrzywdzić człowieka. Ja sama nie boję się pająków czy węży jako takich, ale też miałam obawy przed ukąszeniem przez któreś z nich. Po podróży stwierdzam, że wcale nie jest tak źle, jak mi się na początku wydawało. Chciałabym głośno i wyraźnie powiedzieć, że tak naprawdę to nie ma się czego bać. Pierwszego dużego, aczkolwiek niegroźnego pająka zobaczyłam dopiero trzynastego dnia pobytu w Australii, w Coober Pedy. Pierwszego węża – dzień później w Kings Creek Station. Ogólnie rzecz biorąc, w miastach szansa na spotkanie pająków czy węży jest raczej niewielka, prędzej można się na nie natknąć poza miastami, w Outbacku czy w lasach.

Jeśli chodzi o pająki to ostatnia śmierć spowodowana ich ukąszeniem miała miejsce w 2016 roku, a przedostatnia – w 1979! W Sydney, Brisbane i prawdopodobnie Adelaide występuje niebezpieczny atraks (zwany też podkopnikiem czy ptasznikiem australijskim, czyli Sydney funnel-web spider), jednak szansa na spotkanie go przez turystę nie jest duża, bo lubi on ciemne, wilgotne miejsca, na przykład piwnice. Mierzy on około 7 centymetrów i bywa agresywny, a jego jad może doprowadzić do śmierci w ciągu godziny, dlatego ważne jest szybkie podanie antidotum. Notuje się tylko mniej więcej 5-6 przypadków ugryzienia przez tego pająka rocznie. Kolejnym, mniej niebezpiecznym gatunkiem, jest Latrodectus hasselti (redback spider), czyli bliski kuzyn czarnej wdowy, który występuje na obszarze całego kontynentu. Ma około 2-3 centymetry długości, a samice wyróżnia charakterystyczna czerwona plamka na czarnym, okrągłym odwłoku. Nie każde ukąszenie jest śmiertelne – antidotum podaje się tylko około 250 razy rocznie przy kilku tysiącach przypadków ugryzień. Aby uniknąć ukąszenia przez pająki, warto po prostu być świadomym ich istnienia i uważać, na przykład wytrzepując buty przed ich założeniem. W przypadku ukąszenia – jak najszybciej szukać pomocy medycznej. Warto też wspomnieć o pająkach z rodziny spachaczowatych (huntsman spiders), które dość często występują w Australii i mogą przerażać swoimi rozmiarami, ale ogólnie są niegroźne.

Huntsman

Węże to kolejne zwierzęta, które budzą postrach w Australii. Nie jest jednak tak, że czyhają one pod każdym krzakiem, w każdej toalecie i pod każdym łóżkiem. By spotkać węża, trzeba mieć trochę szczęścia. Ja przez prawie czterdzieści dni podróży widzę tylko jednego w Kings Creek Station, i to z dość daleka. Trafia mi się jednak jeden z najbardziej jadowitych okazów – mulga (king brown snake) ponad metrowej długości. Ogólnie rzecz biorąc w Australii żyje ponad 170 gatunków węży, a do najbardziej jadowitych zalicza się miedzy innymi nibykobrę siatkowaną (eastern brown snake), węża tygrysiego (tiger snake), tajpana pustynnego (inland taipan) czy właśnie mulgę. Niemniej jednak przypadki ukąszeń zdarzają się rzadko, a dzięki antidotom na jad węży, notuje się zaledwie od czterech do sześciu śmierci rocznie. Warto być świadomym obecności tych gadów, rozglądać się, zwracać uwagę, gdzie się stąpa, nie chodzić boso po wysokiej trawie, a wędrując po buszu lub w Outbacku dobrze mieć zakryte buty (węże najczęściej atakują stopy). Kiedy zobaczy się węża, należy ostrożnie zejść mu z drogi, nie próbować go złapać, a on najprawdopodobniej szybko ucieknie. W rzadkim przypadku ukąszenia, należy unieruchomić kończynę, by zapobiec rozprzestrzenianiu się jadu po organizmie i założyć opaskę uciskową, a następnie jak najszybciej poszukać pomocy medycznej. Nie należy też przemywać rany – resztki jadu na skórze pomogą zidentyfikować węża i dobrać odpowiednią antytoksynę.

W wodach oblewających północną część Australii, szczególnie w okolicy Wielkiej Rafy Koralowej można natknąć się na niebezpieczne meduzy zwane kostkowcami (box jellyfish). To jedne z najbardziej niebezpiecznych dla człowieka wodnych stworzeń – oparzenia przez nie spowodowane są niezwykle bolesne i mogą doprowadzić do śmierci. Rocznie odnotowuje się około 100 przypadków z nieszczęśliwym zakończeniem. Ze względu na ogrom kontynentu, ciężko określić precyzyjnie sezon na ich występowanie, ale z reguły pomiędzy październikiem a listopadem oraz pomiędzy kwietniem pojawia się ich najwięcej. W wodach przybrzeżnych stanu Queensland najwięcej można ich spotkać pomiędzy listopadem a marcem. Dlatego też w tych miesiącach nie zaleca się kąpieli w oceanie bez ochrony. Firmy organizujące nurkowanie i snorkeling udostępniają klientom (najczęściej bezpłatnie) tak zwane stinger suits, czyli cienkie, elastyczne kombinezony zakrywające całe ciało, których celem jest minimalizacja ryzyka oparzenia przez meduzy. Należy także zwracać uwagę na znaki na plażach.

Innym niebezpieczeństwem, które czyha w oceanicznych wodach, są rekiny. Warto zwrócić uwagę, gdzie kąpią się miejscowi. Przykładowo na Wielkiej Wyspie Piaszczystej nikt po prostu do morza nie wchodzi, bo w okolicy żyje mnóstwo rekinów. W innych miejscach, na przykład w okolicach Cairns, nie ma problemu z nurkowaniem na Wielkiej Rafie Koralowej. W ciągu ostatnich trzydziestu lat, odnotowano w Australii około 500 ataków rekina, niecałe 50 z których skończyło się śmiercią. Za najbardziej niebezpieczny region uważa się plaże w okolicy granicy pomiędzy Queensland a Nową Południową Walią.

Niebezpieczne może być także spotkanie słonowodnych krokodyli różańcowych (saltie), największych gadów żyjących obecnie na Ziemi. Występują one w słonych wodach przybrzeżnych, ujściach rzek do oceanu i namorzynach w północnej części Australii. Na niektórych plażach spotkać można ostrzeżenia przed krokodylami – zabronione jest wchodzenie do wody w tych miejscach, a także podchodzenie bliżej. Wybieram się specjalnie z Cairns na przylądek Tribulation i do Parku Narodowego Daintree, by zobaczyć te ogromne drapieżniki, niestety nie mam szczęścia. Nie znaczy to, że należy lekceważyć ostrzeżenia. Co roku jedna-dwie osoby giną zaatakowane przez te krokodyle.

Wielka Wyspa Piaszczysta

Dodatkowe informacje

Walutą Australii jest dolar australijski (AUD), którego kurs wynosi 1 AUD = 2,64 PLN. Na lotniskach można wymienić pieniądze (najlepiej zabrać dolary amerykańskie lub euro), ale ja nie robię tego ani razu, bo niemal wszędzie można płacić kartą. Po raz kolejny doskonale sprawdza się u mnie Revolut, który akceptowany jest absolutnie wszędzie – nawet w Outbacku (choć czasem do transakcji kartą doliczane jest 1-2%), nie ma też problemu z wyjmowaniem pieniędzy z bankomatów, których jest sporo. Niestety te doliczają sobie prowizję – około 3-5 dolarów za transakcję, dlatego korzystam z tego rozwiązania tylko dwukrotnie.

Australia wydaje się dość bezpieczna, chociaż zawsze trzeba zachować zdrowy rozsądek i na przykład nie włóczyć się po ciemnych zakamarkach miast w środku nocy. Za najniebezpieczniejsze miasto uznaje się Alice Springs, słynące z przemocy pomiędzy żyjącymi tutaj Aborygenami, ale także nakierowanej w stronę nie-Aborygenów. Należy być szczególnie uważnym w nocy, gdy młodzi Aborygeni w niewielkich grupkach snują się po mieście. Słyszałam o jednym przypadku turysty pobitego tam bez powodu.

Jak zawsze, gdy piszę o podróżowaniu za granicę, radzę się ubezpieczyć. Opieka medyczna jest na doskonałym poziomie, ale trafienie do lekarza czy szpitala może sporo kosztować, dlatego lepiej być ubezpieczonym. W Outbacku, gdzie wszędzie jest daleko, można liczyć na pomoc tak zwanych Latających Lekarzy (Flying Doctors), którzy przylatują na pomoc niewielkimi samolotami. Warto jednak zaopatrzyć się w podręczną apteczkę z podstawowymi lekami, dostępne są też zestawy zawierające antidota na jad najpopularniejszych węży.

Językiem obowiązującym w Australii jest angielski, więc znając go, nie powinniśmy mieć żadnych problemów z podróżowaniem po tym kraju. Początkowo obawiałam się, że nie będę w stanie zrozumieć Australijczyków ze względu na ich słynny, charakterystyczny akcent, ale okazało się, że nie jest tak źle Warto wiedzieć, że w Australii lubią wszystko skracać, więc czasem możemy usłyszeć słowa, których nie rozumiemy, nawet jeśli dobrze porozumiewamy się po angielsku. Kilka przykładów:

  • Straya – Australia
  • Aussie – Australian – Australijczyk
  • g’day – good day – dzień dobry
  • brekky – breakfast – śniadanie
  • arvo – afternoon – popołudnie
  • choccy – chocolate – czekolada
  • bottle-o – bottle shop / liquor store – monopolowy
  • cuppa – a cup of tea or coffee – filiżanka herbaty lub kawy
  • coppa – policeman – policjant
  • servo – service station / petrol station – stacja benzynowa
  • facey – Facebook

W Australii występują trzy główne strefy czasowe (czas zachodnioaustralijski standardowy UTC+8, czas środkowoaustralijski standardowy UTC+9h30min, czas wschodnioaustralijski standardowy UTC+10), dodatkowo niektóre stany zmieniają czas na letni (Australia Południowa UTC+10h30min, Nowa Południowa Walia, Wiktoria, Tasmania UTC+11), a inne – nie (Australia Zachodnia, Terytorium Północne, Queensland). Czyni to robienie odniesienia do czasu w Polsce nieco skomplikowanym, więc spisałam wszystkie możliwe kombinacje. I tak, kiedy w Polsce jest lato, a w Australii zima, w poszczególnych stanach w Australii jest później, niż w Polsce:

  • Australia Zachodnia – o 6 godzin
  • Terytorium Północne – o 7 godzin 30 minut
  • Australia Południowa – o 7 godzin 30 minut
  • Queensland – o 8 godzin
  • Nowa Południowa Walia, Wiktoria, Tasmania – o 8 godzin

Kiedy w Polsce jest zima, a w Australii lato, w Australii jest później:

  • Australia Zachodnia – o 7 godzin
  • Terytorium Północne – o 8 godzin 30 minut
  • Australia Południowa – o 9 godzin 30 minut
  • Queensland – o 9 godzin
  • Nowa Południowa Walia, Wiktoria, Tasmania – o 10 godzin

W Australii używane są wtyczki typu I, czyli z dwoma płaskimi bolcami ustawionymi pod kątem i dodatkowym bolcem po środku, który jest uziemieniem. Napięcie w gniazdku to 240 V. Obok gniazdka znajduje się mały włącznik, należy pamiętać, by go pstryknąć, bo inaczej prąd nie będzie płynął (musi być widać czerwoną diodkę lub znaczek). Przejściówkę do kontaktu lepiej kupić przed przyjazdem, bo na miejscu wydamy co najmniej 10 dolarów, podczas gdy w Polsce dostaniemy je już nawet za 7 złotych.

Po raz kolejny zaskakuje mnie słaby dostęp do internetu w kraju wysoko rozwiniętym. W wielu hostelach, w których się zatrzymuję, bezpłatny internet bezprzewodowy działa tylko w okolicach recepcji, w dodatku jest niesamowicie powolny. Warto zainwestować więc w lokalną kartę sim przedpłaconą – są one stosunkowo drogie w porównaniu na przykład z Polską, ale dają lepszy i szybszy dostęp do internetu, niż hostelowe wifi. Trzej główni operatorzy to Telstra, Vodafone i Optus – oni posiadają salony firmowe. W supermarketach można kupić karty sim innych, wirtualnych operatorów, na przykład Aldi Mobile czy Boost. Trzeba jednak pamiętać o tym, że kartę sim należy zarejestrować, a słyszałam o przypadkach, kiedy pojawiały się problemy (na przykład brak aktywacji przez ponad tydzień albo możliwość jedynie odbierania telefonów, a nie ich wykonywania). Warto przejrzeć oferty wszystkich operatorów w internecie i je porównać. Trzeba też wiedzieć, że jeśli chodzi o zasięg, to w miastach dobrze sprawdzają się w zasadzie wszyscy operatorzy, ale jak jedziemy w głąb kraju to o Vodafone można zapomnieć. Ja decyduję się na Optusa, gdzie za 30 dolarów dostaję 35 gigabajtów danych na 28 dni, a po doładowaniu 20 dolarów – kolejne 12 gigabajtów na 10 dni – a zasięg mam wszędzie, nawet w Outbacku (nie na trasie, ale w miejscach, gdzie zatrzymujemy się na toaletę, tankowanie, wędrówki i noclegi), więc mogę bez wahania polecić tego operatora. W Telstrze, która niby ma najlepszy zasięg (a okazuje się, że podróżująca ze mną Niemka nie zawsze go ma) musiałabym wydać 60 dolarów, żeby karta była aktywna przez wystarczający czas. Jedyne miejsce na mojej trasie, gdzie Optus nie ma zasięgu, a działa Telstra to Wielka Wyspa Piaszczysta.

Wybór pamiątek australijskich jest naprawdę duży. Można pomyśleć o zabraniu do domu typowo australijskich przysmaków – Vegemite, ciastek Tim Tam czy lokalnego wina z winnicy, która nie eksportuje swoich produktów. Ciekawe będzie też aborygeńskie rękodzieło – bumerangi, obrazy czy inspirowane sztuką aborygeńską przedmioty codziennego użytku, takie jak kubki czy świeczniki. Warto jednak zwrócić uwagę na to, gdzie dana rzecz została wyprodukowana – najtańsze pamiątki prawdopodobnie pochodzić będą z Chin. Za oryginalne australijskie wyroby zapłacimy niestety nieco więcej.

Great Ocean Road

Artykuły

Poniżej lista australijskich artykułów, które ukazały się na blogu:

Informacje są aktualne na styczeń 2019 roku. Jeśli masz jakieś pytania, wątpliwości, dodatkowe informacje albo wiesz, że coś już jest nieaktualne, daj mi o tym znać w komentarzu poniżej. Dziękuję!

Planujecie wybrać się do Australii? Które regiony tego kontynentu najbardziej Was fascynują? A może już tam byliście i macie jakieś swoje rady, dotyczące podróżowania po kraju do góry nogami?

Ewa

Cieszę się, że tu jesteś! Mam nadzieję, że spodobał Ci się i zaciekawił ten wpis. Jeśli tak, to będzie mi niezmiernie miło, gdy klikniesz Lubię to, dodasz +1 i podzielisz się wpisem ze znajomymi albo dołączysz do dyskusji! To dla mnie ważne, bo pokazuje, że warto dalej pisać. Masz uwagi, komentarze, pytania? Nie wahaj się, napisz! Cieszę się z każdego sygnału od Ciebie! Dziękuję :)

- Ewa a

Przeczytaj też...

78 komentarzy

  1. Grazyna pisze:

    Super blog i tyle informacji Dzieki serdeczne … Jestem pod wrazeniem naprawde !

  2. Trochę daleko ta Australia, ale chętnie bym się wybrała.
    To jedyny kraj który bym chętnie odwiedziła,
    reszta jakoś specjalnie mnie nie interesuje :-)
    No może jeszcze USA…

  3. Paulina pisze:

    Super! Dziekowac 🙂

  4. Joanna pisze:

    Nie ciągnie mnie do Australii, ale dziękuję za przydatne informacje. :)

  5. Anna pisze:

    Super.Dokładnie,na temat ,że też nie było cię przed moją podróżą do Australii,jak byłoby mi łatwiej,ale dałam radę,choć ten ich angielski mnie przeraził,jak jużsię osłuchałam musiałam wracać.Australia już za mną ,teraz pora na bliższe rejony tak jak zaplanowałam,im mniej lat tym dalej potem już tylko bliżej.

    • Ewa pisze:

      A mi właśnie ten angielski jakoś nie sprawiał wielkich problemów, spodziewałam się większych trudności. Chociaż miałam momentami podejrzenia, że do turystów mówią w trochę bardziej zrozumiały sposób :)

  6. Magdalena pisze:

    GOTOWA ! :D

  7. Hanna pisze:

    Northern Territory i Tasmanię 🙂

  8. Maja pisze:

    Hah, zawsze się zastanawiałam, o co chodzi z tym vegemite i czy ma to coś wspólnego z wegetą :)) nawet można nabyć w Kuchniach Świata, ale cena wydawała mi się nieadekwatna jak na spełnienie ciekawości ;) Pająk OSOM, uciekałabym z krzykiem.

  9. Monika pisze:

    Ja… Każdą 😂😅💞

  10. Kamil pisze:

    Świetnie! Mega potrzebne informacje w jednym miejscu :) dzięki Ewa!

  11. Julia pisze:

    dzięki za ten wpis i mam nadzieję, że gdzieś w 2019-2021 wreszcie uda nam się skorzystać z Twoich porad :)

  12. Dee pisze:

    Jejku jak ja marzę o Australii!

  13. Joanna pisze:

    Ekstra, masz niezłe tempo ;)

  14. Olka pisze:

    Australię chciałabym kiedyś odwiedzić. Ale prawda jest taka, że ciężko się do niej wybrać na krótko, bo jak sama piszesz, jest to ogromna połać lądu. Druga sprawa, to koszty. Ceny lotów mnie na razie przerażają.

  15. Mega potrzebne informacje i to wszystko w jednym miejscu :) super! Oczywiście, u mnie też Australia jest na liście marzeń bardzo wysoko :)

  16. Przemek pisze:

    Kapitalny poradnik. Można by zrobić niego ebooka :)

  17. Agata pisze:

    O! I to jest poradnik, którego mam nadzieję kiedyś użyć :) Australia marzy się, oj marzy!

  18. Paulina pisze:

    Dzięki tobie dowiedziałam się czegoś więcej o Australii. Wszystko co mi dotychczas było wiadomo to to, że wszystko co się rusza może mnie tam zjeść. Pozdrawiam

    • Ewa pisze:

      Prawie wszystko :) Są jeszcze quokki, bardzo sympatyczne i przyjazne zwierzątka… ale to chyba jedne z niewielu, które nie chcą skrzywdzić człowieka :))) żartuję, wcale nie jest tak źle!

  19. Marcin pisze:

    Powiedziałbym, że taka porządna garść! :)

  20. Joanna pisze:

    zabieram się za czytanie:)

  21. Zawsze chętnie czytam informacje praktyczne o różnych krajach. Dzięki nim można się lepiej przygotować do podróży :)

  22. Ania pisze:

    Świetny zbiór informacji i ciekawostek! Marzy mi się przynajmniej kilku tygodniowy pobyt w Australii :)

  23. Bardzo rzetelne kompendium wyjazdowe – gratulacje! :)

  24. Paulina pisze:

    O jezu ile info! Jak juz uda mi sie oszczedzic hajsy po Norwie i jechac tam do Eli i Tomasza to juz wiem co bedzie moja lektura ❤️

  25. Easy Surf pisze:

    Marzy mi się kitesurfing w Australii :)

  26. bestwestern pisze:

    Zazdroszczę! Też marzę o zwiedzeniu Australii, jednak chciałbym tam pojechać na dłużej i zwiedzić dokładnie wszystkie najważniejsze i najpiękniejsze miejsca.

  27. Antek pisze:

    Jakie bydle z tego pająka na foto :D

  28. Marcin pisze:

    Mega pomocny wpis dla tych, którzy planują wakacje w Australii! Świetna robota! Mam nadzieję, że w końcu rzucę się w ten odległy zakątek świata.

  29. Krzysiek pisze:

    I to się nazywa rzeczowy wpis. Mam w planach lecieć do Australii więc już wiem gdzie zajrzę podczas planowania tripa. Dzieki za wpis

  30. Martyna Soul pisze:

    Bardzo przydatny poradnik. Australii póki co nie planuję, ale jeśli w końcu się na podróż w tym kierunku zdecydujemy na pewno do Twojego poradnika wrócę. Widok na Uluru zawsze mnie zachwyca na zdjęciach, a tej pająki…przerażają, mimo że w Polsce pająki bardzo lubię;)

  31. mazurek pisze:

    Bardzo przydatne porady i wskazówki. Być może i mi się kiedyś przydadzą. Pozdrawiam

  32. Ewa pisze:

    Witaj. Podajesz naprawdę masę informacji . Mam nadzieję że wykorzystam je w planowaniu podróży do Australii, chociaż szczerze mówiąc przeraża mnie ten wielki i tak zróżnicowany pod każdym względem kontynent. Pozdrawiam

  33. Angelika pisze:

    Byłam w Australii dokładnie rok temu. Moja trasa wyglądała tak : Sydney- Uluru (Ayers Rock, Kings Canyon, Kata Tjuta)- Melbourne i wyspa pingwinów- Great Ocean Road- Adelaide -Sydney. Cudowny wyjazd, cudowne wspomnienia.

  34. SKG pisze:

    Fajny i konkretny artykuł z garścią przydatnych informacji. Dzięki! Pozdrawiam :)

  35. Zbyszek pisze:

    Dobry artykuł , dzięki za informacje , wybieram się za m-c i mam pytanie czy w outback-u na “zapomnianych ” stacjach benzynowych zapłacę kartą czy muszę mieć gotówkę ? Pozdrawiam

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*Pola wymagane. Adres e-mail nie zostanie opublikowany.
Ostatnio pojawia się bardzo dużo spamu i mój filtr czasem się gubi. Jeśli nie jesteś spamerem, a Twój komentarz nie ukazał się, daj mi o tym znać mailowo. Kontakt znajdziesz tu. Dziękuję!