Kamienne Miasto o wielu twarzach

Młody mężczyzna w T-shircie z napisem Zanzibar podchodzi do mnie, kiedy mijam główną pocztę przy ulicy Kenyatty.
Hello madam — wita się standardowo i od razu przechodzi do rzeczy, wyciągając z torebki foliowej drewniane figurki Masajów. — Bardzo tanio!
— Dziękuję
— odpowiadam, nie zatrzymując się, bo wiem, że dyskusja nie ma sensu.
— A przyprawy? Chcesz? — chłopak nie daje za wygraną.
— Nie, dziękuję — jestem stanowcza. Ten sam rytuał powtarza się co tydzień, kiedy przyjeżdżam do Stone Town i wybieram się na spacer uliczkami miasta. Na pełnej sklepów z pamiątkami głównej ulicy starówki zawsze spotkać można mnóstwo turystów, co oczywiście przyciąga sprzedawców wszelkiego rodzaju pamiątek. Niektórych już rozpoznaję i dziwię się, że oni nie rozpoznają mnie, usilnie co tydzień próbując mi coś sprzedać. A może rozpoznają, ale i tak liczą na łut szczęścia? Skręcam szybko w wąziutkie, ocienione przejście, w które większość ludzi pewnie miałaby obawy, by wejść, bo nie wiadomo, czy dokądkolwiek prowadzi. Wygląda raczej jak szpara w murze, ale ja wiem, że to nie ślepy zaułek, tylko doprowadzi mnie do kolejnego placu, zupełnie wolnego od turystów. Czasem można tu spotkać kobiety stojące w drzwiach budynków lub dzieciaki ganiające się dookoła małego skwerku. Tym razem nie ma nikogo. Inny świat, zwykłe życie w Kamiennym Mieście.

Stone Town

Kiedy mój kolega Peter odbiera mnie z zanzibarskiego lotniska i wiezie do starej części miasta, pierwsze co mówi to to, że na pewno mi się tu spodoba. A gdy wjeżdżamy w wąską ulicę prowadzącą do centrum Stone Town, wiem już, że się nie pomylił. To jest sympatia od pierwszego wejrzenia. Witają mnie dość wysokie budynki w ciepłym, beżowym kolorze z drewnianymi wykończeniami oraz rozgrzane od słońca główne ulice, od których odchodzą małe, zanurzone w cieniu alejki. Parkujemy nieopodal nabrzeża i idziemy na obiad do niewielkiej knajpki położonej nad samą plażą, w której serwują przepyszne grillowane ryby z ryżem warzywami i dobrze przyprawionym sosem. Słońce świeci mocno, a jego promienie odbijają się w morskich falach i migoczą przyjaźnie. Obserwują grupkę młodzieńców ćwiczących na piasku akrobacje. Wsłuchuję się w szum oceanu i lekkiego wiatru potrząsającego palmowymi liśćmi. Kiedy kosztuję swojego dania to wiem już, że będę tu jeszcze przychodzić.

Stone Town

Stone Town, czyli Kamienne Miasto, to starówka Zanzibar Town — stolicy Zanzibaru. Jego historia sięga XV wieku, gdy na wyspę dotarli Portugalczycy i zaczęli budowę pierwszej kamiennej fortecy, znanej dzisiaj jako Stary Fort. Ten najstarszy budynek w mieście został w XVII wieku rozbudowany przez Arabów z Omanu, którzy przejęli władzę, a celem rozbudowy była… obrona przed Portugalczykami. Do dziś niektórzy określają budynek mianem fortecy portugalskiej, a inni — arabskiej. Kiedy przechodzę przez umieszczoną w poczerniałych murach bramę, od razu słyszę nawoływania kobiet ubranych w tradycyjne barwne chusty zwane kanga. Proponują tatuaże z henny, zrobienie warkoczyków lub zakup ciuchów albo pamiątek. Rozglądam się po zielonym trawiastym dziedzińcu, który za czasów protektoratu brytyjskiego stanowił korty tenisowe dla urzędników. Tuż obok, za kolejną bramą, znajduje się amfiteatr, gdzie odbywają się koncerty oraz pokazy filmów w ramach Zanzibarskiego Festiwalu Filmowego. Stare mury, które były świadkiem rozwoju miasta, w zwykłe dni służą za zacienione schronienie dla turystów.

Stone Town

Jednakże nazwa Kamienne Miasto wcale nie pochodzi tylko od tej kamiennej fortyfikacji, lecz w ogóle od domów, które zaczęły powstawać wokół fortu około 1830 roku na miejscu dawnej wioski rybackiej. Do ich budowy po raz pierwszy na wyspie zaczęto używać wapienia koralowego o rdzawopomarańczowym zabarwieniu, który był o wiele trwalszy od wykorzystywanej dotychczas gliny. Miasto zaczęło się szybko rozrastać, a kolejne dwupiętrowe budynki z patio wewnątrz pojawiały się na coraz większym obszarze. Już w 1840 roku sułtan Sa’id ibn Sultan przeniósł stolicę sułtanatu z Maskatu w Omanie właśnie na Zanzibar, co jeszcze bardziej przyspieszyło rozwój miasta. Stało się ono centrum handlu pomiędzy Afryką, Arabią i Indiami.

Stone Town

Spacerując po Stone Town można dostrzec, że koralowiec, który dał miastu nazwę i sławę, jest też niejako jego przekleństwem. Miękki budulec dość szybko bowiem kruszeje, a to oznacza, że budynki wymagają ciągłej szczególnej ochrony. Niestety, często z powodu braku środków, chęci lub wyobraźni remontów się nie przeprowadza, czego skutkiem jest to, że średnio rocznie zawala się to około dziesięciu domów. UNESCO, które w 2000 roku wpisało Stone Town na listę Światowego dziedzictwa, szacuje, że około osiemdziesiąt procent z tysiąca siedmiuset historycznych budynków jest w złym stanie.

Stone Town

Nie potrzeba statystyki, by zobaczyć to na własne oczy. Wystarczy zejść z głównego turystycznego szlaku i zagłębić się w wąskie boczne uliczki, by zauważyć, że Kamienne Miasto przegrywa pojedynek z czasem, ale też z klimatem, który ze swoją wysoką wilgocią i zasolonym powietrzem znad oceanu jeszcze bardziej przyczynia się do zniszczeń. Wędrując po mieście niejednokrotnie mijam pozbawione tynku fasady, spod których wystają kruszejące koralowce, gdzieniegdzie stoją tylko fronty domów podtrzymywane przez rusztowanie z drewna namorzynowego, a nawet nieopodal centrum można znaleźć gruz z zawalonego budynku.

Stone Town

W czasie odbudowywania domów kamień koralowy często zastępuje się pustakami. Mieszkańcy nie mają oporów, by dachy kryć tak popularną w Afryce Wschodniej blachą falistą. Nie tylko zresztą dachy, bo zadaszenie werand, balkonów i uliczek też często jest blaszane. Remonty nie zawsze odzwierciedlają historyczne założenia architektoniczne. Powiedziałabym, że nawet dość rzadko — przynajmniej jeśli chodzi o te rzadziej uczęszczane przez turystów części miasta.

Stone Town

Cały ten miszmasz i bałagan nie odbierają jednak Stone Town uroku. To stale bijące serce Zanzibaru jest labiryntem wąskich, zacienionych uliczek i przejść pomiędzy starymi domami, sklepami, bazarami i meczetami, których w mieście znajduje się kilkadziesiąt. Spacerowi nierzadko towarzyszy dźwięk modlitw dochodzących właśnie z ich wnętrza. Zbyt wąskie dla samochodów ulice wypełniają piesi, rowery i stare włoskie skutery Vespa. Nie umiem pojąć jak to możliwe, że jedna ulica pełna jest ludzkiej masy, a zaraz obok na kolejnej ciężko kogokolwiek spotkać.

Stone Town

Na ulicach Stone Town tradycja miesza się z nowoczesnością. Nowocześni są głównie mężczyźni. To oni szybko przejęli zachodni styl ubierania się i często noszą dżinsy oraz bawełniane koszulki. Coraz rzadziej można zobaczyć tych ubranych w tradycyjną białą szatę o nazwie kanzu, chyba że jest piątek. Dla muzułmanów, będących większością na Zanzibarze, piątek to dzień święty i wówczas przywdziewa ją tradycyjne ubranie i o wiele liczniej stawiają się na modlitwach w meczetach.

Stone Town

Kobiety natomiast są ostoją zwyczajowości. Niemal zawsze ubierają się w tradycyjne kolorowe chusty kanga lub w długie abaje, a głowy owijają hidżabami. Od czasu do czasu spotkać można kobiety przesłaniające twarz nikabem, ale nie jest to częsty widok. Stroje są prawie zawsze barwne, a uzupełnia je biżuteria. Ubrane w stylu zachodnim dziewczyny spotyka się niezmiernie rzadko i są to chyba wyłącznie chrześcijanki, choć i one często przesłaniają włosy chustą. Taka tradycja.

Stone Town

Odnoszę wrażenie, że nie ma tu poważnych problemów na tle religijnym. Muzułmanie stanowią zdecydowaną większość mieszkańców na wyspie i to oni niejako nadają ton temu, jak wygląda Stone Town. Pełno tu meczetów, ale w mieście stoją też dwie duże chrześcijańskie świątynie: katedra anglikańska i katolicki kościół świętego Józefa. Nieopodal tego drugiego funkcjonuje też świątynia hinduistyczna. Wydaje mi się, że wyznawcy różnych religii umieją tutaj koegzystować. Przykładowo chrześcijanie nie posilają się ostentacyjnie na ulicach w czasie ramadanu, a muzułmanie nie zmuszają chrześcijanek do zakrywania włosów (choć te robią to często ze względów kulturowych). Podobnie z turystami — nierzadko przymyka się tu oczy na bardziej prowokacyjny (według zanzibarskich standardów) strój, choć jestem zdania, że zwiedzając miasto warto z szacunku zadbać o zakrycie ramion i kolan.

Stone Town

Najwięcej turystów kręci się w okolicy najważniejszych atrakcji Stone Town. Od głównej ulicy Kenyatty, przy której mieści się sporo sklepów z pamiątkami oraz domniemany dom, w którym mieszkał Freddie Mercury, odchodzi bardzo wąska uliczka Gizenga. Jeśli ktoś był na medynie na przykład w Marrakeszu i robił zakupy na arabskim suku, to łatwo może sobie wyobrazić, jak to tu wszystko wygląda.

Stone Town

I tak już wąskie przejście zagradzają pamiątki jakby wypływające ze sklepów na ulicę. Stoiska są półotwarte, a sprzedawcy siedzą na zewnątrz i zapraszają do środka każdego przechodnia. Przekonują, że patrzenie nic nie kosztuje, a potem oczywiście namawiają do zakupów. Ułatwiają to tak zwane barazy, czyli kamienne ławki umieszczone wzdłuż murów, będące jakby podwyższeniem chodnika. W czasie pory deszczowej, gdy nadchodzi oberwanie chmury i woda gromadzi się na ulicach niewyposażonych w odprowadzenie wody, mieszkańcy używają ich jak chodników. Na ulicy Gizenga barazy stanowią natomiast dodatkowe lady, na których sprzedawcy prezentują pamiątki.

Stone Town

Gizenga prowadzi mnie na tyły starego fortu, gdzie ulokował się niewielki hotelik z tarasem na dachu. Działa tu przyjemna restauracja. Takich lokali w Stone Town jest kilka i warto odwiedzić któryś z nich, by spojrzeć na miasto z innej perspektywy. Blaszane dachy skrywają zgiełk niektórych ulic oraz pustkę innych. Bryza morska bez przeszkód wieje, przynosząc ochłodzenie nawet w czasie największego upału. Stojąc przy balustradzie przesuwam wzrokiem po blaszanych dachach miasta skrzących się w promieniach słońca. W panoramie wyróżniają się dwie potężne wieże kościoła świętego Józefa i sąsiadujący z nimi minaret. Dalej w prawo widać Ocean Indyjski, na którego tafli bujają się mniejsze i większe łodzie, statki oraz prom do Dar es Salaam. Takie restauracje na dachach to doskonałe miejsce, by podziwiać zachody słońca. Jeszcze dalej w prawo nad okolicą dominuje bryła najważniejszego zabytku miasta — białego Domu Cudów.

Stone Town

Dom Cudów, czyli House of Wonders słynie z tego, że był pierwszym budynkiem na Zanzibarze, do którego doprowadzono prąd elektryczny i bieżącą wodę oraz pierwszym w Afryce Wschodniej, gdzie zamontowano windę. Pierwszy raz w pełnej krasie widzę go z łódki na Prison Island i choć później mam możliwość obejrzenia go z każdej strony, to do tej pory uważam, że z morza prezentuje się najlepiej. Jego oryginalna arabska nazwa to Beit-al-Ajaib, a powstał on na zlecenie sułtana Barghasza w 1883 roku jako miejsce ceremonii i przyjmowania gości. Wyglądał wówczas trochę inaczej niż dziś, wówczas bez wieży zegarowej pośrodku frontowej fasady. Dobudowano ją w 1896 roku, kiedy Dom Cudów został uszkodzony w czasie najkrótszej wojny w historii świata — trwającego 38 minut konfliktu angielsko-zanzibarskiego.

Stone Town

Pałaców sułtana w Stone Town było kilka. Dzisiaj można zwiedzać chociażby leżący nieopodal Domu Cudów Beit-al-Sahel, gdzie mieści się Muzeum Pałacowe, pokazujące życie codzienne sułtanów. Sam Dom Cudów również jest muzeum, lecz w 2012 roku został oficjalnie zamknięty dla odwiedzających z powodu renowacji. Nieoficjalnie warto jednak podejść do drzwi, które czasem są otwarte, i za niewielką opłatą można wejść do środka. Sama korzystam z tej okazji, ale dochodzę do wniosku, że budowla o wiele piękniej prezentuje się z zewnątrz niż od środka.

Stone Town

Przed Domem Cudów rozciąga się jeden z moich ulubionych zakątków Stone Town, czyli jego płuca — ogrody Forodhani. Ten niewielki park jest oazą spokoju nad oceanem. Gdy tylko zaczyna zapadać zmrok na placyku naprzeciwko Domu Cudów zaczynają rozkładać się stoiska. W ruch idą metalowe stelaże, na których kładzione są drewniane płyty przykryte ceratą. Dalej pojawiają się kuchenki, paleniska i produkty spożywcze. Gdy robi się zupełnie ciemno nad Forodhani unosi się już smakowicie pachnący dym. Można tu niedrogo spróbować takich przysmaków jak grillowane owoce morza, mięsne szaszłyki, pieczone bataty, kukurydza i wiele innych smakołyków. Warto skosztować zupy zwanej Zanzibar mix. To dość mętny, mało apetycznie wyglądający bulion z dodatkami, które sami sobie wybierzemy, na przykład mięsem i ziemniakami lub jajkami na twardo.

Stone Town

Króluje tu jednak danie zwane Zanzibar pizza, które z prawdziwą włoską pizzą ma wspólną jedynie nazwę. To placek przypominający bardziej indyjską parathę, oryginalnie podawany z mięsno-warzywnym nadzieniem i jajkiem, choć dziś można ją spróbować z różnymi innymi dodatkami, zarówno na słono, jak i na słodko. Furorę wśród turystów robi wersja z Nutellą i bananem.

Stone Town

W ciągu dnia, jeśli chcę coś przekąsić, wybieram którąś z nadmorskich knajpek, takich jak ta, do której zabrał mnie Peter pierwszego dnia. Przycupnęły one przy niewielkiej miejskiej plaży częściowo zalewanej w czasie przypływu. Sama końcówka cypla zajęta jest przez trzy luksusowe hotele, ale z restauracyjek rozciąga się nawet lepszy widok. Lubię tak usiąść i obserwować małe łódki kołyszące się na tafli morza, podczas gdy ich kapitanowie szukają na ulicy turystów chętnych na wycieczkę na Prison Island. Lubię to słońce, morską bryzę i stopy zanurzone w miękkim piasku, a także oczywiście podawane tu świeże, przepyszne ryby.

Stone Town

Jest jeszcze jedno takie miejsce w Stone Town, które przesiąknięte jest zapachem ryb. To największy na Zanzibarze targ zwany Darajani. Można tu kupić mydło i powidło — wszystko, czego Zanzibarczyk może potrzebować na co dzień. Są ubrania, buty, chemia gospodarcza, kosmetyki i akcesoria, a nawet elektronika. Najciekawsza jest jednak część z jedzeniem. Kolorowe warzywa i owoce sprzedawane są najczęściej nie na wagę, a na kupki. Królują pomidory, ogórki, bataty, ziemniaki, papryka, kwaśne pomarańcze, mango, arbuzy oraz banany — żółte, zielone, czerwone, długie i krótkie. Są też oczywiście przyprawy takie jak pieprz, goździki, cynamon, gałka muszkatołowa czy kardamon. Na środku Darajani stoi dawniej biała, a dziś już poczerniała od brudu i kurzu hala, z której dobiega intensywny zapach. W jednej jej części sprzedaje się mięso, a w drugiej ryby. Nie ma tu oczywiście wielkich chłodziarek czy chociażby lodu. Wszystko leży ot tak, w wysokiej temperaturze, a wokół latają miliony much. Zachodniemu turyście po wejściu do środka najczęściej robi się niedobrze. Miejscowi nie mają takiego problemu, jedzą te ryby i mięsa, i z reguły nic im nie jest.

Stone Town

Z Darajani niedaleko do kolejnego ważnego miejsca w Stone Town, przypominającego o złotym wieku miasta. Tak się mówi, choć naprawdę XIX wiek to zarówno złota, jak i czarna karta historii Zanzibaru. Chodzi o miejsce, gdzie dawniej działał największy targ niewolników — do czasu, aż handlu nimi nie zabronili Brytyjczycy. Dzisiaj jest to ważne miejsce pamięci. W XIX wieku miasto przeżywało rozkwit jako ośrodek handlu przyprawami (głównie goździkami) oraz właśnie niewolnikami, ale przez port w Zanzibarze przechodziło także drewno, kość słoniowa czy tkaniny. Sułtan Zanzibaru zachęcał zagranicznych kupców z Arabii, Persji i Indii do osiedlania się w mieście.

Stone Town

Ten tygiel kulturowy odzwierciedla się w architekturze miasta. Widać tu mocne wpływy arabskie, hinduskie oraz nieco późniejsze europejskie z czasów kolonialnych. Z Indii przybyło zdobienie drzwi, które dziś jest jednym z symboli Stone Town. Wiele budynków poszczycić się może przepięknie rzeźbionym wejściem, a skrzydła wrót dodatkowo udekorowane są metalowymi kolcami. W Indiach owe kolce stanowiły ochronę przed słoniami. Na Zanzibarze słoni nie ma, więc kolce pełnią wyłącznie funkcję ozdobną.

Stone Town

Wędrując uliczkami miasta można zobaczyć dwa rodzaje tych ciężkich, bogato zdobionych drzwi. Pierwszy z nich zwieńczony jest półkoliście i te drzwi są bardziej typowe dla Indii. Inne z kolei mają zwieńczenie prostokątne, co oznacza wpływy arabskie. Jak się dobrze poszuka, można odnaleźć jeszcze trzeci rodzaj — najbardziej typowe drzwi zanzibarskie, które są podobne do indyjskich, z półkolem zakończonym lekko wydłużonym, wystającym czubeczkiem. Niestety tak jak i same budynki, wiele z tych wrót również uległo zniszczeniu, czasem brakuje kolców, innym razem pomalowane są farbą olejną niepasującą do niczego, a jeszcze innym zniszczone zostały przepiękne drewniane reliefy.

Stone Town

Kiedy chodzę po mieście, to oprócz drzwi przyglądam się też balkonom, czyli kolejnym świadkom dawnej świetności miasta. Gdzieniegdzie dostrzec można wspaniale rzeźbione drewniane balustrady. Stone Town zaczęło tracić na znaczeniu, gdy Zanzibar objęty został brytyjskim protektoratem. Brytyjczycy chętniej wspierali Dar es Salaam i Mombasę. Stolica Zanzibaru stała się areną krwawych wydarzeń w 1964 roku, kiedy wybuchła afrykańska rewolucja. Zginęło wówczas około dwudziestu tysięcy ludzi, a wiele osób pochodzenia arabskiego i hinduskiego musiało uciekać. Los ten spotkał między innymi rodzinę Farrukha Bulsary, znanego później jako Freddie Mercury. Ironią losu jest to, że dzisiaj Zanzibarczycy próbują wykorzystywać fakt, że urodził się on w Stone Town i chętnie pokazują turystom dom, w którym rzekomo mieszkał.

Stone Town

Nie umiem jednoznacznie określić, co tak zachwyca mnie w Stone Town. Czy ta jego zmienność, że wystarczy skręcić w boczną ulicę, by wyjść z tłumu i stać się jedynym przechodniem? Czy te kamienne domy rozpaczliwie wołające o remont, lecz ciągle urokliwe? Czy to nabrzeże, gdzie można chwilę odpocząć od miejskiego zgiełku? A może właśnie ten zgiełk i bardzo przyjaźni, choć czasem wręcz męczący ludzie? Kamienne Miasto ma wiele twarzy i każda z nich jest dla mnie na swój sposób fascynująca.

Jeśli planujesz wyjazd na Zanzibar, zajrzyj też do wpisu zawierającego przydatne informacje praktyczne!

Jak podoba się Wam Stone Town? Lubicie taką egzotykę, czy miasta tego typu są dla Was zbyt chaotyczne? Chcielibyście odwiedzić to miejsce? A może już się Wam to udało?

Ewa

Cieszę się, że tu jesteś! Mam nadzieję, że spodobał Ci się i zaciekawił ten wpis. Jeśli tak, to będzie mi niezmiernie miło, gdy klikniesz Lubię to, dodasz +1 i podzielisz się wpisem ze znajomymi albo dołączysz do dyskusji! To dla mnie ważne, bo pokazuje, że warto dalej pisać. Masz uwagi, komentarze, pytania? Nie wahaj się, napisz! Cieszę się z każdego sygnału od Ciebie! Dziękuję :)

- Ewa a



Przeczytaj też...

52 komentarze

  1. Ola Wysocka napisał(a):

    Lubię takie miejsca, mają taki „surowy” urok, widziałam ich kilka m.in. w Syrii i Libii, większości już niestety nie ma, ale nawet w Stambule zdarzają się takie zapomniane zakątki (choć coraz ich mniej, coraz bardziej tu zachodnio:)

  2. Piękne zdjęcia, fajnie opisane, bez nadmiaru szczegółów, a wystarczająco by odczuć klimat tego miasta. Też by mi się tam podobało!

  3. Waldemar Pać napisał(a):

    Lubię być zabierany w ciekawe miejsca. A jak jest jeszcze fajnie napisane to już całkiem mnie skradniesz :)

  4. Karolina Mos napisał(a):

    Nie mogę oderwać oczy od tych zdjęć! Piękne miejsce, bardzo egzotyczne i z niepowtarzalnym klimatem ! Nie sądzę, bym kiedykolwiek miała okazję je odwiedzić – ale dziękuję, że mogłam obejrzeć na Twoim blogu :)

  5. Artur Dobkowski napisał(a):

    Jest jak napisałaś, byłem widziałem :)

  6. Adriana JL napisał(a):

    Zdjęcia są piękne i urokliwe, widać w nich Twoje spojrzenie na świat. :) Po tym wpisie Zanzibar dochodzi do mojej listy do odwiedzenia, lubię takie urokliwe, kolorowe miejsca.

  7. Uwielbiam takie klimaty. Chcialabym to kiedyś zobaczyć. Dzięki za odkrycie przede mną fajnego miejsca.

  8. Ciekawe miejsce, myślę że wciąż jeszcze niezbyt popularne wśród Polaków. Bardzo szczegółowy, przydatny wpis :)

    • Ewa napisał(a):

      Odnoszę wrażenie, że Zanzibar jako taki robi się coraz popularniejszy, ale niektórzy lecą tam tylko na plażę, a naprawdę warto odwiedzić starówkę stolicy ;)

  9. Dee napisał(a):

    Lubię takie miejsca,mają klimat i urok. Fajnie mi się czytało i oglądało. Lubię z Tobą podróżować

  10. Dominik napisał(a):

    przepiękne zdjęcia i bardzo fajny tekst <3

  11. simplyhappy napisał(a):

    Czytałam z zapartym tchem! Zanzibar jest miejscem, ktore na pewno w przyszłości będziemy chcieli odwiedzić, dlatego zapisuje link bo jest w nim mnóstwo przydatnych inf 😊 pzdr 😊

  12. Olka napisał(a):

    Rzeczywiście miasto to ma swój urok. Widzę w nim pewne elementy, które kojarzą mi się z Bałkanami, jak choćby kable i druty wiszące w dużych ilościach nad ulicami, tworząc trudną do ogarnięcia łamigłówkę ;)

  13. Kasia napisał(a):

    Patrząc na zdjęcia to faktycznie jest to miasto z lekka zaniedbane, ale z drugiej strony bardzo autentyczne zdawać by się mogło. Zanzibar jest z pewnością na mojej liście miejsc do zobaczenia.

  14. Imprezy dla firm napisał(a):

    Fantastyczna podróż którą dała wspaniałe wspomnienia :) Pozdrowienia

  15. Wiola napisał(a):

    Świetna opowieść, pięknie napisane – czytam i oderwać się nie mogę. Dziękuję za Twoje wpisy i zachętę, by odwiedzić takie wspaniałe miejsce.

  16. Sławka napisał(a):

    Ale niesamowity klimat ma to miasto… Poczułam zapach kardamonu :)

  17. Kasia napisał(a):

    Idealnie oddałaś klimat tego miejsca. Piękne zdjęcia i świetne opisy! Aż chce się pakować walizkę i ruszać w podróż :)

  18. Pani Dorcia napisał(a):

    Ale pięknie piszesz! Czyta się jak książkę, jak lekką powieść… Czuć delikatne powiewy tego ciepłego powietrza, słychać gwar ulicy, czuć smak nutelli z bananami ;) i do tego absolutnie zachwycające zdjęcia!

  19. Aleksandra napisał(a):

    Miasto na Twoich zdjęciach wygląda przepięknie, chociaż, jednocześnie, na mocno zaniedbane. Zaciekawiło mnie stwierdzenie, że to „tygiel kulturowy”, bo to oznacza różnorodność, ciekawą różnorodność :)
    Pozdrawiam

    • Ewa napisał(a):

      Różnorodność jest – miesza się tu czarna Afryka, Arabia, Indie i Europa – brytyjska, niemiecka i włoska. Niesamowita mieszanka :)

  20. Tomek napisał(a):

    Stone Town podobnie jak cała Afryka – ma tak wiele twarzy. Świetne opisy i jeszcze ciekawsze zdjęcia. Choć mnie bardziej ciągnie do przyrody i pięknych krajobrazów nieskażonych ręką człowieka, to z chęcią bym się zanurzył w ten gąszcz wąskich uliczek i popodpatrywał życie tamtejszych mieszkańców… :)

  21. Agnieszka napisał(a):

    Zawsze jak jestem na wyjazdach agresywny handel miejski psuje mi opinię o danym miejscu. Z drugiej strony pokazuje to, jak są oni zdeterminowani by osiągnąć cel. Jak pisałaś pomimo tego, że już kilka razy odmawiałaś to oni i tak na drugi dzień będą próbować.

    • Ewa napisał(a):

      Ja też, im bardziej uparcie ktoś próbuje mi coś sprzedać, tym większą mam ochotę stamtąd uciekać gdzie pieprz rośnie!

  22. Szymon napisał(a):

    te wąskie uliczki skojarzyły mi się z Neapolem. Ogólnie to miejsce wygląda super, chociaż najbardziej chyba lubię naturę :)

  23. Studnia Miodu napisał(a):

    Zanzibar mix jak i pizza brzmią bardzo ciekawie ;) to chyba też taki wyznacznik dla tego miejsca: coś co jest dobrze znane, tutaj może wyglądać zupełnie inaczej. Zaciekawiło mnie to, co napisałaś o pałacu cudów: że na zewnątrz wygląda lepiej niż w środku – czy to oznacza, że jest zrujnowany i z tego powodu nie udostępniany turystom? czy przeciwnie: został ogołocony ze wszystkiego i po prostu nic tam nie ma?

    • Ewa napisał(a):

      Jest zaniedbany, od kilku lat trwa renowacja, znajduje się tam trochę przykurzonych eksponatów w brudnych szafkach, ale dla mnie niewiele ciekawego. Z zewnątrz jest ładniejszy. Nie jestem pewna, czy można już oficjalnie wchodzić do środka, niby kupowałam bilet, ale miejscowi twierdzą, że to ktoś interesy na lewo kręci :)

  24. Kasia Lorenc napisał(a):

    Zdjęcia piękne mają swój urok.

  25. Kamila napisał(a):

    Piękne miejsce mimo, że nie wygląda nowocześnie i super zadbanie, ale ma swój urok dzięki kamieniowi, który nadaje surowy styl i pozwala przenieść się do innego świata niż codzienna miejska gonitwa.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*Pola wymagane. Adres e-mail nie zostanie opublikowany.
Ostatnio pojawia się bardzo dużo spamu i mój filtr czasem się gubi. Jeśli nie jesteś spamerem, a Twój komentarz nie ukazał się, daj mi o tym znać mailowo. Kontakt znajdziesz tu. Dziękuję!