Kwestie językowe

Spotkanie informacyjne zaczęło się od tego, że zanim zdążyłam powiedzieć dzień dobry, usłyszałam od pani turystki, że to skandal! Jak tak może być, że menu w restauracji nie jest po polsku?

We włoskiej restauracji w Bułgarii, dodam.

Bułgarskie menu

Niesamowicie dziwi mnie, jak to ludzie czasem widzą tylko czubek swojego nosa. Wyjeżdżają za granicę i oczekują, że będzie tak, jak w domu. I wszyscy dookoła mają mówić w ich języku. Od razu wyjaśnię, że nie jest to jedynie przypadłość polskich turystów, bo spotkałam się też z Niemcami, którzy przychodzili z reklamacją, że recepcjonistka spricht kein Deutch! Optymistycznie napomknę też, że na szczęście tylko niewielki odsetek gości wymaga, by cały świat posługiwał się językiem Kochanowskiego i Sienkiewicza (tudzież innym ojczystym dla danego delikwenta bądź delikwentki).

Czy tak trudno uświadomić sobie, że to my wyjeżdżamy w gościnę do obcego kraju i to my powinniśmy włożyć choć odrobinę wysiłku w to, by porozumieć się z jego mieszkańcami? Dla nich nie jest możliwe nauczyć się wszystkich języków świata. Zresztą, wystarczy postawić się w odwrotnej sytuacji – jak byśmy się czuli, gdyby to od nas wymagano w Polsce znajomości greckiego, szwedzkiego, węgierskiego i chińskiego?

Weźmy chociażby to nieszczęsne menu w restauracji. Są w nim nazwy potraw po bułgarsku oczywiście, po angielsku, rosyjsku, francusku i niemiecku. Nie licząc bułgarskiego, pozostałe języki są najczęściej używane przez przybywających tu turystów. Ponadto są to jedne z najpopularniejszych języków używanych w Europie. Dlaczego do tego zestawu miałby dołączyć jeszcze polski, skoro Polaków jest tu kilkukrotnie mniej, niż chociażby Niemców?

Ok, przyjmijmy, że dodamy nazwy potraw po polsku. Zaraz usłyszymy do Holendra, że po holendersku też powinno być. To dodajemy. Hiszpan spyta, czemu nie ma napisów en Español, a Włoch wykrzyknie mamma mia! widząc, że żadnej potrawy ze swojej własnej kuchni zamówić nie może, bo skąd ma wiedzieć, co jest co? Zaraz do chóru dołączą się Japończycy, Finowie, Chorwaci, Marokańczycy i Portugalczycy. Z drugiej strony raban podniosą Ukraińcy, Izraelici, Słowacy i Koreańczycy. I jeszcze inne nacje.

Za chwilę to kilkustronicowe menu rozrośnie nam się do rozmiarów potężnej książki. Życzę powodzenia każdemu, kto będzie chciał znaleźć w nim ulubioną potrawę.

A przecież wystarczy trochę chęci. Można przecież przed wyjazdem nauczyć się kilku podstawowych słów w obcym języku. Ba! Wydać parę groszy na rozmówki. Albo na miejscu popróbować sił i postarać się dogadać w języku mieszanym-polsko-bułgarsko-jakimś-innym z elementami języka pokazywanego. Czy nawet rysowanego.

Można w Tunezji zanieść do baru daktyla i pokazać, że chce się pić? Pewnie, że można, a barman od razu z uśmiechem naleje likieru daktylowego. Można spróbować zapamiętać, że chicken to kurczak? Kelner w restauracji najczęściej przyłoży się do tego, by porozumieć się z klientem, jeśli ten również wykaże odrobinę dobrej woli. Można na serwetce narysować świnkę i ją przekreślić? Obsługa powinna bez problemu domyślić się, że nie chcemy wieprzowiny. Są sposoby, żeby się tak czy inaczej dogadać.

Trzeba tylko postawę roszczeniową zamienić na odrobinę dobrej woli…

Ja sama staram się zawsze porozumieć na różne sposoby. Chyba, że zatrzymuje mnie tak jak dzisiaj policja, a policjant recytuje formułkę, z której domyślam się, że chce ode mnie prawo jazdy i dokumenty auta. Nie rozumiem. Do you speak English? – pytam, na co pan policjant macha ręką i każe jechać dalej. Kolejny raz się udało :)

Ewa

Cieszę się, że tu jesteś! Mam nadzieję, że spodobał Ci się i zaciekawił ten wpis. Jeśli tak, to będzie mi niezmiernie miło, gdy klikniesz Lubię to, dodasz +1 i podzielisz się wpisem ze znajomymi albo dołączysz do dyskusji! To dla mnie ważne, bo pokazuje, że warto dalej pisać. Masz uwagi, komentarze, pytania? Nie wahaj się, napisz! Cieszę się z każdego sygnału od Ciebie! Dziękuję :)

- Ewa a

16 komentarzy

  1. Przemek pisze:

    Wśród Niemców opisywany typ turysty (najczęściej korzystający z wycieczek “all-inclusive”) jst dość powszechny. Ona/on nie wyjeżdża do innego kraju, tylko ze swoimi i na swoje (w końcu płaci!), więc tubylcy mają się usunąć, albo przynajmniej mówić przyzwoitym językiem. Poza tym musi być Wurst, Bier, Bild-Zeitung i oczywiście leżanka…

    Co do zabawnych historii: rozbawienie w pewnym sklepie na portugalskim zadupiu było przednie, gdy niżej podpisany turysta z Polski chciał zakupić w warzywniaku jabłko i wyszperawszy w słowniku odpowiednie słowo (maçã) złożył zamówienie, po którym sprzedawczyni podrapała się w głowę, poszła na zaplecze (“Czego ona tam szuka, skoro jabłka są tuż obok kasy?”) i przyniosła paczkę makaronu (massa)…

    Pozdrowienia,
    P.

    • Ewa pisze:

      Z Niemcami to fakt, jakże się oni wszyscy cieszyli na spotkaniach informacyjnych, jak im mówiłam, że na Przylądku św. Wincentego mogą zjeść die letzte Bratwurst vor Amerika :)

  2. kamil pisze:

    a jak tam nasza rodzinna wycieczka ;-) skład na poliglotów nie wyglądał ;-) ale za to metoda “na daktyla” to zdaje się patent rodzinny ;-)))))
    Ja się kiedyś wybrałem na Litwę ;-) jakoś tak na początku obecnego tysiąclecia ;-) (jeszcze za czasów wczesnostudenckich) pojechaliśmy w 4 osoby jadąc do Wilna, najgłówniejszą litewska drogą, zobaczyliśmy duży zajazd. Młoda panienka z obsługi uświadomiła nas, że w swoim kraju nie jesteśmy… nie mogliśmy się z nią dogadać ani po angielsku, niemiecku, francusku, rosyjsku czy nawet polsku. W ruch poszły ręce i co prawda w jajecznicy była kiełbasa, której to miało nie być, ale zjeść się dało. Także czasami trzeba bronić turystów, bo baza może być niespecjalnie przygotowana.

    • Ewa pisze:

      Rodzinna wycieczka wyjechała dzisiaj na zwiedzanie, ale dają sobie świetnie radę. Nawet dogadują się z Bułgarami bez większych problemów ;)
      Wiadomo, że i po drugiej stronie zdarzają się wyjątki, ale koniec końców oni mówią w swoim języku i jak się nie postarają to nie zarobią pieniędzy, a turysta jak się nie postara to może z głodu umrzeć ;)))

  3. Andrzej pisze:

    Moja najzabawniejsza i najstraszniejsza jednocześnie historia dotycząca języka obcego za granicą miała miejsce w Grecji, kiedy byłem tam rezydentem. Byłem wtedy studentem!!!
    W połowie mojego pobytu do hotelu przyjechała para pięćdziesięcioparolatków. Drugiego dnia przychodzi do mnie mąż i mówi, że musimy pojechać do szpitala, najlepiej do ginekologa. Kiedy zapytałem co się stało, usłyszałem – krwotok.
    Jeździliśmy od szpitala do szpitala, aż w końcu panią zabrano na badanie. Ja też musiałem z nią iść. Pani weszła za parawan. Ja stałem po drugiej stronie. Bardzo szybko zaczął się wywiad:
    – Ask her how often she has sex.
    – Ask when she last had sex.
    – Ask if she has one partner.
    I tak dalej… i tak dalej…
    Okazało się, że powodem krwotoku były emocje, temperatura, zmiana klimatu, etc. Ale kiedy pani wyszła była czerwona jak stówa z Waryńskim. Ja niestety też.

  4. Hej Ewa!

    To, o czym piszesz, można niestety zauważyć wszędzie. W Europie jest wiele miejsc, które już teraz są nijako koloniami niemieckimi czy angielskim (np. Hiszpania i jej wyspy, na kontynencie angielska Marbella, na Majorce całe niemieckie południowe wybrzeże).

    Szczęśliwie, osobiście miałam do tej pory same bardzo pozytywne sytuacje w miejscach, których języka nie znałam. Tak jak Ty, staram się zawsze nauczyć choćby podstaw języka, co jest mi zawsze wynagradzane niesamowitą sympatią ludzi, których spotykam. Co więcej, nie raz zostałam już np. czymś poczęstowana przez osoby prywatne czy nie kazano mi płacić w knajpie, ponieważ próbowała mówić w lokalnym języku. Raz z atelier diamentów wyszłam nawet z nowym kamykiem w pierścionku ponieważ znałam kilka zdań w Hindi… :)

    • Ewa pisze:

      Ta sympatia i uśmiech ludzi, którzy widzą, że staram się choć kilka słów w ich języku powiedzieć są rzeczywiście sporą nagrodą za wysiłek. Choć diamentu jeszcze za to nie dostałam, ale nawet dla samego kontaktu z ludźmi warto popróbować. Zresztą oni jeśli tylko znają jakiekolwiek słowo po polsku, to od razu też próbują się tym pochwalić :)

      A tutaj moja bułgarska koleżanka pracująca z Niemcami nauczyła się niezłej kwestii po polsku: “Nie jestem polską rezydentką. Jestem niemiecką rezydentką. Polska rezydentka może przyjdzie, a może nie przyjdzie” :))))

  5. No diament przytrafił mi się niestety tylko raz :)

    Jeśli chodzi o znajomość języka polskiego wśród lokalnej ludności – nigdy nie zapomnę jak właściciel “baru” na jakieś maluteńkiej wysepce w Azji zaczął mi liczyć i nazywać dania po polsku.. Myślałam, że padnę!

    I prawdą jest, że niesamowitą frajdą, zarówno dla mnie, jak i napotkanych ludzi, jest możliwość przeprowadzenia choć króciutkiej rozmowy w danym języku. Poza tym można w ten sposób odkryć miejsca i zdarzenia niedostępne dla tych, którzy ograniczają swoje kontakty np. do obcokrajowców czy tylko osób znających język angielski.

  6. Ajka pisze:

    U Ciebie o języku, a ja dziś się nasłuchałam, że na urlopie nie było schabowych na obiad, że kuchnia w Tunezji jakaś taka “dzika” i jakby “nie nasza” (!), a wyjazd był w ogóle do niczego bo w pokoju nie było czajnika, więc dziecko się darło o mleko już od świtu. Dowiedziałam się też, że 5-latka jest “maluszkiem”, któremu na wyjazd trzeba zabierać słoiczki, mleczko i kaszkę (cytuję: słoiczki, mleczko i kaszkę). Czasem nie mam sił by prowadzić dialog

  7. Krystyna pisze:

    Uśmiałam się :-)))))

  8. Krystyna pisze:

    Przeczytałam całość na blogu i uśmiałam się bardzo :-))))

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*Pola wymagane. Adres e-mail nie zostanie opublikowany.
Ostatnio pojawia się bardzo dużo spamu i mój filtr czasem się gubi. Jeśli nie jesteś spamerem, a Twój komentarz nie ukazał się, daj mi o tym znać mailowo. Kontakt znajdziesz tu. Dziękuję!