12 listopada 2009
Wpis w kategoriach: Tajlandia, Z podróży | Tematy: Ko Lipe, Ko Muk, natura, owoce, plaża, przyroda, transport, wyspa
Dziś dotarliśmy na kolejną wyspę. Też rajską. Chyba cała Tajlandia się z takich składa… Ko Muk różni się od Ko Lipe, bo zbudowana jest z bardziej strzelistych skał. W ogóle wszystko dookoła wygląda, jakby ktoś wrzucił do morza wielkie kawałki kamienia. I te kawałki kamienia są teraz porośnięte ogromnymi drzewami. Naprawdę uroczo. Ale najpierw trzeba tu dotrzeć. A dotarcie to atrakcja sama w sobie…

Budzę się nad ranem słysząc huk. Błyskawicznie przytomnieję i zaczynam zdawać sobie sprawę, że to nie jednorazowy hałas, ale niesamowicie głośny szum, jak grzmot potężnego wodospadu. Tylko, że nasze domki nie stoją przy wodospadzie. W ogóle na Ko Lipe chyba nie ma wodospadów. Więc co? Deszcz!
Chociaż nie, nazwać to, co się działo deszczem, to jak nazwać pięknego, dostojnego ogiera konikiem polnym. Wyplątuję się z moskitiery, wyglądam przez drzwi i uderza we mnie ściana wody. Tak jakby chmura zapomniała, że powinna wypuszczać deszcz po kropli i postanowiła spaść cała na raz. Zgarniam swoją koszulkę i spodenki, i chustkę Mai, które zostawiłyśmy na noc do wyschnięcia… Tak jakby nie wyschły.
Co robić, jest 6:30, więc kładę się dalej spać. Chyba nawet lekko przysypiam. O 7:00 wstajemy. Już nie pada, a lekki wiaterek rozgania chmury. Lekki to on jest, ale wysoko, bo na dole już czuć duchotę, jak ta woda, która przed chwilą spadła, zaczyna parować w słońcu. Pakujemy się i lecimy na śniadanie.
Po śniadaniu bierzemy bagaże i wskakujemy na długą łódkę, która zawozi nas razem z naszymi rzeczami na platformę na morzu, z której odpłynie wodolot na Ko Muk. Na miejscu wodolot jest już zacumowany. Ładujemy się na niego, ale bagaże zostają na platformie. Po 15 minutach każą nam wysiadać. Wodolot odpływa na Ko Lantę. Czekamy kolejne 15 minut, aż podpływa nasz wodolot. Tym razem pakujemy się z bagażami. Chwila, żeby załadowali się wszyscy i ruszamy. Fruuuu… prędkość naprawdę robi wrażenie. I ten wiatr we włosach. Potem nie mogę ich rozczesać :)
Podróż na Ko Muk trwa ok. 1,5 godziny. Wysadzają nas przy plaży. Na tyle przy plaży, że wysiadamy prosto do wody i musimy sobie dojść do brzegu. Ale dajemy radę. Domki są w porządku. Murowane, nieco wygodniejsze chyba, niż te na Ko Lipe. Nie przy samej plaży, ale dość niedaleko.
Po rozładowaniu bagaży idziemy na spacer po wiosce. I na plażę na drugą stronę wyspy. Słońce grzeje jak oszalałe. Dobrze, ze mam swój kapelutek kupiony za kilka dolarów w Kambodży. Już się zaczyna rozklejać, ale nadal dzielnie służy. W końcu dochodzimy na drugą stronę do molo. Woda dookoła molo jest strasznie zasyfiona, ale widok z niego – przepiękny. W oddali widać stały ląd zbudowany ze strzelistych skał porośniętych dżunglą. Idziemy w bok, znaleźć plażę. Przy plaży siadamy i czekamy, aż nadejdzie burza, którą widać na horyzoncie. Jednak burza decyduje się przejść bokiem. Na pocieszenie możemy obejrzeć piękną, całą tęczę.
Wracamy do naszych domków, po drodze organizując sobie wycieczkę na następny dzień. Mijamy tez plantacje kauczukowców i możemy z bliska mniej więcej obejrzeć, jak to działa. Widzimy też coś, co chyba jest spłaszczonym, suszącym się kauczukiem. Chociaż śmierdzi kozim serem. A Aga z Mają wyhaczają w jakimś przydrożnym miejscowym sklepiku duriana. Rzeczywiście, nawet nie rozkrojony capi niemiłosiernie. Ale kiedy panie w naszej restauracyjce go nam podają rozkrojonego, to już nie jest tak strasznie. A smak? Hmm… nie jest zły, taki lekko kremowy, chociaż smakuje mi trochę jak smażona cebula. Lekko mdły. Daje się go zjeść, ale nie nazwałabym go królem owoców.

Podobne wpisy:
-
Rajskie wyspy tajskie Już jak byłam na Ko Lipe, to plan był taki, żeby opublikować zdjęcia z krótkim tylko komentarzem. Że jest tak...
Szmaragdy, kokosy i deszcz na plaży Wczorajszy wieczór obfitował w dwie atrakcje: świecący plankton i kraby. Świecący plankton zauważyliśmy już na Ko Lipe, ale dopiero tutaj...
Dostać się na Ko Lipe… Jak to ujął Tomek, Hat Yai jest jak czarna dziura. Prawie nie sposób stamtąd wyjechać! A my chcemy się dostać...
Komu w drogę, temu… różne środki transportu Z Ko Muk wydostajemy się bez trudu. Najpierw wrzucamy bagaże na przyczepkę motorka, a potem sami zostajemy podrzuceni skuterkami na...
Spodobał Ci się wpis? Polub, dodaj +1, skomentuj, podyskutuj! Dziękuję :)






ach ten zapach duriana, fu ;-)
O jak Wam zazdroszczę tego wiatru we włosach, kiedy lecieliście wodolotem.
A co na temat szmaragdowej jaskini?
Tam naprawdę są szmaragdy, czy tylko kolor jest szmaragdowy?
Wygrzewajcie się na zapas, bo w Polsce szaro, buro i ponuro.
heh, nie wiem, czemu ona jest szmaragdowa, bo ani szmaragdow nei ma, ani skaly nie sa szmaragdowe. Moze tylko jak sie wyplywa z jaskini to kolor wody jest lekko szmaragdowy. A w ogole to tutaj lokalnie jakos inaczej ja nazywaja – ale nie bylam w stanie zapamietac jak, jakos na “M”.