Złota godzina z widokiem na Manhattan

Ktoś powiedział, że największe wrażenie robi ten widok w nocy. Światła miasta, które nie zasypia. Strzelające ku niebu budynki, tak wysokie, że kiedy parę lat wcześniej pierwszy raz wysiadłam z metra na Manhattanie i spojrzałam w górę, to długo musiałam szukać niebieskiej plamy, bo wieżowce wszystko zasłaniały. Tu nocą nie widać gwiazd. Fakt, to na swój sposób imponujące! A jednak przyjeżdżamy do Weehawken jeszcze przed zapadnięciem zmierzchu. Na szczęście. Bo – nie przesadzając – to widok Nowego Jorku skąpanego w złotych promieniach zachodzącego słońca zapiera dech w piersiach!

Manhattan o zachodzie słońca
Jestem zachwycona. Poważnie. Przez pierwsze chwile nie myślę nawet o wyciągnięciu aparatu, o rozstawieniu statywu, tylko patrzę. Jedyne, co potrafię powiedzieć, to banalne wow. Stoję przy ogrodzeniu oddzielającym mnie od leżących poniżej posesji, które z kolei usadowiły się nad rzeką Hudson. Dokładnie naprzeciwko drapiącej chmury dzielnicy Nowego Jorku.

Manhattan o zachodzie słońca

Spoglądam w prawo. Na południe. Dolny Manhattan zalewają ostatnie promienie zachodzącego za plecami słońca. Jeszcze dalej błyszczy Most Verazzano-Narrows.

Manhattan o zachodzie słońca

Wracam wzrokiem ku środkowej części Manhattanu. Wyobrażam sobie tych wszystkich ludzi pracujących w niezliczonych biurowcach z widokiem na miasto. Mieszkających w apartamentach gdzieś wysoko, ponad głowami przechodniów. Przypominam sobie czyjeś słowa, że mieszkania na Manhattanie pełne są karaluchów kryjących się w ścianach, zakamarkach, pod tapetami. Zastanawiam się, czy byłabym w stanie znieść ich towarzystwo dla codziennych przepięknych widoków z okna. Chyba jednak nie.

Manhattan o zachodzie słońca

Przesuwam wzrokiem wzdłuż horyzontu, którego nie widać, bo zasłaniają go wieżowce. Tym razem w lewo, ku północy. Tamtejsze budynki przypominają mi trochę klocki. Zabawki Guliwera, w których mieszkają lilipuci nowojorczycy.

Manhattan o zachodzie słońca

Przeszukuję gąszcz drapaczy chmur w poszukiwaniu charakterystycznych punktów. Oto jest. Empire State Building. Tego akurat nie trzeba szukać. Budynek wyróżnia się nie tylko wysokością, ale i znaną sylwetką kojarzącą mi się z rakietą, która za chwilę wyleci w przestrzeń kosmiczną.

Manhattan o zachodzie słońca

Jest też, nieco skryty, jakby był nieśmiały, Chrysler Building. Ten łatwo rozpoznać po jego dachu, który mieni się, odbijając promienie słoneczne.

Manhattan o zachodzie słońca

Za moimi plecami kula słoneczna zbliża się coraz bardziej ku powierzchni ziemi, a światło przybiera coraz bardziej czerwono-złotą barwę. Przyglądam się przepaści. Wąwozowi. Po jednej stronie ściana, po drugiej stronie ściana, a na dnie morze świateł. To 42 Przecznica. Gdzieś tam w głębi, na jej przecięciu z Broadwayem, tętni życie na Times Square.

Manhattan o zachodzie słońca

Kiedy zachodzi słońce, niebo nad Manhattanem traci powoli złotawy odcień i przybiera granatową barwę. W oknach zapalają się światła. Rozbłyskują neony. Reflektory. Miasto migocze, pokonując gwiazdy. Tych ostatnich nie widać. Ani jednej. Zamiast tego na nieboskłonie mrugają światła przelatujących nad miastem samolotów. Jak spadające gwiazdy. Nic, tylko pomyśleć życzenie.

Manhattan po zachodzie słońca

Nowy Jork nigdy nie śpi. W Weehawken cicho, a tam, po drugiej stronie rzeki Hudson, rozbrzmiewa kakofonia warczących aut, głośnych rozmów, czasem klaksonów, muzyki. Przyglądam się miastu. Widok po zmroku nieziemski, chociaż mając porównanie z tym, co działo się wcześniej stwierdzam, że bardziej piorunujące wrażenie robi na mnie jeszcze za dnia.

Manhattan po zachodzie słońca

Noc. Sylwetki wieżowców powoli przestają odznaczać się od czarnego tła, jakim jest nocne niebo. Wygląda to trochę jak kadr z mrocznego filmu kryminalnego. Teraz szeroki plan, za chwilę zbliżenie na ciemną boczną uliczkę, w której ktoś popełnia zbrodnię doskonałą. Ostatni rzut oka na potężne miasto. Ostatnie zdjęcie. Składam statyw, pakuję aparat. Mogłabym długo jeszcze patrzeć na migoczące po drugiej stronie rzeki światełka, ale rozsądek podpowiada, że czas na kolację.

Manhattan po zachodzie słońca

W Weehawken spędzam niewiele więcej, niż godzinę. Lubię patrzeć, jak odmienia się widok – niby ciągle taki sam – wraz ze zniżającą się słoneczną kulą. Wraz ze zmianami barwy światła.

Który Manhattan podoba się wam najbardziej? Ten rozświetlony złotymi promieniami słońca czy kolorowymi neonami i światłami ulicznymi?

Ewa

Cieszę się, że tu jesteś! Mam nadzieję, że spodobał Ci się i zaciekawił ten wpis. Jeśli tak, to będzie mi niezmiernie miło, gdy klikniesz Lubię to, dodasz +1 i podzielisz się wpisem ze znajomymi albo dołączysz do dyskusji! To dla mnie ważne, bo pokazuje, że warto dalej pisać. Masz uwagi, komentarze, pytania? Nie wahaj się, napisz! Cieszę się z każdego sygnału od Ciebie! Dziękuję :)

- Ewa a

Przeczytaj też...

11 komentarzy

  1. Kasia pisze:

    Najbardziej podoba mi sie ten w zloto-fioletowym swietle, w koncu to zlota godzina fotografii :))
    Ostatnie fotki tez na najwyzszym poziomie, ale motyw widywany zdecydowanie czesciej.

  2. Asia pisze:

    Super! Pięknie! Nie wiedziałam, że stamtąd jest taki fajny widok! Wybierzemy się przy ładnej pogodzie. Na razie mamy klęskę żywiołową ;)

  3. Marta pisze:

    Dobry pomysł z ukazaniem tego samego widoku na Manhattan o różnych godzinach.
    Mi jednak najbardziej podoba się panorama w wersji nocnej z tysiącem malutkich światełek.

  4. Magdalena pisze:

    NY lubie o kazdej porze dnia i nocy

    • Bryliant pisze:

      Bardzo chciałabym też powiedzieć, że lubię lub nie lubię NY – niestety nigdy nie byłam. Na razie właśnie oglądam i czytam tego typu artykuły i zdjęcia w necie. Wygląda pięknie. dla mnie to centrum cywilizacji.

  5. Asica pisze:

    Chyba za dnia jest piękniej :)

  6. Jo pisze:

    Każdy jest urokliwy i ten w złotej godzinie i ten pod niebem pełnym gwiazd :)

  7. Misia pisze:

    Mnie też bardziej podobają się zdjęcia zrobione w dziennym świetle. Są takie ciepłe, przyjazne oku.

  8. Nowy York, przez kilka lat chciałam tam pojechać, przez kilka lat czekałam na wizę. No i tak wyszło, że wyjechałam owszem ale z Nowego Sącza do Warszawy :) Tam też są drapacze chmur. Wizę do USA, dostałam wreszcie, jednak była w tym czasie już nie tak pożądana, bo do Warszawy przybyłam, jak się okazało do przyszłego męża i ten amerykański sen, prawdę mówiąc nie jest już potrzebny :) No i jeszcze ciekawe, poznałam go przez Internet i mieszkał wtedy właśnie w Nowym Jorku. 2 lata minęły i jakoś nie udało się zorganizować tego wyjazdu ale w przyszłym roku, mamy odwiedzić tamte miejsca.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*Pola wymagane. Adres e-mail nie zostanie opublikowany.
Ostatnio pojawia się bardzo dużo spamu i mój filtr czasem się gubi. Jeśli nie jesteś spamerem, a Twój komentarz nie ukazał się, daj mi o tym znać mailowo. Kontakt znajdziesz tu. Dziękuję!