Spotkanie z misiem, który nie jest misiem

Kto by tak czasem nie chciał? Spać, budzić się na śniadanie, potem znowu spać, jeszcze trochę snu, obiad, popołudniowa drzemka, kolacja, sen… Prawie nic się nie ruszać i w dodatku nie tyć! Zanim jednak komukolwiek wpadnie do głowy, by przestawić się na tryb życia koali, który tylko wsuwa liście eukaliptusa, od razu mówię, że to niemożliwe – tylko ten zwierz jest w stanie w ogóle te toksyczne liście strawić. Człowiekowi na dobre taka dieta nie wyjdzie. Pozostaje nam zazdrościć australijskim misiom, wzdychając nad miską sałatki ze szpinaku i rukoli.

Koala

Zacznijmy od tego, że koale to wcale nie są misie, choć często się tak o nich mówi. Wszystko dlatego, że wyglądają tak pociesznie, jak pluszowe misiowe przytulanki. Tak naprawdę jednak koale są torbaczami, czyli kuzynami wombatów, kangurów i diabłów tasmańskich, a z niedźwiedziami łączy je niewiele. Bycie torbaczem oznacza, że ciążą u koali trwa bardzo krótko, nieco ponad miesiąc, a następnie taki ślepy, nieowłosiony, maciupeńki, ważący mniej niż gram robaczek wpełza do torby matki, gdzie uczepia się jej sutka i rozwija przez następne pół roku. Dopiero wtedy zaczyna wychylać z torby swój mały, słodki łepek i przymierzać się do wyjścia stamtąd na dobre.

Koala

Tego, jak wygląda rozmnażanie koali, jak i wielu informacji o tych sympatycznych zwierzakach, dowiaduję się w sanktuarium koali Daisy Hill na przedmieściach Brisbane. Trafiam tam po trzech tygodniach podróży po Australii, podczas której za każdym razem widząc lasy eukaliptusowe, wypatruję szarych, puchatych kulek przyczepionych do górnych gałęzi drzew. Niestety nie mam szczęścia ani na Przylądku Wilsona na południe od Melbourne, ani wzdłuż Wielkiej Drogi Oceanicznej (Great Ocean Road), gdzie ponoć żyje ich bardzo dużo, ani też w Adelaide – mieście, w którym, według słów naszego przewodnika, można je spotkać bardzo łatwo nawet na drodze. W końcu dotarłszy do Brisbane, poddaję się i postanawiam odwiedzić dwa z tutejszych sanktuariów, w których można spotkać koale.

Koala

Na pierwszy ogień idzie jednak najsłynniejsze chyba, a na pewno najstarsze sanktuarium dla tych słodziaków, czyli Lone Pine Koala Sanctuary. Otwarto je w 1927 roku jako miejsce, gdzie trafiały chore, ranne i osierocone koale. Dzisiaj miejsce to przypomina już bardziej australijskie zoo, w którym żyje ponad sto trzydzieści tych zwierzaków, a także kangury, wombaty, diabły tasmańskie, dingo, dziobaki, krokodyle, węże, jaszczurki, emu, kazuary i inne ptactwo. Nie przepadam za ogrodami zoologicznymi i o wiele bardziej wolę podglądać zwierzęta w ich naturalnym środowisku, ale przyznaję, że w Lone Pine spędzam sporo czasu, obserwując tutejszych mieszkańców, z których każdy jest na swój sposób interesujący!

Koala

Przyjechałam tu jednak przede wszystkim dla koali, więc to do ich zagród idę najpierw. Misiaki wyglądają jak kłębki szarego futra przyczepione do gałęzi. Niektóre leniwie szamią liście eukaliptusa, ale większość słodko śpi. Koale śpią nawet dwadzieścia godzin na dobę, bo ilość energii i składników odżywczych, którą dostarcza im pożywienie, jest niewystarczająca do jakiejś większej aktywności. Budzą się co jakiś czas, by coś przekąsić i zapadają w kolejną drzemkę. Jeśli są aktywne, to raczej w nocy.

Koala

Jedną z atrakcji sanktuarium jest możliwość wzięcia koali na ręce i zrobienia sobie z nim profesjonalnego zdjęcia. Już kiedy kupuję bilet przy wejściu, obsługa uprzedza mnie, że tego dnia limit sesji fotograficznych z misiakiem został wyczerpany. Nie stanowi to dla mnie problemu. Kiedy jednak pojawia się możliwość stanięcia przy koali, pogłaskania go, gdy pracownik strzela fotkę naszym telefonem, nie umiem sobie tego odmówić i odstaję swoje w szybko poruszającej się kolejce. Zajmując miejsce tuż przy pracowniku zoo, który trzyma koalę, jestem zaskoczona, jak duże jest to zwierzątko. Jego futro jest zaskakująco miękkie. Nie mam jednak czasu, by długo się tym zachwycać. Pstryk, następny! Nie zależy mi na zdjęciu, fajnie jednak przyjrzeć się misiowi z bliska choć przez chwilę.

Koala

Ocienionych zagród (nie klatek) z koalami w Lone Pine jest kilkanaście. W każdej z nich ustawiono grube żerdzie, na których siedzą misie, a także gałęzie z liśćmi, które służą im za pożywienie. Koale wyglądają na zadbane i dobrze odżywione. Poza chwilami, kiedy robi się zdjęcie, nie można się do nich zbliżyć, więc zwierzęta mają spokój. Gdzieniegdzie można znaleźć tablice informacyjne z ciekawostkami dotyczącymi koali. Jednak chcąc dowiedzieć się czegoś więcej, kolejnego dnia wyruszam w inne miejsce – do rezerwatu Daisy Hill.

Koala

Daisy Hill to objęty ochroną las eukaliptusowy o powierzchni czterystu trzydziestu pięciu hektarów, w którym w 1995 roku otwarto centrum informacji o koalach. Już na pierwszy rzut oka widać, że miejsce przyjazne jest nie tylko dorosłym, ale też dzieciom – sporo tu nie tylko tablic informacyjnych, ale też interaktywnych gier i zabaw, podczas których można nauczyć się wiele o tych przesympatycznych torbaczach. Żyje tu także pięć koali – cztery samice i jeden samiec, a jak się ma szczęście, to wędrując po lesie, można spotkać także te żyjące dziko. Ja po raz kolejny tego szczęścia nie mam, ale zauważam za to dwa szare kangury skaczące nieopodal.

Koala

Dwa razy dziennie w Daisy Hill organizowane są pogadanki z opiekunami na temat koali. Tego dnia zbiera się całkiem spora grupka słuchaczy. Punktualnie o drugiej pojawia się pracownica centrum, która zaczyna spotkanie od przedstawienia nam wszystkich zwierząt żyjących w ośrodku. Zaczynamy od czterech samiczek, z których każda urodziła się w dziczy. To Aretha, Jannico, Molly i Kyra. Niestety wszystkie dotknęła popularna wśród koali choroba, chlamydia, która sprawiła, że stały się bezpłodne, dlatego pomimo wyleczenia, nie mogą trafić z powrotem do lasu. Jest jeszcze Jordan, czyli młody samiec, który dzisiaj akurat odpoczywa od wizyt turystów.

Koala

Opiekunka opowiada nam o tym, jak wygląda życie koali. Wiem już, że śpi on prawie cały dzień, a budzi się w zasadzie tylko po to, by jeść. Dziennie wsuwa około pół kilograma liści, a wodę pije rzadko. Co ciekawe, młode koale nie od razu są w stanie strawić eukaliptus, bo ich przewody pokarmowe nie zawierają odpowiednich bakterii. By przestawić się na wegetarianizm, pijący mleko maluszek musi… zacząć podjadać odchody matki, w których znajdują się te bakterie. Brzmi to niezbyt apetycznie, ale najwyraźniej małym koalom taka dieta nie przeszkadza!

Koala

Ciekawostką jest, że spośród mniej więcej sześciuset gatunków eukaliptusów, rosnących w Australii, za pożywienie służy koalom jedynie około trzydziestu. Choć jest to ich główny składnik diety, zdarza się też, że zjedzą czasem liście innych drzew, na przykład akacji. Możliwe jest też, że koala zejdzie z głodu, nawet jeśli będzie otoczony liśćmi – mózgi tych zwierząt są bowiem niepofałdowane i bardzo malutkie, przez co misie są niestety bardzo głupiutkie. Leżący na płaskiej powierzchni liść eukaliptusa to takie odstępstwo od normy, którą jest liść rosnący na gałęzi, że móżdżek koali nie jest w stanie tego ogarnąć i zwierzak po prostu go nie zje.

Koala

Opiekunka wskazuje nam na jedną z samiczek, która przytula się brzuchem do gałęzi. To sposób koali na schłodzenie organizmu. Kiedy misie nie opierają się o drzewo, łatwo odróżnić samca od samiczki. Samce mają na brzuchu widoczny gruczoł, z którego wydzielają substancję zapachową służącą im do oznaczania terytorium. Ponadto chłopcy-koale wydają głośne dźwięki podobne do chrapania, za pomocą których z jednej strony odstraszają inne samce, a z drugiej – wabią samiczki.

Koala

Koale nie zamieszkują całej Australii. Można je spotkać jedynie w nadbrzeżnym pasie południowo-wschodniej części tego kontynentu. Dowiaduję się też, że choć koala (Phascolarctos cinereus) to jedyny obecnie gatunek z rodziny koalowatych (Phascolarctidae), to niektórzy wyróżniają aż trzy jego podgatunki: koale z Queensland, z Nowej Południowej Walii i z Wiktorii. Te z Queensland są największe, a ich futro ma odcień szary, podczas gdy te z Wiktorii są najmniejsze i charakteryzują się nieco bardziej brązowawym odcieniem.

Koala

W dawnych czasach Aborygeni polowali na koale. Podobnie było z przybyszami z Wielkiej Brytanii. Dopiero w XX wieku zaczęto chronić te zwierzęta, a dzisiaj znajdują się one na liście gatunków narażonych na wyginięcie. Tym, co zagraża koalom, jest przede wszystkim zmniejszanie się ich środowiska życia ze względu na wycinkę lasów eukaliptusowych, a także na pożary (chociaż te akurat są naturalnym zjawiskiem w Australii, pozwalającym środowisku na odnowienie się). Susze również przyczyniają się do zmniejszenia populacji. Dużym problemem jest panosząca się wśród tych zwierząt chlamydia. Cegiełkę dorzucają też nieuważni kierowcy, a także psy, które atakują koale. Opiekunka twierdzi, że sama mieszka na przedmieściach i posiada dwa duże psy, ale zanim wypuści je na podwórze, upewnia się, że w ogrodzie nie ma żadnego misia.

Koala

Na koniec dowiadujemy się jeszcze o różnych ciekawostkach dotyczących koali. Ważą one od ośmiu do piętnastu kilo, a długość ich ciała oscyluje pomiędzy sześćdziesiąt a osiemdziesiąt pięć centymetrów. Misie żyją mniej więcej piętnaście do dwudziestu lat i są raczej aspołeczne. Schodzą na ziemię tylko wtedy, gdy muszą przejść na sąsiednie drzewo. Wspinanie ułatwia im charakterystyczna budowa łap – mają bowiem dwa kciuki. To nie jedyna podwójna rzecz u koali – samiczki mogą pochwalić się dwiema macicami i dwiema waginami, do czego dostosowały się samce posiadające rozdwojone penisy. Brak im za to ogona. Każdy koala ma charakterystyczny, niepowtarzalny układ plamek na zadzie, a także – podobnie do ludzi – odciski palców!

Koala

Istnieje jeszcze krwiożercza odmiana koali, tak zwany drop bear, który atakuje ludzi przechodzących pod drzewami, spadając znienacka na ich głowy. To spore zwierzę o ostrych jak szpikulce zębach i pazurach, a spotkanie z nim może skończyć się nieprzyjemnie. By uniknąć ataku drop bear należy, chodząc po lesie, trzymać ręce splecione nad głową. Tak przynajmniej twierdzi nasz przewodnik po Wielkiej Wyspie Piaszczystej, kiedy idziemy na spacer po tamtejszym lesie deszczowym. Krwiożercze koale to oczywiście bujda na resorach, opowiadana przez Australijczyków naiwnym turystom i obecnie prawie nikt w nie nie wierzy, ale legenda jest tak popularna, że nawet Muzeum Australijskie na swojej stronie internetowej zamieściło oficjalną informację o tym zwierzęciu!

Koala

Informacje praktyczne (zebrane w styczniu 2019 roku)

  • Walutą Australii jest dolar australijski (AUD). Kurs wymiany wynosi 1 AUD = 2,65 PLN.
  • Wstęp do Daisy Hill jest bezpłatny, podobnie jak udział w pogadance.
  • Centrum Koali Daisy Hill otwarte jest codziennie od 9:00 do 16:00 (poza 1 stycznia, 25 grudnia i Wielkim Piątkiem), a rezerwat można odwiedzać od 7:00 do 18:30 latem i do 17:30 zimą.
  • Pogadanki odbywają się dwa razy dziennie – o 11:00 i o 14:00.
  • Dojazd do Daisy Hill komunikacją miejską może wydawać się nieco skomplikowany, ale nie jest niemożliwy. Zaczynamy na Adelaide Street, na przystanku numer 40. Stąd odjeżdżają autobus numer 555, którym jedziemy do zajezdni Loganholme, gdzie przesiadamy się w autobus numer 574 i wysiadamy na przystanku przy skrzyżowaniu ulic Springwood i Kinloch – najlepiej poprosić kierowcę autobusu o wskazanie miejsca. Z przystanku trzeba jeszcze dojść niecały kilometr i jesteśmy na miejscu. Podróż trwa około półtorej godziny i dla posiadaczy karty Go kosztuje 6,16 dolara, dla osób kupujących bilety jednorazowe – 8,90 dolara. Można ją zaplanować na stronie Translink Brisbane (w języku angielskim). Osoby dysponujące samochodem mogą dojechać tu bez problemu i zostawić auto na parkingu.
  • Wizyta w Lone Pine Koala Sanctuary kosztuje 34,20 dolara, dostępne są zniżki dla dzieci, seniorów i rodzinne. Pełen cennik można znaleźć na stronie internetowej sanktuarium (w języku angielskim).
  • Zdjęcie z koalą na rekach kosztuje dodatkowe 20 dolarów.
  • W Lone Pine organizowane są pokazy i spotkania z opiekunami zwierząt. Ich plan można znaleźć na stronie internetowej sanktuarium (w języku angielskim).
  • Dojazd jest bardzo łatwy – można wybrać się tam autobusem numer 430 z przystanku 2C stacji Queen Street lub autobusem numer 445 z przystanku numer 41 na Adelaide Street (nie kursuje w niedzielę). Przejazd trwa około trzech kwadransów, koszt to 4,03 dolara dla posiadaczy karty Go i 5,80 dolara za bilet jednorazowy.
  • Będąc w Brisbane, zatrzymuję się w samym centrum miasta, w Nomads, który jest typowym hostelem imprezowy, znajdującym się w zabytkowym budynku w dzielnicy biznesowej. W podziemiach zlokalizowany jest klub nocny, dlatego chcąc wyspać się w nocy, najlepiej poprosić o pokój na jednym z wyższych pięter. Ja w tym miejscu decyduję się na nocleg w pokoju jednoosobowym na czwartym poziomie. Pokoik jest malutki, mieści się w nim łóżko, szafka nocna i wiatrak. Nie ma klimatyzacji i jest tylko jeden kontakt, dlatego chcąc jednocześnie korzystać z wiatraka i ładować telefon lub inne urządzenie, trzeba mieć rozgałęziacz – recepcja ich nie udostępnia. Kuchnia spora i nieźle wyposażona, łazienki czyste. Zabytkowa winda często się psuje. Bezpłatne wifi w recepcji i części wspólnej nie imponuje szybkością.
  • Jeśli nie chcesz nocować w hostelu imprezowym, kliknij tutaj, by zarezerwować inne miejsce.
  • Na blogu znajdziesz też wpis z dokładnymi informacjami praktycznymi o podróżowaniu po Australii.


Jak podobają się Wam te słodkie zwierzaki? Czy zaskoczyła Was któraś informacja o koalach?

Ewa

Cieszę się, że tu jesteś! Mam nadzieję, że spodobał Ci się i zaciekawił ten wpis. Jeśli tak, to będzie mi niezmiernie miło, gdy klikniesz Lubię to, dodasz +1 i podzielisz się wpisem ze znajomymi albo dołączysz do dyskusji! To dla mnie ważne, bo pokazuje, że warto dalej pisać. Masz uwagi, komentarze, pytania? Nie wahaj się, napisz! Cieszę się z każdego sygnału od Ciebie! Dziękuję :)

- Ewa a

Przeczytaj też...

45 komentarzy

  1. Paulina pisze:

    Przecudneee 😍

  2. Agnieszka pisze:

    To jest zbyt słodkie :(

  3. Nie wiedziałam, że istnieje krwiożercza odmiana koali.

  4. Właśnie całkiem niedawno syn sprzedawał mi zebrane przez niego informacje o tych zwierzętach, sporo ciekawostek się dowiedział, dlatego czytając ten post przywołałam uśmiech na twarz, bo pokrywa się z jego wiedzą, cieszę się, że jest tak otwarty na poznawanie świata zwierząt. A tekst oczywiście przekażę mu do kolekcji. :)

    • Ewa pisze:

      Super, to naprawdę fajne, kiedy dzieci mają swoje zainteresowania, a szczególnie gdy uwielbiają zwierzaki i chcą się dowiedzieć o nich czegoś więcej. Pozdrowienia dla syna!

  5. Madzia Wt pisze:

    Zawsze lubiłam patrzeć na koale. Wyglądają na odurzone, ale szczęśliwe. ;)
    Fajnie było dowiedzieć się kilku ciekawostek o nich. :)

  6. Emilia pisze:

    Kocham koale i obok Austrelian Open są jednym z głównych powodów, dla których chciałabym odwiedzić Australię. Daisy Hill zatem będzie jednym z punktem podróży, o ile uda mi się tam wyprawić kiedyś!

  7. paulina pisze:

    Wyglądają przesłodko, czasem dobrze by było tak jeść, spać i po prostu być jak koala ;)

  8. Adri pisze:

    W Australii spotkałam mnóstwo dziko żyjących koali, trzeba je było wypatrywać na czubkach eukaliptusów. Najwięcej na Raymond Island. Polecam to miejsce :-)

  9. polegytravels pisze:

    Uwielbiam koale, ale i tak wiele informacji mnie zaskoczyło :) Czasem myślę, że jestem do nich podobna bo mogłabym spać cały dzień i budzić się na jedzenie, chociaż wiadomo, że taka ilość jedzenia byłaby niewystarczająca ;) Nie wiedziałam, że biedne są takie głupiutkie, ale to nie zmienia faktu, że są przesłodkie :) Chciałabym zobaczyć je na żywo i dotknąć. Chociaż też zastanawiam się czy jako zwierzęta aspołeczne nie przeszkadza im to branie na ręce przez turystów? Chciałabym wziąć na ręce koalę, ale też wiedzieć, że nie są tym męczone…

    • Ewa pisze:

      Wydaje mi się, że jest im to trochę obojętne… To nie jest też tak, że jeden koala jest noszony przez cały dzień, tylko przez krótki okres. I nie wszystkie sanktuaria w ogóle mają to w ofercie. Mocno liczę na to, że w kraju tak rozwiniętym, jak Australia, nie pozwolono by na branie misiów na rękę jeśli byłoby wiadomo, że dzieje im się przez to krzywda…

  10. MAGDA pisze:

    Gdybym miała powiedzieć, które zwierzę jest moim alterego – voila :D

  11. sekulada.com pisze:

    Oh no! Nie wiedziałem, że koale są narażone na wyginięcie. Swoją drogą skoro wcinają pół kilo liści eukaliptusa, które wycinają jak porąbani, to nie ma się co dziwić. Niemniej jednak i tak zastanawia mnie w takim razie jak szybko rośnie eukaliptus skore jest tak wielkie zapotrzebowanie na jego liście!? To retoryczne, nie oczekuję odpowiedzi. :)

  12. Przemysław pisze:

    Jaki słodki :)
    Marzy mi się kiedyś żeby zobaczyć na własne oczy :D

  13. Jasiek pisze:

    moje marzenie, żeby je kiedyś zobaczyć. przeslodziaki!

  14. Maria Magdalena pisze:

    Ale słodziak :))

  15. Łukasz pisze:

    Podoba mi się taki minimalistyczny styl życia, prawdziwy słów. A czy po wysuszeniu, przegotowaniu, usmażeniu i doprawieniu kurkumą też nie da się zjeść?

  16. Marcin pisze:

    Słodziaki! Zazdroszczę 🙂

  17. Marta pisze:

    Moje ulubione miśki 😍

  18. Ewa pisze:

    Uwielbiam te zwierzaki! Zobaczenie ich pierwszy raz na żywo (Raymond Island) szczęście nie do opisania!! Takie bratnie dusze na drugim końcu świata! <3 A ciekawostki super! ;)

  19. Anita pisze:

    Jak tu u Ciebie dzisiaj słodko :-) Od początku nie mogłam uwierzyć w to, że te urocze torbacze mogą być krwiożercze! Już sobie wyobrażam zwiedzanie dżungli z rękoma splecionymi nad głową. To dopiero musiałoby być komiczne :-) I do tego te słodkie atakujące miśki!

  20. :)) No dobra dla takiego koali to może i mogłabym kiedyś rozważyć Australię ;-) Po chwili zastanowienia stwierdzam, ze jednak wolałabym wyraka na Filipinach. ;-)

  21. To musiało być wspaniałe doświadczenie! Zdjęcia są przesłodkie <3

  22. Adam pisze:

    Misie koala są super pod każdym względem :P No nie da się ich nie lubić!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*Pola wymagane. Adres e-mail nie zostanie opublikowany.
Ostatnio pojawia się bardzo dużo spamu i mój filtr czasem się gubi. Jeśli nie jesteś spamerem, a Twój komentarz nie ukazał się, daj mi o tym znać mailowo. Kontakt znajdziesz tu. Dziękuję!