O krwiożerczych komarach, malarii i profilaktyce

Jedziesz do Kenii? Uważaj. Latają tam miliardy komarów, które tylko czekają, by dobrać się do twojej krwi, a przy okazji zostawić podarunek w postaci zarodźca malarii. Małe, wredne, bzyczące stworzenia tną turystów na potęgę, a na malarię przecież się umiera. Jedyne wyjście to zaopatrzyć się w solidny zapas tabletek przeciwmalarycznych i łykać, łykać, łykać. Przed, w trakcie i po podróży. Czy aby na pewno?

Lek na malarię
Na początek ważne zastrzeżenie. Ja lekarzem nie jestem, w szczególności żaden ze mnie specjalista od chorób tropikalnych. Moje zdanie nie jest świętą prawdą i nie chce nikomu niczego doradzać czy odradzać. To, czy będziecie się karmić pigułkami antymalarycznymi w czasie wizyty w Kenii jest waszą sprawą. I może trochę waszego lekarza. Ja chcę tylko podzielić się kilkoma uwagami na ten temat, bo mam czasem wrażenie, że ludziom w Europie pokazuje się nieco wypaczony obraz komarów i malarii w Kenii. Strach jest. Duży. Pytanie o tę chorobę pada jako pierwsze na spotkaniach z turystami. No to jak jest z tą malarią?

Zacznę od siebie. Spędziłam w Kenii ponad rok nie biorąc żadnych antymalaryków. Mieszkałam na południowym wybrzeżu Mombasy, ale podróżowałam też po parkach narodowych Tsavo i Nakuru, rezerwacie Masai Mara, byłam w Nairobi i w Kakamega (Prowincja Zachodnia). Przetrwałam dwie i pół pory deszczowej, a to czas, kiedy komarów jest najwięcej. Jestem osobą, którą krwiopijcy lubią ciąć, nie tylko w Kenii, także w Polsce zawsze muszę się z nimi użerać. Przez cały mój pobyt w tym kraju użarło mnie chyba z milion tym małych, wrednych stworzeń. Dlaczego?

Bo po pierwsze, rzadko używam środków odstraszających komary. Codzienne kilkukrotne smarowanie się środkiem z DEET chyba wyżarłoby mi skórę doszczętnie, a bądźmy szczerzy – odnoszę wrażenie, że inne praktycznie nie działają. Po drugie, nie lubię nosić wieczorem długich spodni i bluzek z długimi rękawami oraz zakrytych butów, chyba, że jest zimno. A najczęściej nie jest. A poza tym krwiożercze bestie gryzą też przez ubranie. I po trzecie, krwiopijcy ciągną do mnie tak mocno, że nawet jak sypiam pod moskitierą, co do której upewniam się dziesięć razy, że nie ma dziur, to i tak co jakiś czas któryś z owadów dostaje się do środka. No więc mieszkając w Kenii jestem stale pogryziona. Zresztą nawet w tej chwili mogę się jeszcze doliczyć kilku swędzących miejsc. I co? I nic!

Ostatniego dnia przed wylotem z Mombasy udaję się z wizytą do lekarza celem zbadania sobie krwi na obecność zarodźca malarii. Test jest prosty. Specjalną igiełką lekarz nakłuwa opuszek palca i upuszcza kroplę krwi na testową płytkę. Po paru minutach otrzymujemy wynik. Mój, po ponad roku bez profilaktyki antymalarycznej i niezliczonych ukąszeniach, jest negatywny.

Nie zrozumcie mnie źle. Nie twierdzę na swoim przykładzie, że malaria w jakiś magiczny sposób zniknęła z Kenii. Nie. W dodatku znane są różne rodzaje zarodźców, a ten, który występuje na terenie Kenii odpowiedzialny jest za najcięższą postać tej choroby.

Przez cały ten czas, jak tu mieszkam, spotykam się z dwoma przypadkami malarii wśród znajomych Kenijczyków. W obu przypadkach po dwóch, trzech dniach leczenia koledzy są znowu zdolni do pracy. Z turystów, których spotykam, a jest ich wielu, żaden nie zachoruje na miejscu. Natomiast kilka osób ląduje w szpitalu ze względu na skutki uboczne branych przez siebie antymalaryków. Jedna z nich ma na tyle poważne objawy, że lotnicze pogotowie ratunkowe musi ją zabrać z safari w Tsavo Wschodnim i przewieźć do szpitala w Mombasie.

Jakich skutków ubocznych możemy się spodziewać stosując środki przeciwmalaryczne? Osłabienie odporności czy uwrażliwienie na działanie promieni słonecznych. Nudności, wymioty, bóle brzucha, biegunka czy zawroty głowy. Dorzućmy do tego koszmary nocne i palpitacje serca. Fajnie, co? To są możliwości, nie mówię, że każdy i po każdym leku (są przecież dostępne różne produkty zawierające różne składniki aktywne) nie będzie chciał zasypiać w nocy z obawy przed upiorami i wiedźmami dręczącymi go przez sen. Ale trzeba się liczyć z możliwością ich wystąpienia. Decydując się na którykolwiek z leków najlepiej spytajcie lekarza, co wam grozi. Trzeba też być świadomym, że środki te nie są w 100% skuteczne.

To brać, czy nie brać? Skutki uboczne już znacie, ale co jeżeli przyplącze się malaria? Czy naprawdę oznacza ona wyrok śmierci? Niekoniecznie. Ale co może nas czekać? Na początku dreszcze i wysoka gorączka, ból głowy, nudności i wymioty, obfite pocenie się. Potem temperatura spada, ale nie na długo, bo gorączka nawraca. Mięśnie bolą, może pojawić się kaszel czy trudności ze złapaniem oddechu. Nieleczona malaria może prowadzić do jej postaci mózgowej, której efektem bywa śpiączka i śmierć. Dlatego też niezmiernie ważne jest szybkie rozpoznanie i leczenie.

Co ja bym zrobiła, jadąc na wakacje do Kenii? Przede wszystkim nie dała się zwariować. Komary tną głównie w porze deszczowej (koniec kwietnia – początek czerwca i w listopadzie). W porze suchej spotkanie komara jest większym wyczynem niż znalezienie nosorożca na safari w Tsavo Wschodnim, a uwierzcie mi, to ostatnie to nie lada sztuka. Warto zaopatrzyć się w repelent zawierający środek DEET, ale uwaga, skóra po nim nie pięknieje. Zresztą jak może pięknieć po czymś, co rozpuszcza plastik? Dalej, warto spać pod moskitierą i upewnić się, że nie ma w niej dziur. To akurat nic nie kosztuje. Jak ktoś wybiera się w rejony, gdzie baza noclegowa jest niepewna, można wziąć własną z domu, ale większość hoteli wie co i jak i moskitiera jest w zasadzie standardowym wyposażeniem nawet w tanich miejscówkach. Jak ktoś lubi można wieczorami nosić długie spodnie, bluzki z długim rękawem i zakryte obuwie, ale uprzedzam – jest gorąco!

Warto też do ukąszeń komarów podchodzić z dystansem. Nie każde z nich oznacza zarażenie i nie z każdym trzeba od razu biec do lekarza mając w wyobraźni obraz śmiertelnej choroby. Za to bardzo ważne – trzeba być świadomym symptomów malarii. Jeśli przez jakieś pół roku po powrocie z Kenii dostanie się objawów grypopodobnych, gorączki, kaszlu i kataru – trzeba koniecznie od razu powiedzieć lekarzowi o tym, że przebywało się na terenach gdzie występuje zagrożenie tą chorobą. Lekarz powinien nam wówczas zrobić odpowiednie badanie krwi, by wykluczyć lub potwierdzić obecność zarodźca. Odpowiednio wcześnie wykryta malaria jest uleczalna i naprawdę nie taka straszna.

Przewodnik po KeniiPrzewodnik po Kenii
O przygotowaniach do wyjazdu do Kenii, a także o tym, co można robić i zobaczyć na miejscu poczytasz w moim przewodniku po tym kraju! Kliknij tutaj i kup :)

Ewa

Cieszę się, że tu jesteś! Mam nadzieję, że spodobał Ci się i zaciekawił ten wpis. Jeśli tak, to będzie mi niezmiernie miło, gdy klikniesz Lubię to, dodasz +1 i podzielisz się wpisem ze znajomymi albo dołączysz do dyskusji! To dla mnie ważne, bo pokazuje, że warto dalej pisać. Masz uwagi, komentarze, pytania? Nie wahaj się, napisz! Cieszę się z każdego sygnału od Ciebie! Dziękuję :)

- Ewa a

37 komentarzy

  1. Katarzyna pisze:

    z tego, co wiem żadna tabletka nie daje 100% gwarancji, że nie złapiemy malarii. z drugiej strony w tych stronach świata tylko to jest w stanie zapewnić jakąś ochronę… ale ze skutkami ubocznymi trzeba się liczyć. Jak dotąd tylko w Azji byłam potencjalnie narażona na tę chorobę, jednak zawsze używałam DEETa… który nie powstrzymuje komarów przed tzw. cięciem, takie są moje spostrzeżenia. Rodzajów malarii jest sporo, czasem jest czas zareagować a czasem masz tylko godziny – w tym drugim przypadku tabletki wydają się rozsądną opcją. chociaż i tak, niestety, tak naprawdę to czysta loteria czy złapiesz malarię, czy nie. no i jest jeszcze kwestia długości pobytu – rok tabletek brać nie będziemy…

    • Tomasz Z pisze:

      Wydaje mi się, że żadna tabletka nie działa w 100 % – na każdego też może to inaczej działać. Autorowi trzeba podziękować za wpis bo na pewno wielu osobą się przyda!

  2. O ile jestem za szczepieniami, szczególnie jeśli mówimy o wyjazdach urlopowych np. do Azji, podstawowy pakiet WZW A+B, dur brzuszny, błonica, tężec, polio, o tyle w temacie profilaktyki antymalarycznej mam podobne zdanie. Z doświadczenia wiem, że tabletki mają dużo skutków ubocznych, nie chronią w 100% jak napisała poprzedniczka, poza tym są drogie. A jak jakiś zbłąkany zarażony komar się trafi to i tak może się okazać, że wszystko na nic. Moim zdaniem wystarczy kupić sobie porządny repelent (wszystkie polskie offy na śmietnik!) najlepiej w miejscu docelowym (Deet 30% min.) :)

  3. Rysia pisze:

    Problem też leży w niedouczonych lekarzach. Kiedy 2 lata temu wyjeżdżaliśmy do Indii postanowiliśmy skonsultować się z lekarzem od chorób tropikalnych. Pierwszą rzeczą jaka została nam bezwarunkowo zalecona było malarone. Żadnych informacji o skutkach uboczynych jak też upewnienia się jaki jest nasz stosunek do faszerowania sie farmaceutykami. Ani słowa o DEET a na koniec jeszcze usłyszeliśmy pytanie: a po co Wy tam wogóle jedziecie? Przecież tam jest brudno i wszędzie szczury biegają!
    Pozostawiliśmy to bez komentarza, receptę na malarone porzuciliśmy gdzieś w czeluściach domowych i zaopatrzeni DEET wyruszyliśmy. Póki co nadal się tego trzymamy, choć zdarza się, że znajomi próbują nas nastraszyć podkreślając, że przecież malaria to śmiertelna choroba i że jesteśmy nierozsądni.

    • Ewa pisze:

      Niestety, problem jest taki, że w różnych częściach świata występują różne typy zarodźców malarii, wrażliwe na różne substancje czynne, niektóre są odporne na konkretne leki. Nie można dawać malarone każdemu jak leci. Lekarze powinni być tego świadomi!

  4. Piotr pisze:

    Ja właśnie dostałem. Niedługo wrzucę posta jakie fajne rzeczy w głowie się dzieją i ile koszulek już zmieniłem ; )

  5. Ania pisze:

    Ciekawy artykuł. W mediach bombardują i straszą, a prawda zazwyczaj wygląda zupełnie inaczej :)

  6. Aggie pisze:

    Zgadzam się!Mialam wylacznie REPEL 100,ktory uzywalam przez pare dni-komarow bylo niewiele,nawet na safari.Poznalam Europejczyka,ktory mieszka w Mombasie od paru lat i nigdy nie zachorwal na malarie.Jak w lotto to kwestia szczescia:)

  7. Ryzyk fizyk, ale znając moje szczęście i tak bym się bała. Dobrze jednak wiedzieć, że ukąszenie nie oznacza od razu malarii.

    • Ewa pisze:

      Zdecydowanie nie. Nie mogę teraz znaleźć źródła więc nie wiem czy powinnam przytaczać niesprawdzone statystyki ale… wyczytałam gdzieś kiedyś, że tylko jeden komar na milion jest nosicielem malarii. Czy to prawda czy nie – nie wiem. Ale biorąc pod uwagę ile mam już ukąszeń to może to być bliskie prawdy :)

  8. nie wiem jak w Afryce, ale w Azji ludziom szajba odbija, łykają tabsy i impreza na całego – słońce, chlanko i jaranko – nie można być poważnym…
    patent jest taki, że wszystko co antymalaryczne zagłusza właściwe objawy malarii, więc można podróżować, czuć się średnio ale bez gorączki i poważnych dolegliwości nosić to w sobie, więc podziękuję – już wolę wiedzieć co mi we krwi siedzi. ja również jestem na nie.

    • Ewa pisze:

      A to o zagłuszaniu objawów nie wiedziałam. Za to wiem, że jeśli dostaniesz malarii w kraju tropikalnym to tamtejsi lekarze powinni sobie z nią szybko poradzić. A branie tego, żeby odlecieć, to już w ogóle chory pomysł…

  9. Anna pisze:

    Była Pani na Sri Lance. Nie wie Pani, czy tam występuje jeszcze malaria, czy już ją wytępiono? Wybieram się na ferie.

  10. Dorota pisze:

    W lutym jadę na ferie z dzieckiem 15-letnim i tez mam zagwozdkę co do szpikowania się tabletkami ale trochę obawiam się, że znając mojego farta to będę tą jedna na milion, którą komar z malaria sobie upatrzy. Idę w piątek do lekarza medycyny tropikalnej to zobaczymy co powie. A jak wygląda sprawa z żółta febrą?

    • Ewa pisze:

      Nie spotkałam się z żadnym przypadkiem póki co, a szczepienia w Kenii nie są wymagane, ale akurat ja się szczepiłam bo uważam, że warto!

  11. joan pisze:

    Ja akurat jestem po medycynie tropikalnej i w wiekszosci zgoda. Jedna sprawa ktora warto jednak edytowac w artykule, ku uwadze wielu. Na malarie mozna zachorowac nawet 10lat od pobytu e strefie malarycznej. Znajomy zmarl na malarie w polsce poniewaz uwazano ze ma grype. Dopiero sekcja wykazala obecnosc zarodzca w loczbie smiertelnej. Bylo to 3 lata po powrocie z afryki. Mimo tego ze warto malarii nie demonizowac to warto jej rowniez niebagatelizowac. Zwlaszcza wsrod najmlodszych. Co do PPM to halucynacje i powazne skutki ub.sa glownie przy starym lariamie ktorego wszystkim serdecznie odradzam. Dzieki niemu znajoma na cito byla przewozona do polski z sierra leone , w spiaczce. Ostatecznie wszystko dobrze sie skonczylo. Takze temat wszelako wart rozwagi!

    • Ewa pisze:

      Ooooo o tych 10 latach to nie wiedziałam, choć sporo szukałam na ten temat. Absolutnie nie można malarii bagatelizować. Najważniejsze jest przede wszystkim nie ignorować objawów i po prostu zrobić test na malarię jak się ma objawy grypopodobne. W Kenii można go kupić w aptece za parę euro i po kilku minutach jest wynik. Nie wiesz, jak z dostępnością tych testów w Polsce?

  12. OLa pisze:

    Heej ewa suuper blog, ja pracuje w nowej zelandii, teraz chwilowo w australii a juz niedlugo jade do indii i nepalu… nie szczepie sie, a o tabletkach antymalariowych to juz na pewno nie ma mowy. Mam nadzieje ze ci tak fajnie tak jak na to wyglada :) podroze nie sa latwe :) pozdrawiam OLa

  13. lucyna pisze:

    Trzy mirsiace temu wróciłam z Kenii. Przez ten czas ( 18 dni ) i 5 dni po powrocie , brałam malarone .Nie miała żadnych koszmarów i innych skutków uboczynych …owszem ,pierwsze 3 dni były z biegunką ale bardziej przypisywałam to zmianie żywienia niż malarone .

  14. Paweł pisze:

    Dobry artykuł, dzięki i pozdrawiam :)

  15. Wasyl pisze:

    Witam. W kwietniu tego roku byłem w Ugandzie. Miałem malarię. Obyło się bez większych symptomów a tym bardziej skutków ubocznych. Leczenie 3 dni. W tamtym roku w Mombasie w Kenii moja żona po jednym ugryzieniu komara dostała malarii. Leczenie zastrzykami 5 dni po 5 zastrzyków po rząd. Najważniejsze: nigdy nie bagatelizować objawów. Testy na malarię kosztują grosze a i ewentualne leczenie w Afryce jest kilkanaście / kilkadziesiąt razy tańsze niż w Polsce. Leczenie tabletkami, około 30zl. Leczenie zastrzykami około 80zł. W Polsce sama diagnostyka może kosztować kilkaset złotych.

  16. Kasia pisze:

    Witam,

    za 3 dni wylatuje z córką na Madagaskar. Zdecydowałam się nie brać leków przeciwmalarycznych. Boję się powikłań,jakich doznałam przy braniu malarone podczas pobytu w Kenii. W Warszawie na lotnisku czekała już na mnie karetka, a ja myślałam, że zejdę z tego świata. Diagnoza : skutki uboczne malarone, dochodziłam do siebie prawie 3 miesiące.

  17. Ola pisze:

    Hej! Lecę w połowie listopada do Kenii. Cały czas czytam o pogodzie w tym miesiącu, jednak informacje są bardzo różne… Jedziemy do Diani. W biurze podroży słyszałam, że mogą pojawić się jedynie okazjonalne deszcze. Czy mogłabyś mi coś więcej powiedzieć? Czy rzeczywiście do jednorazowe sytuacje czy może się okazać, że codziennie będzie lać? :/

  18. Eugeniusz pisze:

    Rzeczowy artykuł i przydatne komentarze.Mam 69lati, chyba pozostanę przy rafie w Marsa Alam, choć marzyłem o Kenii!!.Dziekuje:)

  19. Żanetta pisze:

    Świetny tekst. Bardzo mi pomógł, dziękuję :-) 10 listopada lecimy do Kenii, szczepienia WZW A i B , polio, tężec, krztusiec oraz żółta febra.Po rozważeniu wszystkich za i przeciw zdecydowałam, że nie będziemy brać Malarone. Mam jednak pytanie, czy to dobry pomysł żeby wykonać sobie test ( z tego co czytam dostępne w aptekach w Kenii) i wykonać go po powrocie do domu? jak szybko test wykazuje obecnosc malarii?

  20. Bogumiła pisze:

    Ja właśnie wróciłam z dwutygodniowego pobytu w Kenii. Była to krótka pora deszczowa. Proszę mi wierzyć Komar ugryzł mnie może dwa razy. Na drugi dzień zero śladu po ugryzieniu. Komarów jest w Kenii bardzo mało u są one bardzo małe. W Polsce z tymi owadami jest więcej problemów niż w Kenii.

  21. Marcin pisze:

    Właśnie wróciłem z Kenia. Nie szczepilem się na nic, malarone miałem w walizce, ale ostatecznie nie wziąłem. Bałem się skutków ubocznych bo mieć tam rozwolnienie podróżując po parkach bez toalet to kiepski pomysł.
    Byłem z dzieckiem które tez na nic się nie szczepilo przed wylotem
    Ładowaliśmy w Nairobi, wychodzimy z lotniska i oczekując na busija na spodenkach syna usiadł komar. Wtedy popsikalismy się mugga
    Następnego komara spotkaliśmy w busiku podczas zwiedzania parków
    Następnego komara w hotelu po 23 ciej zaczęły latać na zewn
    W pokojach klima moskitiery nad łóżkiem wiec tam żadnych komarów
    Cały pobyt już nie widzieliśmy komarów
    Ostatni dzień po śniadaniu wyjazd na lotnisko Wiec już się nie psikalismy nawet zostawiliśmy ta mugge w pokoju
    A tu niespodzianka w autokarze więcej niż przez cały pobyt. 5 zabiłem sam. Niestety ugryzły mnie w nogę, plecy, rękę. Jestem w Polsce 5 dzień i żadnych objawów nie widzę. Trzymajcie kciuki

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

*Pola wymagane. Adres e-mail nie zostanie opublikowany.
Ostatnio pojawia się bardzo dużo spamu i mój filtr czasem się gubi. Jeśli nie jesteś spamerem, a Twój komentarz nie ukazał się, daj mi o tym znać mailowo. Kontakt znajdziesz tu. Dziękuję!