Tour de Huelva

Kiedy spotka się dwoje nie do końca normalnych ludzi to nie jest niespodzianką, że spokojny i dobrze zaplanowany wyjazd krajoznawczy kończy się dużo później i zupełnie gdzie indziej, niż program wycieczki przewiduje. Rundkę po andaluzyjskiej prowincji Huelva planowaliśmy z Koenem już od czasu powrotu z Gibraltaru, kiedy to zajechaliśmy po drodze nieco zbyt późno do Palos de la Frontera i muzeum z rekonstrukcją statków Krzysztofa Kolumba było już zamknięte. Wtedy mogliśmy karawele obejrzeć tylko z zewnątrz, a chcieliśmy też w środku. Więc stwierdziliśmy, że w sumie to można całą Huelvę objechać. A zatem piątek, dzień wolny, wyruszamy w drogę. Tym razem z dwiema mapami i dokładnym planem tego, co chcemy po drodze zobaczyć.

Mapa

Pierwszy cel wycieczki to właśnie statki Kolumba. Żeby je znaleźć trzeba z Huelvy kierować się na Palos de la Frontera, a potem Muelle de las Carabelas. Na miejscu można obejrzeć z zewnątrz i wewnątrz rekonstrukcje trzech karaweli: La Niña, La Pinta i La Santa María, które brały udział w wyprawie Krzysia Kolumba do Indii, podczas której natknął się na Amerykę. Wszystkie trzy wydają się zaskakująco małe. Stojąc w środku La Niña zastanawiam się, jak ci marynarze wytrzymywali ze sobą tyle czasu na tak niewielkiej powierzchni.

Muelle de las Carabelas

Po obejrzeniu statków idziemy na spacer dookoła nich, gdzie możemy obejrzeć nieco ubogą ekspozycję z manekinami udającymi Indian. Potem krótki przystanek w muzeum – niestety wszystkie napisy mają po hiszpańsku, więc nie wszystko udaje mi się zrozumieć. Na koniec zaglądamy jeszcze do klasztoru La Rábida, w którym Kolumb spędził dwa lata przed swoją wyprawą. Pierwszy poślizg w planie – i przy statkach i przy klasztorze spędzamy sporo więcej czasu, niż przewidywaliśmy :)

Kolejny przystanek to Niebla. Niewielkie, ale urocze andaluzyjskie miasteczko, gdzie w południe nietrudno o kompletnie puste ulice. Jednak nie tylko w ulicach tkwi piękno tego miejsca. Jest tutaj jeszcze fortyfikacja z murami o długości dwóch kilometrów i 48 wieżami, naturalnie wrośnięta w tkankę miejską. Wchodzimy do zamku, żeby przespacerować się po czerwonych murach i wspiąć na jedną z wież. Niebla z góry wygląda zupełnie przeciętnie. Zaglądamy też do lochów, gdzie odnajdujemy niezwykle realistyczną i sugestywną ekspozycję na temat różnych sposobów torturowania w dawnych czasach, szczególnie podczas inkwizycji. Brr…

Niebla

W Niebli zastaje nas sjesta, więc i my robimy sobie przerwę na mały lunch. Po posiłku wyjeżdżamy dalej w kierunku Berrocal. Droga, którą podążamy na północ robi się coraz węższa i coraz ciekawsza. Dlatego co chwilę po drodze robimy sobie krótkie przystanki. Najpierw mijamy pola bawełny, gdzie możemy z bliska obejrzeć puszyste, białe kłębki. Ruszamy, a tu za chwilę zza zakrętu wyłania nam się malowniczy domek na wzgórzu i równie malownicze stado krów pasące się obok. Później jeszcze przystajemy na prowizorycznym parkingu nad wodą, w której odbijają się soczyście zielone pinie.

Pole bawełny

Tak sobie bezstresowo jadąc przed siebie mijamy niewielką mieścinkę Berrocal i tu zaczynamy szukać drogi do Minas de Rio Tinto. W sumie możliwości mamy niewiele, bo żadnych rozgałęzień nie ma, więc jedziemy przed siebie. Górska droga staje się tak wąska i kręta, że jesteśmy naprawdę zadowoleni z minimalnego ruchu na niej. Zero barierek, szerokość akurat idealna na naszego citroena i nic więcej, a w dół lepiej nie patrzeć, jak ktoś ma lęk wysokości. My na szczęście nie mamy i w pewnym momencie dostrzegamy w dolinie czerwone wody Rio Tinto. Rzeka wygląda naprawdę, jakby ktoś wodę zamienił w wino. Niesamowicie piękne kolory!

Rio Tinto

Z odnalezieniem miejscowości Minas de Rio Tinto już nie jest tak łatwo. Mimo posiadania mapy musimy w jakiejś niewielkiej wiosce spytać o drogę. W końcu udaje nam się dotrzeć na miejsce. I tutaj znowu wychodzi hiszpański talent do nieoznaczania drogi do ciekawych miejsc. Nie da się znaleźć nic, a muzeum górnictwa zamknięte z powodu sjesty. Robimy więc przerwę na coś do picia. Kiedy już otwierają nam kasę, radośnie kupujemy bilet i do muzeum, i do kopalni. Jednak wizyta w samym muzeum pozwala stwierdzić, że kopalnia, którą mamy odwiedzić nie jest tą słynną dziurą w ziemi, której zdjęcia widziałam wcześniej. Ponieważ mamy godzinę wolnego czasu, bo kopalnię otwierają dopiero o 17:30, jedziemy poprzez tereny niemalże jak na powierzchni Marsa na poszukiwania Corto Atalaya.

Minas de Rio Tinto

Na naszej mapce napisane jest, że dojazd tam jest świetnie oznaczony. Jeśli jeden znak w całym miasteczku można nazwać “świetnie”, to mogę się zgodzić. Ale trafić tam to niełatwa sprawa. Po dłuższych poszukiwaniach udaje się i zaczynamy się domyślać, czemu poznikały wszystkie znaki. Corto Atalaya jest teraz własnością prywatną i nie można jej obejrzeć z bliska. Objeżdżamy dziurę w ziemi, ale w żadnym miejscu nie da się obejść ogrodzenia. Wracamy więc na wycieczkę po otwartej kopalni.

Minas de Rio Tinto

Niestety wizyta ta nas rozczarowuje. Pewnie dlatego, że Peña del Hierro, czyli kopalnia, którą zwiedzamy, jest dużo mniejsza w porównaniu z Corto Atalaya, nawet widzianą z daleka. Wychodzi nam, że czas spędzony w Minas de Rio Tinto w porównaniu z tym, co można tam zobaczyć, jest zdecydowanie za długi. Po skończonej wizycie w kopalni bierzemy się więc za weryfikację planów i zamiast do Araceny, gdzie spodziewamy się, że jaskinie mogą być już zamknięte, jedziemy do Zalamea w poszukiwaniu megalitów podobnych do tych w Stonehenge.

Zalameę udaje nam się odnaleźć bez problemu, ale kamieni brak. Zatem kolejna korekta planu. Decydujemy się jechać z powrotem do Isla Canela, ale wybieramy najmniejsze możliwe drogi, żeby nacieszyć oczy krajobrazami. Oczu za bardzo cieszyć się nie da, bo słońce świeci prosto w nie i trzeba je mrużyć. Kiedy więc dojeżdżamy do Calañas i mamy do wyboru: dalej na wschód do Villanueva de las Cruces i potem do Ayamonte albo na północ przez Cabezas Rubias i Rosal de la Frontera do Portugalii, wybieramy tę drugą drogę.

Huelva

Oczywiście na objazd po Huelvie zabraliśmy dwie mapy, ale obie są mapami Hiszpanii. Więc jakoś nie do końca orientujemy się, w którym miejscu Portugalii wylądujemy po przejechaniu tej trasy i radośnie zakładamy, że zdążymy akurat na zachód słońca do portugalskiego miasteczka Alcoutim. I ten plan jednak życie nam weryfikuje :) Przemykamy przez wzniesienia aż do linii granicznej, a już w Portugalii robimy mały przystanek, żeby wygrzebać z bagażnika mapę tego kraju. Szybki rzut oka na nią sprawia, że wybuchamy gromkim śmiechem i zdajemy sobie sprawę, że zaniosło nas dużo dalej na północ, niż myśleliśmy, a o spacerze po Alcoutim w promieniach zachodzącego słońca możemy sobie jedynie pomarzyć.

Z miejsca, w którym przekraczamy granicę, mamy równie blisko do Alcoutim, co do Évory. Tym razem jednak rozsądek bierze górę – wracamy na południe. Kierujemy się na miejscowość Mértola. Robi się ciekawie, bo zaraz zapali się rezerwa, a stacji benzynowej nie widać na horyzoncie. W końcu znajdujemy jakąś maleńką, gdzie rachunek za paliwo pani musi wypisać nam ręcznie. Jedziemy dalej. Zachód słońca zastaje nas przy wjeździe do Rezerwatu Naturalnego Doliny Gwadiany.

Gwadiana

Stamtąd do Mértoli już rzut beretem. Miasto przyjemne z ładnie oświetlonym zamkiem górującym nad okolicą. Zatrzymujemy się więc na kolację w małej portugalskiej restauracyjce z przesympatyczną obsługą i pysznym tuńczykiem. Myślę, że za dnia miasteczko też warto odwiedzić. Może kiedyś :) Wyjeżdżamy na południe wzdłuż rzeki, pierwszy raz wybierając główną drogę, a nie drogi boczne, więc dość szybko mijamy Alcoutim bokiem i docieramy do granicy portugalsko-hiszpańskiej. A Ayamonte i Isla Canela są tuż za miedzą. Docieramy na miejsce o 23:00 czasu hiszpańskiego, czyli jakieś dwie godziny później, niż planowaliśmy. Mimo to po raz kolejny zadowoleni z wycieczki :)

Ewa

Cieszę się, że tu jesteś! Mam nadzieję, że spodobał Ci się i zaciekawił ten wpis. Jeśli tak, to będzie mi niezmiernie miło, gdy klikniesz Lubię to, dodasz +1 i podzielisz się wpisem ze znajomymi albo dołączysz do dyskusji! To dla mnie ważne, bo pokazuje, że warto dalej pisać. Masz uwagi, komentarze, pytania? Nie wahaj się, napisz! Cieszę się z każdego sygnału od Ciebie! Dziękuję :)

- Ewa a

Przeczytaj też...

10 komentarzy

  1. ana z maroka pisze:

    Napięty program, jakby ułożony dla wycieczki objazdowej. Chyba turystyczne tempo zwiedzania weszło Ci w krew :P

  2. Ewa pisze:

    No właśnie, program napięty ale na szczęście podeszliśmy do niego z dużą dozą dowolności :P Wszystko było na luuuuuzie ;)

  3. Mira pisze:

    Co znaczy ” nie do końca normalnych ludzi”? Ja myślałam, że taka jesteś i realizujesz swoje marzenia. Kibicuję Ci i to co robisz jest chyba normalne. A ja, dzięki Twoim relacjom, podróżuję razem z Tobą. Tak trzymaj :D

  4. Ewa pisze:

    A kto całkowicie normalny robi takie nienormalne rzeczy? :))) Ale mi się tak podoba, a i dzięki temu relacje nie wieją mam nadzieję nudą ;)

  5. Ewa N pisze:

    Właśnie normalni ludzie są ciekawi śwata. Podziwiam Cię i życzę jeszcze wielu takich pomysłów.

  6. Ewa pisze:

    No dobrze, przekonałyście mnie, jestem normalna ;) Za tydzień planujemy wypad na Costa Vincentina, ciekawe co normalnego tym razem wpadnie nam do głowy :)))

  7. Ania pisze:

    Zaintrygowała mnie foto nr4. Czy to jest może bawełna? Słyszałam o uprawach bawełny pod Sewillą, ale jeszcze nie miałam okazji zobaczyć:)

  8. Ewa pisze:

    Tak, to bawełna. Trochę pól mijaliśmy po drodze z Niebli do Berrocal. Zatrzymaliśmy się, bo chciałam obejrzeć roślinki z bliska – przyjemne w dotyku są te białe kłębki :)

  9. Ania pisze:

    Och, och!jaki bajer:) a da się z tego T-shircika zrobić?:))

  10. Ewa pisze:

    pewnie, że się da! Musisz tylko mieć fabrykę… ;P

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*Pola wymagane. Adres e-mail nie zostanie opublikowany.
Ostatnio pojawia się bardzo dużo spamu i mój filtr czasem się gubi. Jeśli nie jesteś spamerem, a Twój komentarz nie ukazał się, daj mi o tym znać mailowo. Kontakt znajdziesz tu. Dziękuję!