Konkurs wenecki

Późno, ale są! Wyniki konkursu weneckiego. Historia z palącymi się jajami rozłożyła mnie na łopatki, więc jedna z książek wędruje do Krzyśka. Druga pojedzie do Kasi za ucieranie żółtek, a trzecia do p-i-f za ogórkową bez ogórków. Dzięki wszystkim, którzy pocieszyli mnie, że nie tylko ja sobie czasem, delikatnie mówiąc, nie radzę w kuchni i gratuluję zwycięzcom :)

Konkurs wenecki
A tak wyglądał konkurs:

Jedzenie stanowi treść włoskiego życia: ludzie stale o nim mówią, poświęcają mnóstwo czasu na zakupy produktów spożywczych i przygotowanie posiłków oraz spędzają rozkosznie długie wieczory na ich spożywaniu. Tak pisze Donna Leon w książce Szczypta Wenecji, którą dzięki sklepowi Merlin.pl miałam okazję ostatnio przeczytać i zrecenzować.

Dzisiaj razem z Merlin.pl mamy dla Was konkurs, w którym do wygrania są aż trzy książki Szczypta Wenecji!

Zasady są jak zwykle proste – wystarczy w komentarzu poniżej opisać jakąś swoją zabawną przygodę w kuchni. O tym, że ja eksplodowałam jajko – już wiecie. A jakie były Wasze kuchenne perypetie?

Konkurs trwa do godz. 12:00 3 maja 2012. Po tym terminie wybiorę trzy najfajniejsze wypowiedzi, autorzy których dostaną po egzemplarzu książki.

Zwycięzcy dostaną ode mnie maila z potwierdzeniem i prośbą o podanie adresu, na który trzeba wysłać książkę. W przypadku niepodania adresu w ciągu dwóch dni, nagroda przejdzie na kolejną osobę.

Donna Leon, Roberta Pianaro: Szczypta Wenecji

Nagrody zostały ufundowane przez sklep Merlin.pl. Dziękuję!

Ewa

Cieszę się, że tu jesteś! Mam nadzieję, że spodobał Ci się i zaciekawił ten wpis. Jeśli tak, to będzie mi niezmiernie miło, gdy klikniesz Lubię to, dodasz +1 i podzielisz się wpisem ze znajomymi albo dołączysz do dyskusji! To dla mnie ważne, bo pokazuje, że warto dalej pisać. Masz uwagi, komentarze, pytania? Nie wahaj się, napisz! Cieszę się z każdego sygnału od Ciebie! Dziękuję :)

- Ewa a

Przeczytaj też...

25 komentarzy

  1. AsiaB pisze:

    Parę lat temu, kiedy byłam jeszcze małą dziewczynką, z dwiema lewymi rękami, jeżeli chodzi o kuchnię, postanowiłam zrobić rodzince niespodziankę. Otwarłam książkę kucharską na rozdziale “desery” i znalazłam wyglądający, na zdjęciu, przepysznie sorbet brzoskwiniowy. Radośnie pobiegłam do sklepu pod blokiem, kupiłam składniki i rozpoczęłam moją zabawę w królową deserów. W przepisie było “zmiksować brzoskwinie z puszki”, nie zastanawiając się długo otwarłam puszkę, wyjęłam brzoskwinie i rozpoczęłam miksowanie… Oczywiście nie pokroiłam tych brzoskwiń tylko usiłowałam zmiksować takie w całości… I jaki był rezultat? Połowa brzoskwiń znalazła się na stole, podłodze i ścianie.. Deser koniec w końcu wyszedł dobry, ale to sprzątanie.. Niespodzianka jednak się udała bo zdążyłam posprzątać przed ich powrotem :)

    • Ewa pisze:

      Ja swoje eksplodowane jajko też zdążyłam posprzątać przed powrotem domowników. Mama o zdarzeniu dowiedziała się dobre kilka lat później :)

  2. Joanna pisze:

    Pierwsza dodałam moją historię :) Może nie jest najlepsza, ale jedyna zabawna jaką pamiętam :D no może oprócz pomylenia cukru z solą..

  3. Jo pisze:

    Hmm, mnie udało się i przypalić ziemniaki i wodę podczas przygotowywania pyz na parze :), wszystko z miłości. Ale najbardziej zaskoczyła mnie zupa, jaką ugotował dla mnie mąż, wiedząc, że uwielbiam ogórki, zrobił dla mnie oczywiście zupę ogórkową – 100 % ogórka w ogórkowej – żadnego innego składnika do wody nie dodał :).

  4. Kasia pisze:

    Pewnego pięknego dnia chciałam zrobić przyjemność dla mojego męża i przygotować creme brule. Pomyślałam: “nic prostszego”. W przepisie było napisane: utrzeć żółtka… I to właśnie w tym momencie czarna dziura zakryła mój rozum. Zastanowiwszy się chwilę jak “utrzeć” żółtko, wydało mi się oczywistym, iż należy ugotować jajko na twardo, a potem zetrzeć je na tarce. Nie muszę chyba pisać, że creme brule nie powalił mojego męża, a ja jeszcze przez pewien czas zastanawiałam się, czemu to się nie zsiadło… aż w końcu doszło do mnie prawdziwe znaczenie słowa “utrzeć”

  5. Magda pisze:

    Ta historia wydarzyła się w czasach głębokiego PRL-u gdy w szarych sklepach witały nas tylko butelki octu i burknięcie sprzedawczyni. Natomiast dostawa towaru była wielkim wydarzeniem towarzyskim. Szarą masę ulicy ogarniała wówczas euforia, która szybko przybierała szyk bardzo długiej kolejki. Jednak w efekcie końcowym przy ladzie trzeba było wykazać się nie lada znajomością z panią sprzedawczynią, plikiem odpowiednich kartek z wydzielonym przydziałem, choć i tak nie gwarantowało to sukcesu w postaci nabycia upragnionego towaru. Takim kartkowym rarytasem było m.in masło, którego kostka wydzielona w kartkach na miesiąc była szczytem marzeń. Niestety jako kilkuletnia dziewczynka nie zdając sobie do końca sprawy z wyczynów kolejkowo- kartkowych dorosłych, któregoś dnia wraz z kuzynką zrobiłyśmy swoje pierwsze danie w życiu. Do dania ochoczo użyłyśmy całą zawartość dużej, drewnianej babcinej maselnicy pełnej świeżutkiego masła dodając do tego posiekaną trawę, pokrzywę, piasek i kolorowe kamyczki ze strumyka. Całość dokładnie wymieszałyśmy i wyłożyłyśmy do małych miseczek misternie dekorując świeżymi polnymi kwiatami. Na uroczyste przyjęcie zaprosiłyśmy uradowane psy i koty. Radosne merdanie psich ogonów zwróciło uwagę dorosłych i ku naszemu ogromnemu zdziwieniu nie wzbudziło to w nich uznania i aplauzu! Dziś natomiast na pamiątkę popisowego pierwszego dania moją kuchnię zdobi okazała drewniana maselnica.

  6. Kasia pisze:

    Gdy przeczytałam “moja zabawna historia w kuchni” od razu przypomniał mi się mój włoski eksperyment. Teraz wspominam go jako zabawny, ale tak naprawdę byłam przerażona!! Po moim powrocie z wycieczki do Włoch (to było chyba 4 lata temu) jak zwykle zaprosiłam Anię i Adama na powycieczkowe opowieści, wrażenia, pokazy multimedialne i kulinarne:) Taką mieliśmy tradycję: wyjazdy i prezentacje:) Teraz, kiedy jestem w Barcelonie, bardzo mi tego brakuje. Tamtym razem wysłałam e-mailem (mieszkamy 4 bloki dalej:) piękne zaproszenie z toskańskim widoczkiem na włoski wieczór. O ile dobrze pamiętam, to zaproszenie zbiegło się chyba z prezentacją wyremontowanej kuchni (klasyczny styl, ciepła sosna, koszyki z owocami i wszystko w promieniach południowego i zachodzącego słońca…ech..czujecie ten klimat…:). Postanowiłam przygotować włoskie danie. Poprzedniego dnia kupiłam wszystkie składniki, wybierałam specjalnie włoskie! Nie pamiętam nazwy dania, ale miał być m.in. makaron, oliwki, oliwa, rukola i papryczki chili, główne bohaterki przedsięwzięcia! A muszę zaznaczyć, że wcześniej nie miałam z nimi do czynienia. Nieświadoma niebezpieczeństwa myję więc i kroję papryczki, oczyszczam je z pestek. Gdy kończę, biorę chusteczkę higieniczną i czyszczę nos (nie pamiętam już czy to był katar, czy to wina papryczek). Pieczenie nie do wytrzymania!! Panika, problemy z oddychaniem, płukanie wodą, naprawdę bałam się, że wyląduję na pogotowiu! Substancja, którą zawierały pestki, była tak silna, że nawet po umyciu rąk, powodowała silną reakcję. W końcu chyba po ok. godzinie “pożar” nosa został ugaszony. Dokończyłam gotowanie, ale efekt nie był zachwycający. Goście zjedli, ale się nie najedli. Całe szczęście, że mama poprzedniego dnia zrobiła gołąbki!! Niezawodne, pyszne gołąbki! Sytuacja została uratowana! A kuchnię włoską uwielbiam (ale bez papryczek chili:).

  7. Krzysztof pisze:

    Moja przygoda w kuchni

    1. Standardowo i przewidująco – przypalenie ziemniaków albo ich nie posolenie.

    2. Ostatnio zafundowanie mej małżonce i córce Budyniu bez cukru ;-(

    Oj jak się zdziwiły że mało słodki :-) Bardziej niż ja :-)

  8. Ajka pisze:

    Historia z creme brule mnie powaliła…. Ja jedynie nie dopilnowałam puszki ze skondensowanym mlekiem słodkim i mi wybuchła brudząc całą kuchnie i zastygając na ścianach… Trzeba było skrobać i malowac. Ale to mały miki przy creme brule!!

  9. Krzysiek pisze:

    Ech… Zdarzenie z piątku, czyli jeszcze całkiem świeże :)
    Poranek… Spokojny leniwy poranek, czyli dla mnie godzina 11. Niczego nieświadomy nastawiam wodę na kawkę, a ponieważ jestem przed piątkowymi zakupami lodówka świeci pustkami… Całe szczęście, że zawsze mam w zapasie kilka jajek, które już nie jeden raz uratowały mnie przed porannym głodem. Teraz jeszcze mój odwieczny, nierozwiązywalny problem- na twardo, czy na miękko? Chwila skupienia, i decyzja: na twardo! Tak więc mały garnek, trochę wody, jaja, i na gaz jednocześnie zalewając kawę. Niby zwykły poranek, ale… zacząłem czytać jakąś gazetę i trochę mnie to wciągnęło, a na dodatek zadzwonił dzwonek… Otwieram… Listonosz… Polecony… I miałem przejść do podpisu, gdy przypomniałem sobie o moim śniadaniu, mówię więc do listonosza: “Proszę chwilkę zaczekać, bo palą mi się jaja!” Cóż… Sądząc po jego minie raczej mnie już nie odwiedzi…

  10. p-i-f pisze:

    @Ajka – miałam dokładnie taką samą historię :)
    @ Krzysiek – mina listonosza bezcenna ;)
    @ Jo – moja pierwsza ogórkowa przez mnie ugotowana dobre parę lat temu była bez…..ogórków ;) Za to miała warzywa pt. groszek,fasola szparagowa,czerwona ;) (do tej pory zastanawiam się po kiego grzyba kupiłam takie mieszanki warzyw do ogórkowej;)) Ponieważ gotowanie szło na obiad proszony -nie zostało nic jak zdrowo ten warzywniak przyprawić i na pytanie gości co to za zupa odpowiedzieć ….yyyyyyyy -mołdawska!! ;D
    (oczywiście nic z kuchnią mołdawską nie miała wspólnego;)

  11. Aneta pisze:

    Moje zabawne historie kulinarne dotyczą zarówno dzieciństwa, jak i już dorosłego życia. Pierwsze kulinarne przygody dotyczą tak okropnych posiłków, jakim jest krupnik i kasza manna polana sokiem. Pamiętacie te dania serwowane dawniej w przedszkolach? Co za ochyda! Wszystko zawsze rosło mi w gębie, a papa jaką była kasza powodowała odruch wymiotny. Trzeba ją było jeść na siłę, podobnie jak krupnik, który najczęściej lądował gdzieś na ścianie, podłodze, bo mama tak mnie zabawiała, abym go zjadła, że ja w swej radości chętnie podczas takiej zabawy pozbywałam się go, a nie jadłam. A udało wam się kogoś przekonać, że pierogi z soczewicą to wcale nie pierogi z soczewicą, a z mięsem? Mój brat, któremu soczewica nie może przejść przez kubki smakowe i gardło, chętnie i z dokładką je zjadł! Wystarczyło powiedzieć, że to pierogi z mięsem! A jedliście placki ziemniaczane z cukrem pudrem? Otóż, jak się jest biednym studentem to wszystko smakuje. Moja siostra, która jest świetną kucharką i potrafi zrobić coś z niczego przygotowała kiedyś placuszki z gotowanych ziemniaków. Zamiast jednak mąki dodała dla związania się ciasta cukier puder. I wszystkim smakowało! Dopiero po zjedzeniu ,nawet przez kolegów z Libanu, przyznała się do błędu! A kaszankę lubicie? Ja lubiłam jako mała dziewczynka dopóki dziadziuś nie poprosił mnie do czyszczenia kiszek i wlewania tam “nadzienia” kaszanki, tj. krwi z kaszą. Bleeeeeee! Już czuję ten smród…Do tej pory wychodzę z domu, gdy czuję sam zapach przypiekanej kaszany!
    Inna historie już z życia dorosłego to przygoda z frutti di mare. To nam, Polakom, mało znane jednak dania. Aby jednak stwierdzić, czy coś smakuje czy nie trzeba to skosztować. Miałam taką okazję w Italii. Musiałam obrywać ogonki i łebki krewetkom oraz szorować gary po ośmiornicach. Zostawiają krwisty, czerwony kolor wody i tak samo brudzą garnki! Po tym już nie miałam oporów, by kosztować, a nawet polubić frutti di mare. Nie dane mi było jednak skosztować homara. Mogłam na niego popatrzeć jak z dumą rybak go waży, sprzedaje, a następnie jak żywy gotuje się we wrzątku, po czym ląduje na talerzu klienta, który zapłacił za niego kilkaset euro. To oczywiście więcej niż ja zarobiłam przez miesiąc! A niech mu będzie na zdrowie! Ja zjem raka lub kurczaka, bo mięsko podobne do homarowego!:) Będzie i taniej i mniej znęcania się nad stworzeniem. I to tyle moich historii kulinarnych opowiedzianych na szybko!

  12. Zuzanna pisze:

    Na ostatnie Boże Narodzenie dostałam od mojego brata- Gwiazdora książkę kucharską o tytule: „30 minut w kuchni”. Jest rewelacyjna, dlatego że autor, (niestety moja pamięć ze szczególnym uporem wyrzuca jego nazwisko ze swojej zawartości), zaprojektował ją w taki sposób, żeby, nawet dużo mniej zręczny i wprawiony w sztuce gotowania czytelnik, był w stanie postawić wielodaniowe danie na stole zaledwie po pół godziny pichcenia.
    Niestety wiele produktów potrzebnych do wykonania opisywanych przez niego wspaniałości jest dla zwyczajnego mieszkańca jednostki osobniczej, nieposiadającej w promieniu trzydziestu kilometrów bohaterów w postaci Piotra i Pawła, zbawczych Auchan’a, czy TESCO, lub równie obiecujące, choć niepozorne LIDL’e i Biedronki. Mimo tego faktu nie zniechęciłam się. Przedwczoraj, postawiona przed wyzwaniem w postaci zrobienia pierwszego w życiu, zupełnie samodzielnego obiadu dla mnie i dla Gwiazdorka, wybrałam mniej egzotyczny przepis. Po delikatnym jego zmodyfikowaniu, spowodowanym nieszczęśliwym brakiem dzikiej Rukli, sosu Worcester, papryczek chili „bird’s eye”, oraz świeżej kolendry i tymianku w naszej zawstydzonej swoją przeciętnością lodówce zabrałam się do roboty. Muszę powiedzieć, że byłam naprawdę zadowolona z efektów moich działań, szybkich postępów w pracy i faktu, że nie doszło jeszcze do żadnego poważniejszego wybuchu. Wprawdzie całkowity czas gotowania opisywanych przez pana Jamie’go Oliver’a (nazwisko to nie dawało mi spokoju) wyniósł trzy razy więcej, niż było to zaplanowane pierwotnie, ale za to mogę się z dumą pochwalić, że wynik zawierał pewne elementy wspólne z wersją Mistrza przedstawioną na obrazku. Ustawiłam więc moje wielkie dzieło na stole, oznajmiając profilaktycznie dużo wcześniej mojemu bratu, że obiad gotowy, z nieśmiałą nadzieją, że zjawi się, kiedy jeszcze temperatura jedzenia będzie choć trochę wyższa od pokojowej a wielka twórczyni nie umrze z głodu. I oto wydarzył się cud prawdziwy, bo oto zjawia się mój królik doświadczalny, w sposób zaskakująco punktualny! Lecz zaraz czmycha z powrotem do swych podziemi, gdzie króluje świat komputerowy, odpowiadając na moje groźne warknięcia okrzykiem: „zaraz wracam!”. „Czyli ciekawe za ile godzin”- pomyślałam sobie. No, ale nic to. Cierpliwa niczym najprawdziwszy artysta, czekałam z piersią wypiętą, obserwując z dumą wypięte piersi sterczące z sosu o szumnej nazwie „piri piri” w towarzystwie grillowanej papryki. Jednak po dwukrotnym podgrzaniu całego obiadu, który mimo swojej boskości też ma granice swojej cierpliwości, tak jak ja, nie wytrzymał czekania. Zirytowana tak lekceważącym stosunkiem dla mojego poświęcenia i nieczułością na moje desperackie nawoływania, zdecydowałam się osobiście wtargnąć do katakumb i odnaleźć bezwzględnego Osobnika. Jednak kiedy weszłam do jego pokoju, okazało się, że… nie ma go! Wyszedł. Pojechał. Splugawił i w sposób bezwzględny odrzucił me dzieło. Powiadomiłam go SMS’owo, iż śmierć którą mu zadam będzie bolesna, zjadłam, wspaniałe, choć trochę krwiste w środku udka samotnie, co przyniosło mi na myśl, zaiste, szatański plan. Mianowicie pozamykałam cały dom, łącznie z garażem i wybrałam się na długi spacer z psem, z nadzieją, że ww. Bezduszny Typ będzie sterczał przed domem bez kluczy. Jednak mój plan się nie powiódł, dlatego, że Gardziciel mojego obiadu zjawił się łaskawie dopiero o godzinie 22:00 i oznajmił radośnie, że pojechał pograć sobie z chłopakami w piłę.
    Następnego dnia, po otrząśnięciu się z takiego potraktowania przez Osobę i postanowiłam zrobić pizzę. Tym razem użyłam przepisu z Internetu. Wybrałam zdrową wersję i najbliższą włoskiej, czyli na cienkim cieście, z mozarellą i pomidorami. Jest też najszybsza, bo po zmieszaniu mąki, oleju i mleka, nie trzeba czekać, aż drożdże je napompują. Może właśnie dlatego, mimo usilnych starań i parokrotnym zmienianiu proporcji składników ciasto nie chciało się skleić i spektakularnie rozpadało się przy każdej próbie ugniatania i wałkowania. Niewzruszona niepowodzeniem i zdeterminowana, żeby nie marnować mojej ciasto-podobnej masy dałam radę jakoś ją rozprowadzić na podstawce do pizzy.
    Po rozprowadzeniu sosu i składników wyglądała naprawdę doskonale i bardzo obiecująco! Aż zrobiłam się głodna. Tym bardziej, że mocowałam się z tą mąką i resztą dobre dwie godziny. Więc ciężko mi wyrazić, jak bardzo było mi przykro, kiedy okazało się, że połowa mojej włoskiej pizzy jest przypalona, połowa surowa, w środku zupełnie gumowa, a nawet… płynna!

  13. Martyna pisze:

    Kiedyś mąż dzwoni zaraz przyjadą znajomi. Rób szybko coś do jedzenia. W pośpiechu sięgnęłam po zamrożone mięso z zamrażarki. Ściągnęłam woreczek i gdy mięso się całkowicie odmroziło skroiłam je w drobną kostkę i dodając pokrojone warzywa i przyprawy. Podsmażyłam, poddusiłam i wyszedł przepyszny gulasz. Wszystkim smakowało wyśmienicie i jeszcze dokładano sobie spore porcje dokładki. Ale nagle w konsternacji od stołu odszedł mój mąż i pośpiesznie udał się do kuchni. Po chwili małego rumoru w lodówce zawołał mnie dyplomatycznie i …. w kuchni okazało się, że to mięso to były końskie cynaderki, które kilka dni temu przywiózł z zaprzyjażnionej stadniny koni od swojego przyjaciela, któremu pomagał w kastrowaniu ogierów. Zaczęliśmy się śmiać, ale skoro wszystkim smakowało to nigdy nie wyjawiliśmy prawdy naszym gościom.

  14. Ewa pisze:

    Dzięki za wszystkie wpisy! Już po 12:00 więc… wyniki ogłoszę wieczorem, bo teraz jadę wykorzystać mój dzień wolny i szukać kwitnących pomarańczy ;)

  15. Ilona pisze:

    Szkoda, że się spóźniłam…

  16. Barbara pisze:

    Z nadzieją, że ktoś tu jeszcze zajrzy, zostawię swój kulinarny wyczyn, taki najbardziej spektakularny, w stylu “utrzeć żółtko”:D:D Lubię domowej roboty twaróg, jednakże talentu do prac kuchennych nie mam żadnego, a gotowaniem zajmuje się mój mąż, postanowiłam podpytać koleżanek o przepis. Okazał się bardzo prosty: zsiadłe mleko przelać do garnka, postawić na piecu, a potem przelać przez sito i gotowe – słowo-klucz: “postawić na piecu”. Przyszłam do domu i zabrałam się do pracy – mleko do gara, gar na piec, odczekałam trochę i przelewam. Hm…. ktoś, kto ma jakiekolwiek pojęcie o gotowaniu chyba się domyśli, że na sitku NIC nie zostało… Bo oczywiście nie było komu mi powiedzieć, że to mleko trzeba ogrzać, a ja przepis potraktowałam dosłownie – postawiłam na piecu:D:D Wiele lat później podobna historia przydarzyła mi się z kluskami kładzionymi, zakończona komentarzem syna: nigdy więcej tego nie rób, więc chyba rozumiecie, czemu gotuje mój mąż….

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*Pola wymagane. Adres e-mail nie zostanie opublikowany.
Ostatnio pojawia się bardzo dużo spamu i mój filtr czasem się gubi. Jeśli nie jesteś spamerem, a Twój komentarz nie ukazał się, daj mi o tym znać mailowo. Kontakt znajdziesz tu. Dziękuję!