Marek Lenarcik: Tajski epizod z dreszczykiem

Czy seks sprzeda wszystko? Mam wrażenie, że wiele osób nadal tak myśli. Bo nawet jeżeli sam seks nie sprzeda, to na pewno wywoła kontrowersję, ta poprowadzi do dyskusji i promocja murowana. Odnoszę wrażenie, że trochę tak jest w przypadku książki Marka Lenarcika Tajski epizod z dreszczykiem, bo zanim jeszcze po nią sięgnęłam, to tyle się o niej naczytałam, że mimowolnie biorąc ją do ręki miałam w wyobraźni wyrobiony obraz tego, co będzie w środku. Pornografia.

Marek Lenarcik: Tajski epizod z dreszczykiem
Zastrzeżenie. Jeżeli wiem, że będę czytała jakąś pozycję z zamiarem późniejszego jej zrecenzowania, to mam taką zasadę, że staram się przedtem nie czytać żadnych recenzji. Dzięki temu mogę podejść do książki z w miarę czystą głową – podkreślam w miarę, bo nawet sam opis na okładce czy znajomość innych dzieł danego autora już stwarzają pewne oczekiwania. W przypadku Tajskiego epizodu nie narzucałam sobie tego ograniczenia, bo zwyczajnie nie spodziewałam się, że będę ją tak szybko czytać i recenzować.

Dlaczego? Ano dlatego, że nie planowałam kupowania tej książki. Otóż miałam możliwość rzucenia okiem na jej promocyjny fragment jeszcze zanim została oficjalnie wydana. Pamiętam, że absolutnie mnie nie zachęcił. Było tam coś w dość niewybredny sposób napisane o chęci puknięcia jakiejś dziewczyny i pukaniu jej koleżanek. Zdaję sobie sprawę, że w przypadku Tajlandii nie mówić o seksie to tak, jak pisać o Hiszpanii i nie wspomnieć o sjeście. Liberalne podejście do tych spraw to po prostu element kultury. Nie chodzi więc o treść, lecz o formę.

Ten krótki fragment, którym przecież świadomie promowano książkę, nie spodobał mi się właśnie ze względu na sposób podejścia do kobiet i sprawy seksu. Przedmiotowy, nieco wulgarny, można by pomyśleć – prostacki. Doszłam do wniosku, że jeżeli jest to miarodajna próbka, to niekoniecznie mam ochotę czytać kolejne kilkadziesiąt stron utrzymanych w tym tonie. Dlatego jeżeli gdzieś trafiłam na recenzję, nie powstrzymywałam się przed jej czytaniem, bo chciałam zwyczajnie sprawdzić, jak inne osoby reagują na tego typu literaturę.

Recenzje te utrzymywały mnie w przekonaniu, że Tajski epizod to literacki pornos z Tajlandią w tle. Dowiedziałam się z nich, że Marek Lenarcik ma talent do pisania ze swadą, jednak skupił się zupełnie nie na tym, co trzeba. Że jeśli ktoś ma ochotę poznać życie intymne autora, to zdecydowanie powinien sięgnąć po tę książkę, ale jeśli chce dowiedzieć się czegoś o Tajlandii – a przecież Tajski epizod była określana książką podróżniczą – to raczej nie ma tam czego szukać. Aż tu nagle pojawiła się propozycja przeczytania i zrecenzowania z prośbą, żeby nie koncentrować się tylko na kilkunastu stronach mocnych opisów, ale też na pozostałej treści. Niech będzie, zobaczę, ki diabeł.

A diabeł jest mniej więcej taki: Marek Lenarcik porzuca (wcale nie z dnia na dzień, jak przeczytałam w którejś z recenzji) nieźle płatną i zapewniającą względną stabilizację pracę w korporacji w Irlandii i wyjeżdża do Tajlandii – najpierw uczyć się, jak być nauczycielem, a potem uczyć innych języka angielskiego. Poznaje kilka kobiet, znajduje pracę, układa sobie życie w Bangkoku… Jak to się wszystko kończy?

Leży oto przede mną niedawno przeczytany Tajski epizod z dreszczykiem i pierwsze, co muszę powiedzieć, to to, że nie było tak źle, jak się spodziewałam. Ostry pornol okazał się nie do końca umiejętnie nakręconym w domowych warunkach wideo, na którym niewiele widać, bo kamera stoi nieco daleko, a obraz jest zamazany. Wiemy mniej więcej, co się dzieje, ale szczegółów nie zobaczymy. Ostre opisy? Lenarcik używa może ze dwa razy jakichś przekleństw i to akurat nie w sytuacjach intymnych, lecz w momencie, kiedy budzik oznajmia przejmującym dzwonieniem, że czas wstawać do pracy.

W tych momentach słownictwo może nie jest wyszukane, ale też nie jakieś szczególnie szokujące. Fakt faktem, że tych momentów jest sporo, moim zdaniem nie zawsze konieczne było opisywanie kolejnych seksualnych przygód, ale widocznie autor miał ochotę się pochwalić.

Ok, to tyle, jeśli chodzi o seks. A Tajlandia? No właśnie. Ci, którzy spodziewali się opisów świątyń, zabytków, kultury, zwyczajów i tym podobnych, mogą się nieco rozczarować. Miałam przyjemność być w Tajlandii dwukrotnie na wakacjach. Przez ten czas dowiedziałam się o tym kraju tyle samo, jeśli nie więcej niż to, co jest opisane w książce. Że Tajki mają obsesję na punkcie białej skóry, że Wielki Pałac w Bangkoku jest pełen turystów, że w BTS jest zimno jak w zamrażarce, że Ko Lipe to jedna z najpiękniejszych wysp na świecie, że jedzenie jest piekielnie ostre… Nic nowego.

Muszę natomiast przyznać, że sam opis Bangkoku, tego miasta-molocha o specyficznym zapachu spalin wymieszanych ze swądem smażonego ulicznego jedzenia, z powietrzem tak gorącym, że przy wysiadaniu z kolejki ma się wrażenie przesiadania się z lodówki wprost do piekarnika, z kolorowymi taksówkami – ten opis w plastycznym wykonaniu Marka Lenarcika niesamowicie przemawia do mojej wyobraźni i budzi wspaniałe wspomnienia z wizyt w tym mieście. Dzięki Tajskiemu epizodowi szybko przenoszę się na drugi koniec świata do miasta, które tak bardzo lubię.

Albo wspomniana już wcześniej Ko Lipe. Cudowna, niezbyt zatłoczona wysepka z trzema uroczymi plażami, palmami kokosowymi i wodą tak czystą i przejrzystą, że wcale nie trzeba nurkować, żeby nacieszyć wzrok podwodną fauną i florą. Tak, książka przywołuje jedne z najfajniejszych azjatyckich wspomnień i za to mogę być Markowi Lenarcikowi wdzięczna.

Więc jak? Polecam tę książkę, czy nie? Dobre pytanie. Na pewno nie polecam komuś, kto oczekuje długich i drobiazgowych opisów zapierających dech w piersiach tajskich atrakcji turystycznych czy szczegółowych relacji z najprzeróżniejszych wydarzeń kulturalnych Tajlandii. Ale jeśli ktoś jeszcze w tym kraju nie był to może się z Tajskiego epizodu co nieco o nim dowiedzieć. Jeżeli natomiast ktoś myśli o porzuceniu stałej pracy i wyjeździe do Azji, by tam uczyć angielskiego – Lenarcik przygotował całkiem niezły praktyczny przewodnik mówiący o tym, jak zacząć i jakich błędów unikać. Jedyne, czego mi naprawdę brakuje, to większej ilości zdjęć – chociaż niekoniecznie z łóżkowych przygód.

Przestrzegam tylko przez zbytnim przywiązywaniem się do określenia książka podróżnicza, bo Tajski epizod to raczej – moim zdaniem – dość intymna autobiografia z Tajlandią w tle. Momentami przezabawna, czasem niestety nieco żenująca, pisana lekkim językiem i dość wciągająca. Czytacie więc na własną odpowiedzialność!

Ewa

Cieszę się, że tu jesteś! Mam nadzieję, że spodobał Ci się i zaciekawił ten wpis. Jeśli tak, to będzie mi niezmiernie miło, gdy klikniesz Lubię to, dodasz +1 i podzielisz się wpisem ze znajomymi albo dołączysz do dyskusji! To dla mnie ważne, bo pokazuje, że warto dalej pisać. Masz uwagi, komentarze, pytania? Nie wahaj się, napisz! Cieszę się z każdego sygnału od Ciebie! Dziękuję :)

- Ewa a

Przeczytaj też...

6 komentarzy

  1. Jakub pisze:

    Kurde, leży “w ebooku”, idę czytać nim się wypowiem

  2. Ula pisze:

    Podoba mi się recenzja! Przy okazji przyznam, że nie zachęca mnie do przeczytania książki, więc odpuszczę ją sobie;).

  3. Krystyna pisze:

    Dobre recenzje piszesz, takie wyważone…

  4. Mira pisze:

    Masz rację, “dość intymna autobiografia z Tajlandią w tle”. Świetna recenzja.

Skomentuj Ula Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

*Pola wymagane. Adres e-mail nie zostanie opublikowany.
Ostatnio pojawia się bardzo dużo spamu i mój filtr czasem się gubi. Jeśli nie jesteś spamerem, a Twój komentarz nie ukazał się, daj mi o tym znać mailowo. Kontakt znajdziesz tu. Dziękuję!