Długopis, cukierek, one dollar. Gdy ktoś wyciąga dłoń w geście prośby…

Kiedyś myślałam, że jadąc do biedniejszych krajów warto brać ze sobą długopisy, cukierki, stare ubrania, by rozdawać je na miejscu osobom potrzebującym. By mieć choć drobne prezenty dla napotkanych na szlaku dzieciaków. Dziś mam coraz większe wątpliwości, czy nawet takie dawanie prezentów i pieniędzy na małą skalę nie czyni więcej szkody, niż pożytku. Skąd wzięły się te wątpliwości?

Żebraczka

Jaipur, Indie. 2008 r.
Moja pierwsza podróż do Azji, a co za tym idzie pierwsze zderzenie ze skrajną biedą wywołują szok. Spodziewam się zobaczyć ubóstwo, ale na taki dramat nie jestem przygotowana. W dodatku jest kwiecień, gorąco jak w piekle, duszno i niestety nierzadko śmierdzi. Podróż po tym pięknym kraju jednocześnie zachwyca i męczy. Nasz lokalny przewodnik ostrzega, byśmy uważali na zatłoczonej ulicy, gdzie co chwilę będziemy nagabywani przez dzieci lub osoby kalekie wyciągające w naszym kierunku dłonie po pieniądze.

Słuchamy smutnych opowieści o tym, jak zdesperowani rodzice specjalnie okaleczają dzieci, by te wzbudzały jeszcze większą litość i dzięki temu łatwiej otwierały serca i portfele turystów. Brzmi to dla mnie niewiarygodnie, ale gdy kilka chwil później wysiadam z autobusu i podpełza do mnie młody człowiek z poskręcanymi jak sprężyny kończynami, słowa przewodnika dźwięczą mi w głowie. Zastanawiam się, czy jego rodzice dobrowolnie powyłamywali mu nogi i ręce ze stawów, by tylko na koniec dnia przyniósł do domu więcej grosza. Czy tak postępują kochający ojciec i matka? Nie rozumiem tego, nie mieści mi się to w głowie, myśli te wzbudzają strach. Nie odnajduję się w tej zupełnie dla mnie nowej rzeczywistości i ignorując wyciągniętą dłoń uciekam w popłochu.

Parę lat później przypomnę sobie tamto wydarzenie, gdy oglądam film Slumdog. Milioner z ulicy, opisujący historię wywodzącego się ze slumsów Mumbaju Jamala Malika. Jako osierocone dziecko trafił on w ręce gangu, która wykorzystywała dzieci do żebrania na ich konto. Chłopiec odkrywa, że gangsterzy specjalnie oślepiają dzieci, by te wzbudzały jeszcze większe politowanie. Oczywiście pieniędzmi, które zdobędą, nikt się z małymi żebrakami nie dzieli. To film, ale przerażającym jest, że takie historie dzieją się naprawdę.

Drugiego dnia wizyty w Jaipurze jedziemy do Świątyni Małp w Galcie. Ten sam przewodnik, który wczoraj tłumaczył nam, ile zła czynią rodzice swoim dzieciom by wyżebrały więcej pieniędzy, radzi nam tym razem zabrać długopisy i hotelowe mydełka czy szamponiki, które będziemy mogli rozdać dzieciom kłębiącym się przed wejściem do kompleksu świątynnego. Faktycznie, przed bramą witają nas wyciągnięte dłonie, szeroko otwarte, piękne czarne oczy i głosy proszące o szampon. Rozdajemy to, co mamy w torbach, dziecięce buzie uśmiechają się a ja naiwnie myślę, że zrobiłam dobry uczynek. Więcej, namawiam do tego później swoich czytelników.

Patrząc wstecz wcale nie jestem o tym przekonana. Bo te dzieci siedziały przed szlabanem zamiast w szkolnej ławce. Bo czekały na nas. Bo inni turyści wcześniej nauczyli je i ich rodziców, że tutaj dostaną prezenty, a może i pieniądze. Bo my ich w tym przekonaniu utwierdziliśmy – że lepiej czekać pod bramą na turystów, niż uczyć się i pracować. Bo będą przed tym wejściem czekać codziennie, zawsze wyciągać ręce po mydełka i cukierki, bo ich dzieci będą robić tak samo. Czy to naprawdę takie dobre?

Angkor, Kambodża. 2009 r.
Tym razem wybierając się w krotką podróż po Tajlandii i Kambodży staram się trochę lepiej przygotować. Czytam, co warto ze sobą zabrać, jak ewentualnie pomagać i jak reagować na żebrzące dzieci. Wiem już, że na pewno nie zabiorę nigdy ze sobą cukierków, choć kiedyś uważałam tak jak wiele osób, że przecież sprezentowanie biednemu dziecku cukierka to nic złego, a tylko może wywołać uśmiech na jego twarzy. A my poczujemy się lepiej. To prawda, ale jeśli my docieramy do tego dziecka to najpewniej wczoraj dotarli do niego inni turyści, a jutro przyjadą następni. Jeśli każdy będzie mu dawał nawet po jednym cukierku, to któryś z kolei turysta zobaczy szeroki uśmiech, ale wszystkie zęby pokazane w tym uśmiechu będą zepsute. Przecież rodziców nie tylko nie stać na słodycze, ale tez na dentystę nie mają pieniędzy!

Uczę się też, by nie dawać żadnych pieniędzy. Skądś wzięły się przecież te grupki dzieci kręcące się przy atrakcjach turystycznych, goniące za turystami z okrzykiem daj mi dolara! Dając dzieciom pieniądze przyzwyczajamy je i ich rodziców do tego, że żebranie jest lepsze od nauki, bo taki maluch przynosi rodzinie więcej pożytku niż dziecko uczące się w szkole, w które dodatkowo trzeba inwestować.

Zwiedzając Angkor z Agą staramy się być konsekwentne. Nie dajemy pieniędzy dzieciom wyciągającym po nie swoje wychudzone, brudne rączki. Odmawiamy, choć niejednokrotnie robi nam się smutno. Najtrudniej jest, gdy zaczepia nas mała dziewczynka usiłująca sprzedać nam nabazgrane dziecięcą ręką pocztówki za dolara. Jej angielski jest całkiem dobry i chwilę rozmawiamy. Na pytanie, czemu nie jest w szkole odpowiada, że przecież była rano. Nie pamiętam, czy kupujemy w końcu te pocztówki ale chyba dajemy jej jakieś długopisy, by miała czym pisać na lekcjach. Uczymy ją w ten sposób, że warto kręcić się przy turystach, bo zawsze coś tam wyciągną z kieszeni.

Diani Beach, Kenia. 2012 r.
Prom strajkuje. Z lotniska do hotelu w Diani musimy jechać okrężną droga przez Shimba Hills. Polnym traktem, którym na co dzień nie jeżdżą turyści, turlamy się do celu, podskakując na wybojach. Transfer zamiast półtorej godziny trwa pięć. Po drodze zatrzymujemy się przy niewielkiej szkole na toaletę. Dzieciaki, widząc dwa auta wypełnione turystami, z zaciekawieniem wybiegają z klas. Spodziewam się za chwilę zobaczyć las wyciągniętych po prośbie rączek, ale ku mojemu zdziwieniu nic takiego się nie dzieje.

Dzieci nieśmiało stają na skraju drogi, uśmiechają się, przestępują z nogi na nogę i pokazują nas sobie palcami, ale o nic nie proszą. Widocznie brak turystów w okolicy sprawił, że nie nauczyły się jeszcze, że mzungu równa się darczyńca i bankomacik. No to się zaczyna! Trzeba im to pokazać. W ruch idą długopisy i cukierki, wyjmowane z turystycznych toreb i plecaków. Niektórzy podchodzą do dzieciaków, wkładając im fanty w dłonie od razu robią sobie z nimi zdjęcia. Maluchy uśmiechają się szeroko, bo nie spodziewały się takich gestów. Najazd turystów jest dla nich dużą niespodzianką, a ja w tym momencie zaczynam zastanawiać się, czy właśnie ich nie zepsuliśmy. Czy kolejny raz widząc białego człowieka nie wyciągną rączek w geście prośby?

Kilka dni później jadę na wycieczkę, rejs po lasach namorzynowych z wizyta we wsi na wyspie Funzi. Tutejsze dzieci już doskonale wiedzą, że przybycie łodzi pełnej wazungu oznacza fanty i pieniądze. Bose, umorusane i w podartych ubraniach, czekają na nas już na plaży. Kilkoro dorosłych razem z nimi. W programie wycieczki jest wizyta w miejscowej szkole, uczniowie której śpiewają nam kilka piosenek. Po występie dyrektor placówki prosi o jakiekolwiek wsparcie – czy to zeszyty, długopisy czy datki. Niektórzy przynieśli ze sobą prezenty, inni wyciągają portfele. Kilka osób narzeka po cichu, że znowu są nagabywane. Wiem od organizatorów, że część ceny płaconej przez turystów przeznaczona jest na wsparcie lokalnej społeczności. Umowa stoi, że w związku z tym odwiedzający mają już nie być dodatkowo proszeni o wsparcie, a jednak dzieje się inaczej.

Niezwykle pouczające są dla mnie rozmowy z kolegami, którzy w Kenii pracują już dłużej. Paul opowiada mi o przypadkach, gdy w czasie tego typu village tours turyści proszeni są przez dzieciaki nie o pieniądze, a o przybory szkolne. Jeśli nie mają nic przy sobie, przewodnik natychmiast prowadzi ich do pobliskiego sklepu, gdzie mogą od ręki kupić zeszyty, kredki czy linijki. Oczywiście ludzie chcą pomóc szkole, więc chętnie płacą za to wszystko, a następnie wręczają prezenty dyrektorowi szkoły. Gdy naiwni turyści znikają na horyzoncie, zakupione przed chwilą przybory wracają do sklepu by czekać na następne ofiary, a dyrektor ze sklepikarzem i przewodnikiem dzielą się po równo pieniędzmi. Dzieci ze szkoły nie dostają nic.

Kiedy jadę na rowerze lub spaceruję po Ukundzie, zawsze zaczepiają mnie dzieci. Ukunda położona jest na tyle blisko turystycznego Diani, że dzieci doskonale wiedzą, co znaczy wizyta mzungu. Nieliczne po prostu chcą się przywitać, większość jednak po słowie jambo dodaje zaraz bonbon (cukierek) lub dollar. Po pewnym czasie zaczynam mieć wrażenie, że give me (daj mi) to jeden z pierwszych zwrotów, jakich dzieci uczą się tu po angielsku.

Proszenie i żebractwo jednak nie tylko domena dzieci, także poza Kenią. – Jest piękna pogoda, wspaniały piasek, ale nie da się z niej korzystać ani cieszyć spokojem. Jak tylko wychodzimy na plażę z hotelu, obstępuje nas kilkoro miejscowych i nie chcą się odczepić. Nie można czegoś z tym zrobić? – to najczęstsza chyba skarga turystów, z którymi rozmawiam w Diani. Odpowiadam im wtedy, że to tak naprawdę nasza, przyjezdnych, wina bo to turyści sami nauczyli Kenijczyków, że łatwiej i wygodniej jest nagabywać wazungu na plaży niż iść do uczciwej pracy.

Beachboys okupujący kenijskie wybrzeże nie wzięli się tam znikąd. Zauważyli, że wystarczy turystom pokazać swoją biedę, a portfele natychmiast się otwierają. Dzisiaj proszą bezczelnie o pieniądze albo prezenty – buty, koszulki, a nawet zegarki czy telefony! A kolejni turyści, myśląc, ze przecież tylko pomagają biednemu człowiekowi, dają, dają, dają! No to skoro w pracy trzeba się męczyć, a na plaży wystarczy prosić, to wiadomo, że coraz więcej osób uczyni sobie z tego sposób na życie. Smutne jest tylko to, że tacy beachboys często wcale do najbiedniejszych nie należą, a znam przypadki, kiedy zapytani przez turystów o pokazanie domostwa, zabierali ich do uboższych sąsiadów, bo przecież nie pokażą mieszkania, w którym stoi wielki płaski telewizor!

O tym, jak rozleniwia dawanie, przekonuję się pod koniec mojego pierwszego pobytu w Kenii. Myślę, że jestem już przyzwyczajona do proszenia i odmawiania, bo przecież każdemu wszystkiego nie można dać, a prośby pojawiają się codziennie. Wiem, kto ze znajomych naprawdę znajduje się w potrzebie i w nagłych potrzebach nie odmawiam brania udziału w składkach pomocowych, jakie organizują sami Kenijczycy. W osłupienie jednak wprawia mnie prośba mojej znajomej, menedżerki czterech hoteli, której naprawdę niewiele więcej w życiu trzeba.
– Ewa, to teraz jak wyjeżdżasz, to może zostaw mi tę swoją sukienkę, bo mi się podoba – mówi do mnie, a ja przez kilka chwil zapominam języka w gębie.
– Ale mi też się podoba… – tłumaczę.
– Przecież ty bez problemu możesz sobie kupić sukienkę – odpowiadam nieco zażenowana.
– No tak, ale myślałam, że będziesz rozdawać rzeczy jak wyjeżdżasz…

W książce Świat według Janki, będącej wywiadem Marzeny Zdanowskiej z Janiną Ochojską, założycielką Polskiej Akcji Humanitarnej oraz zbiorem artykułów autorstwa Ochojskiej pojawiają się taki, znaczący dla mnie fragment:

Czy istnieje pomoc zła i dobra? Tak. I musimy zdawać sobie sprawę z tego, czym te obie pomoce się od siebie różnią. Celem pomocy nie jest uspokojenie naszych sumień. Celem pomocy jest danie człowiekowi tego, co pozwoli mu powrócić do normalnego życia, co pomoże mu uniezależnić się od naszych dobrych serc i podjąć odpowiedzialność za swoje życie, a tym samym przywróci mu godność. Wreszcie – jej celem jest danie nadziei i perspektyw na przyszłość. (…) Niewłaściwie udzielona pomoc może całkowicie ubezwłasnowolnić i uczynić niezdolnym do podjęcia samodzielnych decyzji. (…) Niewłaściwie udzielona pomoc może człowieka upokorzyć i spowodować, że utraci wiarę w sens solidarności. (…)

Zresztą danie komuś cukierka czy funta jest fałszywym gestem dobroci. Nam się wydaje, że jesteśmy dobrzy, a wcale tak nie jest. Te dzieci obejdą się bez cukierka. Funt nie uratuje im życia.

Na liście lektur, które chcę przeczytać, znajduje się Dead aid Dambisy Moyo, ekonomistki pochodzącej z Zambii. Kobieta opisuje negatywne skutki ciągłej pomocy finansowej dla kontynentu afrykańskiego. Ja obserwuję to w Kenii w mikroskali – ludzie przyzwyczajeni do tego, że ktoś inny im coś da, kupi, wesprze. Często nie planują, nie myślą o przyszłości i żyją z dnia na dzień. Wyciągają dłonie po pieniądze, a my wkładając datki w te dłonie utwierdzamy ich w przekonaniu, że jest to dobry sposób na życie.

Ale by nie kończyć tak ponuro, znam też pozytywne przykłady! Weźmy taką kenijską wioskę Gazi, gdzie kobiety zamiast wyciągać od turystów pieniądze za nic, zainwestowały międzynarodowe środki w edukację i ochronę środowiska. Projekt związany jest z rozwojem rozsądnej gospodarki lasami namorzynowymi, które są m.in. siedliskiem wielu ryb. Brak lasów oznacza mniejsze połowy i mniej jedzenia. Dodatkowo wybudowana została trasa spacerowa przez lasy namorzynowe i centrum wiedzy, więc turyści mogą z pierwszej ręki nauczyć się czegoś ciekawego o znaczeniu mangrowców dla przyrody i gospodarki.

Innym dobrym przykładem jest Seaweed Center na Zanzibarze, w którym kobiety nauczyły się, jak z suszonych alg wytwarzać dobrej jakości kosmetyki. Teraz – zamiast sprzedawać półprodukty, an których zarobią jedynie pośrednicy i koncerny kosmetyczne, one same tworzą coś, co turysta może kupić jako wartościową pamiątkę z Zanzibaru.

Wydaje mi się, że lepiej wspierać właśnie takie inicjatywy, niż po prostu rozdawać pieniądze czy długopisy. Jako osoby podróżujące mamy możliwość zajrzenia w tego typu miejsca, nauczenia się czegoś, a przy okazji pokazania miejscowym, że ich praca jest ważna i wartościowa. Myślę, że to o wiele lepsze rozwiązanie!

Co robicie, kiedy widzicie wyciągnięte w swoim kierunku dziecięce raczki? Dajecie cukierki, zabawki i długopisy czy kręcicie głową odmawiając pomocy? Jak uważacie, czy faktycznie danie komuś pieniędzy nauczy go, że jest to łatwy sposób na przetrwanie? Temat jest dla mnie bardzo trudny i sama mam mnóstwo wątpliwości, więc chętnie poznam Wasze zdanie…

Ewa

Cieszę się, że tu jesteś! Mam nadzieję, że spodobał Ci się i zaciekawił ten wpis. Jeśli tak, to będzie mi niezmiernie miło, gdy klikniesz Lubię to, dodasz +1 i podzielisz się wpisem ze znajomymi albo dołączysz do dyskusji! To dla mnie ważne, bo pokazuje, że warto dalej pisać. Masz uwagi, komentarze, pytania? Nie wahaj się, napisz! Cieszę się z każdego sygnału od Ciebie! Dziękuję :)

- Ewa a



Przeczytaj też...

119 komentarzy

  1. Aleksandra pisze:

    biorę się za czytanie :)

  2. Sabina pisze:

    Nie lubię rozdawania dzieciom cukierków, ani zeszytów, ani innych rzeczy, ale nie tylko za granicą, ale i w Polsce… niestety też mi się wydaje, że więcej szkody niż pożytku.

    Szczególnie już drażni mnie wysyłanie małych dzieci wieczorem i nocami, żeby sprzedawały jakieś drobnostki – jaśmin w Tunezji, bryloczki w Tajlandii, czy cokolwiek innego w każdym miejscu..za rogiem czeka ktoś dorosły, kasę zabiera, a my nawet nie wiemy, że daliśmy się nabrać tym słodkim, niewinnym oczom. Dziecko powinno spać, odpoczywać lub bawić się, a nie żebrać na ulicy – nawet pod przykrywką sprzedaży drobnych rzeczy..a

  3. Tatiana pisze:

    Zgadzam się, że dawanie, bez wysiłku ze strony biorącego, uczy raczej złych zachowań.
    W Indiach, przed wyjazdem na Dudh Sagar dosłownie wszyscy mieskkańc pobliskiej wioski i sklepy sprzedają zestawy mandarynek i bananów do karmienia małp. Po czym przy bramie wjazdowej do parku jest chyba z kilka tabliczek z zakazem karmienia małp, które wszyscy ignorują – bo przecież już kupili zestawy. Często dzieci już nie proszą, tylko żądają albo namolnie okupują wiedząc, że prędzej czy później tego dolara dostaną.
    A na zakończenie mam historię z Polski. Zakupy w supermarkecie, mały parking. Podjeżdżamy – już podchodzi pan, bez określonych zajęć i domu i mówi, że popilnuje samochodu. Przy wyjściu żąda zapłaty – albo porysuje samochód. On nie chce iść do pracy. Szybciej i łatwiej na parkingu, bez wysiłku.
    Trudny temat, niestety bez rozwiązania albo wyjścia. Bo trochę czasu minie zanim świadomość zbiorowa podróżujących zaakceptuje fakt nie karmienia trolla. A przecież zachodni turyści dają znacznie więcej niż wschodni – dla nich 1, nawet 5 dolarów, euro to bez znaczenia…

    • Ewa pisze:

      Masz rację, że tak naprawdę nie trzeba wyjeżdżać za granicę. Znam przecież przypadki w Polsce, gdzie ludzie wolą siedzieć na zasiłku, niż iść do pracy, bo tak im lepiej, łatwiej, wygodniej…

    • Monika pisze:

      Zgadzam się z Tobą. Gdziekolwiek byśmy nie pojechali, możemy zaobserwować takie zachowania. Ostatnio, kiedy byliśmy w Maroku, w każdej wiosce ganiały nas stada dzieci, a na głównym placu w Marrakeszu żebrak macał mnie po kieszeni spodni, w razie, gdybym nie rozumiała o co mu chodzi. Zdaję sobie sprawę, że sami ich tego wszystkiego nauczyliśmy.
      To samo z panami spod marketów. Oni mnie po prostu dobijają, bo budzą we mnie jakieś poczucie winy, bo nie chcę dać im pieniędzy. Nierzadko są to ludzie, którzy wcale nie mają tak źle. Albo po prostu marzy im się kolejna butelka alkoholu, a ja nie chcę tego marzenia wspierać…

  4. Podjęłaś bardzo ciekawy i ważny temat. I niekoniecznie związany z podróżowaniem – przecież wystarczy usiąść w ogródku piwnym przy restauracji w Polsce, wyjść na Rynek, przejść koło większego kościoła, żeby zobaczyć wyciągnięte ręce. Pamiętam bezdomnego z Krakowa, któremu odmówiłam pomocy, a ten prawie rzucił się na mnie i znajomych z pięściami i jeszcze długo, długo krzyczał za nami, że nie mamy sumienia. Bo przecież co tam, że co miesiąc wspomagam różne fundacje, którym ufam, że pracowałam jako wolontariuszka – moja odmowa miała uprawniać go do oceny i strasznie gorzkich słów. Przykre i smutne. Jestem zdania, że pomoc ma sens wtedy, kiedy wiemy, jak pomagać. W przeciwnym razie lepiej wesprzeć organizacje, które dobrze znają lokalne warunki, fundujące np. stypendia. Fakt, część pieniędzy pochłoną koszta administracyjne, pewnie w kilku trafi się jakiś cwaniak, który będzie chciał się wzbogacić – ale nadal wolę wpłacić kilka zł (zwykle udaje się przez PayPala), niż uspokoić sumienie rzuconym cukierkiem.

    • Ewa pisze:

      Zgadzam się. Szczególnie, że jeśli nie pomagamy na pokaz, to ludzie nie muszą wiedzieć, że to robimy. A potem jak nie dasz złotówki/dolara, to powiedzą, że jesteś bez serca, co potrafi być bardzo krzywdzące…

  5. Samo dawanie i dawanie niczego dobrego nie zdziała. W perspektywie – te dziecko nie nauczy się tego, że trzeba na coś zapracować. Więc proszenie czy żebranie będzie sposobem na życie. To samo tyczy się osób dorosłych. Jest naprawdę wiele aspektów biedy. Z pewnością to trudny temat. Ja raczej nie wręczam żadnych pieniędzy, długopisów czy cukierków. Osobiście wspieram różne fundacje jak np. SOS Wioski Dziecięce, AMUN, Unicef. W ten sposób pomagam. Czy czuję się z tym jakoś super ? Nie. Po prostu jeśli mogę to w ten sposób pomagam.

    • Ewa pisze:

      O to właśnie mi chodzi! Mnóstwo ludzi (wiem, bo pracuję w turystyce i widzę, co się dzieje) daje po prostu zużyte rzeczy, jakieś tanie długopisy, pieniądze i myśli, że robi coś dobrego, ale nie przyjdzie im do głowy, jakie mogą być konsekwencje… Z jednej strony wiem, że chcą dobrze, a z drugiej też było dla mnie czasem trochę żenujące „dam dziecku cukierka, żeby mi się ładnie do zdjęcia uśmiechało” – takie właśnie „pomaganie” na pokaz.

  6. Karol pisze:

    Nie dawać. Czasem by się chciało, ale jednak jest z tego więcej szkód. Też myślę długo nad takim tekstem… ;)

    • Joanna Julia pisze:

      Ja też, zwłaszcza, że mocno mnie ostatnio zirytował Biedzki, swoją postawą prezentowaną w książce „Dziesięć bram…”

      • Karol pisze:

        Nie czytałem. Powinienem? :D

      • Ewa pisze:

        O, leży na półce i zamierzam niedługo przeczytać.

      • Joanna pisze:

        Mam bardzo mieszane uczucia odnośnie tej książki, ale bardzo nie podobało mi się, że facet wielokrotnie zostawiał duże napiwki. Np za rikszę, za którą krzyknął mu Hindus 2$, ostatecznie płacił 10$, itd.

          • Joanna pisze:

            Inna sprawa, że za ten kurs facet z chęcią by wziął i 150 rupii, a nawet 50…

            • Karol pisze:

              następnemu rzuci 10 dolarów

            • Rafal pisze:

              Joanna – wyjezdzajàc z Polski nie zapomnij spakować serca. Na ile wyceniasz prace rikszarza? Placàc gòwniane pieniàdze pomagasz biedzie, pomagasz utrzymac status quo.
              150 rupii? A moze 50 rupii???!!! Serio???? Apeluje goràco o odebranie Wam paszportów.
              Wasza postawa jest OBRZYDLIWA. Wstyd mi za was.

              • Ewa pisze:

                Rafal nie zgodzę się z Tobą. Nie uważam, że będąc za granicą muszę płacić mniej niż miejscowy, ale nie podoba mi się również idea „podatku turystycznego”, czyli tego, że za tę samą usługę czy produkt typu przejazd rikszą, taksowką czy owoce na straganie muszę płacić kilkukrotnie więcej, niż miejscowy. Ba! Nawet więcej, niż za podobną zapłaciłabym w Polsce. Rozdając pieniądze na lewo i prawo jako turyści wcale nie pomagamy ludziom wyjść z biedy, tylko przyzwyczajamy ich do tego, że „ktoś im da”.

  7. Artur pisze:

    Ewa, świetny wpis! Nie zabieram nigdy ze sobą cukierków czy dolarów dla dzieciaków. Mam nadzieję, że Twój tekst trafi do licznego grona i przynajmniej kilku osobom otworzy oczy!

  8. Monika pisze:

    Nie daję pieniędzy, nie reaguję na wołania „Hello money”, a żeby sumienie mieć w porządku daję pieniądze na inne cele, kiedy wiem, że trafią one tam gdzie naprawdę są potrzebne i na sensowny cel.

  9. Sporo ostatnio czytałam na ten temat. Często te dzieci potem zwyczajnie sprzedają te długopisy, żeby przynieść do domu pieniądze. To często sposób na życie całych rodzin. Ale pomoc instytucjonalna też nie zawsze się sprawdza. Znam obrazki z Polski, gdy uchodźcy dostawali w ośrodkach produkty spożywcze, które potem sprzedawali na pobliskim bazarze – jogurty, masło, jakieś puszki. 10 lat temu w Egipcie dawałam dzieciom bakszysz za możliwość zrobienia im zdjęcia. Dziś jestem trochę mądrzejsza, tak jak Ty. Temat dawania prezentów to tylko część całego problemu, jakim jest wpływ masowej turystyki na społeczeństwa ubogich krajów, do których jeździmy. Dochodzą do tego jeszcze wioski-skanseny takie jak ten z kobietami o długich szyjach, o którym kiedyś pisałaś, niszczenie raf koralowych czy wszelkie kwestie związane z finansami, zwolnieniami podatkowymi związanymi z budową kompleksów hotelowych przypominjące to, co znamy z budowy supermarketów. Polecam lekturę książki „Witajcie w raju. Reportaże o przemyśle turystycznym” autorstwa Szwedki Jennie Dielemans. Z powyższych powodów wolę podróże po Europie.

    • Ewa pisze:

      Dzięki za polecenie, słyszałam już sporo o tej książce, ale jeszcze nie wpadła mi w ręce. Masz rację, dawanie to tylko część dużo większego i bardziej złożonego problemu pomocy uboższym i masz rację, że pomoc instytucjonalna nie zawsze też się sprawdza. Przykład? Ludzie dają zużyte ubrania na cele charytatywne. Znajomy mojego współpracownika z Kenii dorobił się całkiem pokaźnego majątku sprzedając potem te ubrania na bazarze! A przecież powinny one za darmo trafić do potrzebujących. Strasznie to wszystko skomplikowane…

      • Podobnie jest pewnie z lekami… A z ubraniami znam podobny przykład z Polski. Koleżanka ma ubogą rodzinę na wsi. Za pośrednictwem innych członków tej rodziny chciała podarować nastoletnim dziewczynom z tej rodziny ubrania, których już nie nosiła – takie markowe, z bardzo wysokiej półki, żeby te ubogie kuzynki też miały coś fajnego. A osoby, które miały im to przekazać wstawiły te ubrania do komisu „bo dla takich wiejskich dziewczyn szkoda takich ubrań”. Wszystko zależy od ludzi, a niestety zawsze znajdą się tacy, którzy chcą zarobić na ludzkiej biedzie i krzywdzie – nawet w rodzinie!

  10. Joanna Julia pisze:

    Przeczytam zaraz. Ale za nim przeczytam, to powiem, że ogólnie jestem na nie, gdy słyszę „one rupiee, madam”.

  11. Beata pisze:

    Wstrząsające. Mówią, że jednak lepiej dać wędkę niż od razu rybę…i chyba coś w tym jest…

  12. Agnieszka pisze:

    Kilka lat temu wstępnie zajęłam się tym problemem od strony naukowej, niestety książki naukowe nie są tak popularne jak reportaże, czy inne publikacje, ale może przerobie to na tekst do post-turysty…w każdym razie wnioski identyczne odnośnie tego jakie skutki ma „dawanie” pieniędzy, długopisów, etc.

  13. Kamila pisze:

    świetny tekst, przeczytałam jednym tchem! mi się zdarzyło parę razy dać, ale… na szybko naszkicowany rysunek Warszawy czy Polski, jak np. azjatyckie dzieci pytały się mnie skąd jestem i jak wygląda nasza stolica :)

    • Ewa pisze:

      Moja koleżanka miała świetny pomysł i zabrała w podróż pocztówki z Polski, które potem pokazywała i rozdawała dzieciom jak opowiadała o sobie. To chyba nieszkodliwe… :)

      • Kamila pisze:

        to też świetny pomysł :) wiem, że chociażby Maja Sontag tak robiła i nawet przekupiła policjantów w Indonezji jedną ze swoich pocztówek ;)

      • Alicja pisze:

        Ewa, świetny tekst!!!
        Przypomniała mi się taka sytuacja a propos pocztówek.
        Na końcu drogi afgańskiej strony Korytarza Wachańskiego, w ostatniej wsi, w której spędziliśmy kilka dni, zakolegowałam się z kilkunastoletnią dziewczyną. Dała mi swoją ręcznie robioną „kredkę do oczu”, więc odwdzięczyłam się jej kremem Nivea i pocztówką. Chwilę później przyszła do mnie z inną pocztówką z Polski :) Już nie pamiętam z jakiego to miasta, ale okazało się, że wcześniej był tam ktoś z Polski i też dał dziewczynie pocztówkę… Koniec świata i dwie pocztówki z Polski :D

  14. Rafal pisze:

    Warto pomyslec jeszcze o innym, zdecydowanie wiekszym, moim zdaniem, problemie- ‚podroznicy’ na budzecie. Mam ogromny problem z ludzmi, ktorzy wymarzà sobie egzotyczne wojaże nie majàc na to odpowiednich srodkow. Przezylem kiedys male zalamanie nerwowe (prawie ;) )w czasie trekkingu w Nepalu mijajàc grupy z Europy, ktore wynajmowaly tragarzy za $20 dziennnie, i godzili sie, by ci nosili OGROMNE ciezary na plecach, w kiepskich butach (zdazyl sie jeden w japonkach!!), zero zabezpieczenia. Raz nie wytrzymalem I skonfrontowalem jednà grupè ze Szwajcarii. Nie mieli pojècia o czym mowie!! Zapytalem czy w swoim kraju kiedykolwiek przyszloby im do glowy zatrudnic kogos do pracy w takich warunkach. Z całà pewnoscià nie. Bylem swiadkiem podobnych sytuacji w wielu krajach. Jesli nie ma siè kasy na etyczne podrozowanie, to zawsze polecam wakacje na działce.

    • Ewa pisze:

      Ja kiedyś przeżyłam podobną (może mniej ekstremalną) sytuację w Birmie w czasie trekkingu do jednego z wodospadów lokalne dziewczęta uparły się, że one będą z nami szły i nam pomagały. My w butach trekkingowych, z oddychającymi plecakami, a one w japonkach z dwiema ciężkimi torbami. Niosły w tych torbach zimne napoje, żeby nam je sprzedać za jakieś oszałamiająco wielkie pieniądze, jak już dojdziemy na dół, chociaż naprawdę wcale ich o to nie prosiłyśmy… Nie uważam, że powinnam mieć wyrzuty sumienia przez to, że nie kupiłyśmy od nich tych napoi, naprawdę, choć widać, że dziewczyny się namęczyły, ale naprawdę nie było nas stać na puszkę coli w cenie dziesięciu…
      Natomiast zgodzę się, że problem warunków pracy w biednych krajach jest moim zdaniem ogromny (czy to w turystyce, czy przemyśle, górnictwie itp)

    • Maja pisze:

      korzystanie z lokalnych Szerpów czy przewodników to dawanie im pracy – uczciwego zarobku. jasne łapiemy sie za głowę widząc człowieka w japonkach truchtem przemierzającego góry z naszym ekwipunkiem. on wydaje zarobione pieniądze zgodnie ze swoimi potrzebami: buty z goretexem sa zapewne na jego liście ale utrzymanie rodziny, opłacenie szkoły dzieciom jest ważniejsze a o dziwo w tych japonkach i bez oddychającej koszulki całkiem sprawnie sobie radzi. Nigdzie nie zarobi takich pieniędzy jak na turystach, wiec ja jak tylko moge korzystam z ich usług i w ramach budżetu którym dysponuje wynagradzając im trud i pomysłowość.

    • Maja pisze:

      pojęcie bezpieczeństwa to sprawa względna. nikt nie chce zginać ani nikogo zabić. ta prosta reguła jest aktualna w każdej kulturze. nas często uważają za super higienicznych i mega przewrażliwionych. nie możemy oceniać ich logiki nasza miara.

    • Ewa pisze:

      Co prawda, to prawda. Faktem jest, że w Birmie te dziewczyny w japonkach dużo lepiej radziły sobie na trasie od nas w bardziej zaawansowanych butach i ciuchach. My się ledwo wturlałyśmy pod górę, a one pomykały, a potem nawet nam pomagały wejść! Oczywiście odwdzięczyłyśmy się im za tę pomoc…
      Czytałam tez w jakiejś książce podróżniczej, niestety nie pamiętam w ktorej, o wizycie w dżungli – podróżnik w super wypasionych ciuchach kontra lokalny na bosaka. Kto sobie lepiej radził? Nietrudno się domyślić…

  15. Łukasz pisze:

    niestety każdy musi sobie sam odpowiedzieć na to pytanie, bo odpowiedź nie jest prosta – my nigdy nie dajemy, gdy ktoś nachalnie prosi – jednak jeżeli jesteśmy komuś za coś wdzięczni i nic za to ta osoba nie oczekuje – to jak najbardziej.

    • Ewa pisze:

      A to co innego. Ja też uważam, że nie należy kompletnie zamykać się na pomoc. Jeżeli ktoś pomaga mi bezinteresownie to ja właśnie mam wtedy ochotę się odwdzięczyć. Jeśli jest to osoba, którą znam i wiem, że pracuje a mimo wszystko ma jakiś problem finansowy to tez pomogę (przykład – znajomemu w Kenii zmarła żona i sobie nie radził, mimo, że pracował to oczywiste było, że w gronie znajomych zrobiliśmy zbiórkę i trochę mu pomogliśmy stanąć na nogi).

  16. Rafal pisze:

    I jeszcze- nie do konca zgadzam sie, ze generalnie nigdy nie powinno sie dawac w takich sytuacjach. Jest kilka opcji, o ktorych nie pomysleliscie.
    1. Dla ogromnej rzeszy dzieciakow sprzedajàcych obrazki etc nie ma opcji B. Koniec kropka. Mowie o dzieciach zarabiajàcych na rodzinè, nie o ekstremalnych przypadkach porwań czy celowych okaleczeń. Znam wiele takich przypadkow. Opcjà B moze byc praca niewolnicza w fabryce. Ale to w sumie nie jest dobre rozwiàzanie, przyznacie.
    2. Przyznajmy szczerze, ze obserwowanie przyrody nie jest glownym powodōw naszych podrozy do Indii etc. Wyobrazmy sobie- nie byloby frajdy podrozowanie po Indiach, gdyby byly krajem rozwinietym I dostatnim. Murowane zachodnio – podobne domy, ładne trawniki, czystosc, wszyscy w jeansach czy garniturach, wy w klimatyzowanym autobusie, autostrady. Super przygoda!! Przystanek w McDrive! Swiat sie unifikuje, niestety, I zawsze sà tylko 2 mozliwe zakonczenia. Bieda albo westernizacja. Tradycyjna kultura nigdy nie wygrala z euroamerykanskim modelem konsupcjonizmu I komformizmu. A szkoda.

    • Ewa pisze:

      Nie zgadzam się. Do Indii jechałam poznawać kulturę, zwiedzać, a nie patrzeć na biedę. Naprawdę wolałabym, żeby tego skrajnego ubóstwa tam nie było. Nie robiłam zdjęć biedakom. Nie cieszy mnie i nie fascynuje patrzenie na ubóstwo.

      • Rafal pisze:

        Tradycyjna kultura jest nierozerwalnie zwiazana z biedà. I powinnismy w jakis sposôb zaplacic mieszkancom owych ‚skansenow’ za przywilej poznania ich blizej.

        • Ewa pisze:

          Ale ja płacę za jedzenie kupione od „lokalesa” w ulicznej budce, za nocleg w rodzinnym guesthousie, za rękodzieło… Uważam, że własnie dawanie pieniędzy „za nic”, za samo wyciągnięcie ręki, utrzymuje status quo, bo ludzie będą uczyli się, że tak jest łatwiej, niż pracować. A ja wcale nie chcę, żeby oni tkwili w tej biedzie.

  17. Piotr pisze:

    Bardzo dobry tekst.

  18. Marcin pisze:

    Chyba zabiorę jednak głos. Nie ma czegoś takiego, jak „etyczne podróżowanie”, niezależnie od kontynentu, w takim ujęciu, jak pisze autorka. Zgadzam się z Rafałem, że nie jedziemy, by oglądać przyrodę w Indiach (taka prawda). Jedziemy oglądać miejsca i innych, gdzie kryterium egzotyki = bieda na ulicach. Nie kurwa, żadna bieda. Latamy tam by trzaskać foty dzieci, najlepiej oklejonych przez muchy, gdzie bieda oznacza żarcie rybnych odpadów na targu w Dar Es. Latając w te miejsca przez Emiraty widzę swoich podopiecznych, prezesów różnych firm, którzy tam, w klimatyzowanym, arabskim świecie Ferrari i Gucci, są zagubieni jak dzieci. By zaraz odzyskać wigor już w następnym porcie (preferuję ZNZ, tam mogę gwarantować im bezpieczeństwo), gdzie egzotyka … STOP.
    Pomaganie, to prawdziwe, kosztuje i konsumuje czas. Wie o tym każdy, kto dołożył się do polskich nazwisk na pompach do wody w Laosie, Kambodży czy na budynkach bibliotek na granicy Tanzanii z Kenią. Chcecie pomagać? Super. Więc skończymy z pierdoleniem o cukierkach czy „one rupee” a zastanówmy się, jak pomagać prawdziwie, trwale. Kupno 3 kW, inwertera i samodzielny montaż elektrowni na dachu szkoły kosztuje tyle, co bilet lotniczy do Adis Abeby. Zajmie to wam 2 dni. I zostawiacie trwały ślad a nie rozterki, „czy cukierki są ok?”. Otrząśnijcie się kurwa. Nie bądźcie neokolonizatorami. http://www.greenpeace.org/poland/pl/multimedia/40-lat-inspirujcych-akcji/Sara-Obama-po-zainstalowaniu-paneli-sonecznych-Kenia/#tab=2&gvs=true

    • Ewa pisze:

      Masz rację, że prawdziwe pomaganie wymaga trochę wysiłku i myślenia. Nie masz racji, że podróżujemy, by trzaskać foty biednym dzieciom i żebrakom na ulicach…
      Dzięki za ciekawe linki!

    • Maja pisze:

      niestety to wszystko jest bardziej skomplikowanym tematem. często stawianie paneli słonecznych i tym podobne akcje to ten sam „cukierek i one rupee” tyle ze w skali nico bardziej makro. nie uczy lokalnych ludzi niczego, rozleniwia, utwierdza w pasywnej roszczeniowej postawie.

      • Marcin pisze:

        idąc tropem rozumowania ad absurdum warto zauważyć, że z definicji każda forma pomocy ma niezerowy potencjał do obrócenia się w gówno. Mam nadzieję, że w wywodzie nie umknął obserwatorom oczywisty fakt, iż „one rupee” to NIE JEST POMOC a JEST noekolonializm.

  19. Marcin pisze:

    sprowadzanie rozterek oszałamiająco bogatego Europejczyka do kwestii „dać pieniądze czy nie” jest dla tych ludzi … obraźliwe.

  20. Asia pisze:

    nie daję, nie patrzę, albo mówię nie i robię taki gest z ręką.

  21. balkanyrudej pisze:

    Ja nie podróżowałam nigdy po Indiach czy innej Azji, za to na Bałkanach byłam dość często zaczepiana przez romskie dzieci oraz ich mamy. Nigdy im niczego nie dałam, bo nie wyglądały na zabiedzone i głodne, wręcz przeciwnie. Wydaje mi się, że potrafię rozpoznać prawdziwą biedę od udawacza, który chce naciągnąć głupiego turystę na kasę.

    • Ewa pisze:

      A to jeszcze inny aspekt… ile razy słyszałam historie o Romkach żebrzących pod kościołem, nawet w Polsce, które pod koniec „zmiany” były odbierane razem z dziećmi spod „miejsca pracy” mercedesem głowy rodziny. To samo beachboys na plaży w Kenii, większość z nich woli wystawać na plaży bo tak łatwiej, a wcale bieda im w oczy nie zagląda.

  22. Fascynujący temat wart głębszej dyskusji. Nawet w Lublinie mijamy czasem ludzi na kolanach, strasznie mi wtedy głupio, ale wtedy myślę sobie, że dając im pieniądze daję im tylko powód żeby byli w tym samym miejscu jutro.

  23. Jestem przeciwna dawaniu czegokolwiek, wlasnie dlatego, ze to demoralizuje. Czasem zdarzy mi sie komus zostawic cos do jedzenia. Generalnie zgadzam sie z Marcinem (choc bardzo ostro to ujal) i Gosia, ze pomagac nalezy w inny sposob, u zrodla a nie leczac skutki. Bo zebrzace dzieci na ulicach to skutek, to nie tu zaczyna sie problem.
    Nie zgadzam sie natomiast ze stwierdzeniem, ze jadac do Indii czy innego kraju Trzeciego Swiata jedziemy tam zobaczyc biede. Ja bym wolala tej biedy nie widziec a zobaczyc kulture i tak, wlasnie przyrode. Bieda nie jest dla mnie jakas atrakcja, ktora chcialabym ogladac.

    • Ewa pisze:

      Dziękuję Ci za ten komentarz, dokładnie tak samo myślę! Dobrze zwróciłaś uwagę, że żebrzące dzieci to skutek innych problemów, które wymagają rozwiązania i danie cukierka akurat takim rozwiązaniem nie jest.

  24. Temat trudny i dość kontrowersyjny, ktoś te dzieciaki nauczył że turysta da, jak nie poznają innych reakcji, to swoje dzieci tak samo będą uczyć, nie jest to dobre….

  25. Ewa pisze:

    Kochani, przepraszam, że tak rzuciłam temat i go zostawiłam nie biorąc udziału w dalszej dyskusji, ale się rozchorowałam. Mam nadzieję, że jutro dojdę do siebie to odpowiem, bo jest parę kwestii tu poruszonych, które muszę skomentować. Miłego wieczoru!

  26. Dawnie ryby w niczym nie pomaga.
    W Gruzji i tajlandii zamiast dawać pieniądze organizacjom i społeczności lokalnej szkoliliśmy ich z prowadzenia biznesu, uczyliśmy angielskiego aby mogli znaleźć pracę w przemyśle turystycznym. Pamiętam też takie miejsce Soari, warsztat dla kobiet, ofiar tsunami z 2004. Założyli go Japończycy i nauczycli Tajki przędzenia i wszycia toreb. Miało to być w ramach terapii zajęciowej po traumie tsunami oraz metoda pracy i zarobku dla kobiet. w międzyczasie uczylismy te kobiety angielskiego, aby mogły porzezyc swoja działalność.

  27. Hotel Pegaz pisze:

    Smutna prawda. Chciałoby się coś zmienić w tym świecie, ale nie wszyscy zasługują na pomoc, chociaż ich sytuacja jest tragiczna. Niektórym życiowa tragedia jest na rękę.

  28. Mówiłaś, że będzie kontrowersyjnie. Ale dla mnie nie jest. Zgadzam się z Tobą w 100%. Jeszcze jak te dzieciaki faktycznie coś sprzedają, to biorę, ale za wyciągniętą rączkę nie ma nic. Jest często smutno, często trudno bo ta dziewczynka idzie za Tobą przez pół miasta, ale cóż…

    Słyszałam, że w Maroku jest inaczej trochę, bo właśnie wszyscy coś oferują w zamian za daninę – henna, branzoletka itp. Zobaczymy.

    • Ewa pisze:

      W Maroku to miałam trochę traumę, na Dżemaa el-Fna w Marrakeszu za samo spojrzenie na węża zaklinacz chciał pieniądze (no rozglądałam się po placu i on akurat tam był, jakby go nie było, to też bym się rozglądała!) a jak odmówiłam, to mnie tym wężem postraszył, więc zwiewałam…

  29. Iza pisze:

    Ja na wystawioną rękę odpowiadam moją wystawioną rękę. Zazwyczaj reagują konsternacją, często uśmiechem. Mam alergię na widok rozdawanych słodyczy. Jeżeli cokolwiek daję, to owoce. Zdarza mi się dawać pieniądze ale nie do wystawionej ręki. Ostatnio w Indiach byłam światkiem rodzinnego cyrku ulicznego. Mały synek szedł po linie, ojciec zajmował się asekuracją malca, mama zajęta była muzyką ze starego radia, 3-letnia córeczka zbierała pieniądze do kapelusza. Rozczulił mnie ten widok. Nie żałowałam pieniędzy do kapelusza.

  30. Maja pisze:

    dobry temat. wielu z nas przeszło podobna drogę i doszło do tych samych wniosków. oficjalnie będę zawsze powtarzać by nie dawać niczego. sama jednak mam zawsze ze soba widokówki z Polski by moc zrobić analogowe slide show i opowiedzieć o moim kraju i by moc zostawić widokówkę z krótka notką dziękuję/thank you osobie która mi w czymś pomogła zupełnie bezinteresownie, to znaczy że nie spodziewa sie niczego w zamian. mikro gest. nagroda za postawę. symboliczna sprawa. widokówka nie wpłynie w żaden sposób na jej bytowanie, natomiast przypominać będzie o dobrym uczynku i miłym epizodzie. bo dawania trzeba sie nauczyć i rozpoznawać właściwe sytuacje i ludzi.

  31. Maja pisze:

    i jeszcze jedna rzecz. są rzeczy które nic nie kosztują, a sprawiają ze wszystkim choć przez moment jest miło. to ze żebrakowi nie dam, dziecku odmowie nie znaczy ze mamy od razu odwracać głowę i nie zauważać osoby. do żebraka można sie uśmiechnąć, skinąć głową, porobić głupie miny czy kopnąć leżącego śmiecia inicjując uliczne rozgrywki z dzieciakami. kto jak czuje, na ile ma energii o ochoty.

  32. Marcin pisze:

    @Maja, w zalewie demagogi przebija jeden, kurewsko jaskrawy przykład europejskiego myślenia cyt.: „do żebraka można się uśmiechnąć”. Powiem ci tak: myśląc w taki sposób spełnij tylko jedno moje pragnienie. Nie „pomagaj” już w taki sposób nikomu. Tylko głupiec może tak myśleć i tylko on ma czelność wypisywać tak straszne rzeczy. Zobacz w Karirze choć raz dzielnicę śmieci a przejdzie ci pisanie takich banialuków forever. Shame on you. Poznawanie świata nie dla ciebie, bo w głowie nosisz niestety pustkę.

  33. Maja pisze:

    Marcin Mizgalski zaprezentowany przez Ciebie poziom wypowiedzi skutecznie odechciewa dalszej dyskusji. nie schylam się tak nisko, niemniej pozdrawiam Cie i serdecznie się uśmiecham (tego akurat możesz nie zrozumieć).

  34. Ewa pisze:

    Marcin, a mnie zastanawia, jak uważasz, że powinno się reagować na żebraka/dziecko proszącego o „one rupee’?

  35. Marcin pisze:

    @Maja, cieszy mnie twoje „odechcenie”. Oznacza, że moja argumentacja dotarła, miało boleć. Mam nadzieję, że następny żebrak będzie będzie dla ciebie kimś więcej, niż lustrem własnej próżności. Maslow się kłania w najprostszej postaci.
    @Daleko – odpowiedz sobie, gdzie zwykle widzisz takich ludzi, bo oni nie pojawiają się wszędzie a w dokładnie wybranych miejscach. Chcesz pomagać? To super. To rób to poza głównym wejściem do Taj, poza parkingiem przed Angkor. Sprowadzanie „pomocy” do rozterek czy 1 USD to dla tambylca dużo czy mało tylko zaciemnia obraz ich faktycznych potrzeb. Przyłącz się do programu, dołóż swoją cegiełkę do konkretnego miejsca pomocy, daj im edukację, prą∂, dostęp do wody. Promuj zmiany, pomoc systemową a nie rozterki, czy kupując chusty po 5 USD faktycznie komukolwiek pomagasz. Bo nie robisz tego. Więcej z siebie dasz ludziom, jak nauczysz się w Bangkoku stołować na ulicy, niż pisząc teksty o wątpliwości dot. jałmużny.

    • Reni pisze:

      Brawo Marcin. Dzięki takim ludziom jak ty ten świat jakos jeszcze istnieje. Facet, a jednak wrażliwy. Tak naprawdę mamy niesamowite szczęscie, że jeszcze nie musimy wyciągać ręki. Jeśli chodzi o mnie, to ja bedąc w Afryce dam dolara biednemu dziecku, czy starcowi. I wcale nie chodzi mi o moje dobre samopoczucie. Bo nie mogę czuć się dobrze patrząc na biedę. A co do fundacji, tak … no comment

      • Ewa pisze:

        Ja nadal jestem bardzo przeciwna dawaniu pieniędzy dzieciom. To ich uczy wyciągania ręki zamiast pracy, ich rodziców uczy wysyłania dzieci na żebry zamiast do szkoły. W krótkiej perspektywie może dziecko będzie się cieszyć, ale w dłuższej wcale nie jest to dobre moim zdaniem.

  36. Ewa pisze:

    Marcin, ale ja teraz nie o to pytam. Nie muszę się uczyć w BKK stołować na ulicy, bo to robię. A tekst pisze, bo wiem, że wiele osób ma podobne wątpliwości.
    Ale teraz pytam Cię o konkretną sytuację. Podróżując nie unikniesz sytuacji, kiedy ktoś do Ciebie wyciągnie dłoń prosząc o wsparcie – czy to pod Taj Mahalem, czy na plaży w Mombasie, czy przy wejściu do Angkoru. Co wtedy robisz? Co należałoby, według Ciebie, zrobić w takiej sytuacji?

  37. Marcin pisze:

    bardzo rzadko bywam w miejscach, gdzie pojawiają się żebrzące dzieci. Moim klientom zawsze mówię, że jeśli chcą tego typu emocji, to zapraszam do komercyjnych biur podróży i tam mają to included. Ci myślący wracają z poczuciem, że coś trwałego pozostawili (ci, którzy oczywiście chcieli). Wątpliwości mają wyłącznie turyści, backpackersi nigdy nie mają takich „rozterek”, bo na samym początku muszą rozkminić: tylko oglądam czy współuczestniczę? Nie ma sensu tego ciągnąć, mam nadzieję, że czytający to zrozumieją, że: a) odwzajemniony uśmiech żebraka NIE OZNACZA porozumienia z taką uduchowioną paniusią z Europy, co uśmiechem karmi świat a b) rozterki „dać dolara?” NIE SĄ ŻADNĄ POMOCĄ, więc cale to pytanie jest z gruntu fałszywe. A zanim wsiądziecie na turystyczne łodzie do Kampung, rozejrzyjcie się ile polskich flag jest na pozornie nieznaczących elementach infrastruktury. One ruppe nie pomaga nikomu. Od teraz już nawet Wam (co tak naprawdę było moim celem od początku) – następnym razem zróbcie pareto i za 20% kasy kupicie im solidną lampę LED. Albo dwie. Zróbcie fotę i poproście następnych. Białe tabliczki z polskimi nazwiskami są (z mojej obserwacji) bardziej zaraźliwe, niż odra. Powodzenia.

  38. Ewa pisze:

    Marcin, faktycznie może i nie ma sensu tego ciągnąć ale mam trzy ważne uwagi:
    1. Rozdzielmy podróże od działalności charytatywnej jako takiej. Znam podróżników, którym doskonale się to udaje. Podróżowanie w moim odczuciu jest czymś dość „samolubnym” – jadę, by poznawać, doświadczać, przeżywać. Większość osób chyba tak ma. Przy okazji podróży pojawiają się sytuacje, w których ktoś poprosi nas o pieniądze. Bardzo często. Stąd moje pytanie jest jak najbardziej zasadne – jak zachować się w takiej sytuacji. Uwierz mi, że zadaje je sobie mnóstwo osób!
    2. Ty nie podrozujesz do miejsc, gdzie dzieci zebrza. Twój wybór. Ale miliony osób tam podróżuje i – znowu – znajduje się w sytuacji, gdzie dzieci wyciągają ręce po pieniądze. To się dzieje. Cały czas. W każdej chwili w różnych zakątkach globu. Ludzie chcą poznawać dalekie kraje nie ze wzgledu na biede, ale kulture, zabytki czy przyrode. Mamy przestać jeździć do krajów trzeciego świata? To nie jest rozwiązanie. Przede wszystkim zabralibysmy chleb tym wszystkim osobom, które żyją pracując w turystyce, a jest ich niemało. Mieszkając niedawno w Kenii obserwowałam dwa lata załamania turystyki w tym kraju. Wiesz jaki to był i jest dramat dla osób, które uczciwie pracowały? Ilu tę pracę straciło? Uwierz mi, nie było to dobre.
    3. Nie podoba mi się Twoj podział na turystów i backpackerow. Jest sztuczny. Chcąc byc przykładnym trzeba zauważyć, ze backpackerzy to też turyści. Ale masz na myśli turystów wyjeżdżających z biurami podróży. No to powiem Ci, ze spotkałam wielu takich turystów, którzy starali się podróżować świadomie i odpowiedzialnie. Niestety spotkałam tez backpackerow, którym kompletnie brakowało oleju w głowie.

  39. Marcin pisze:

    Mnie nauczono za młodu, że nic w życiu nie ma za darmo. Potem nauczono mnie, że dawanie pieniędzy dzieciom to tylko ich psucie i w ogóle żadnego pożytku z tego nie ma. Trzymałem się więc zasady i nigdy nie dawałem nikomu nic. Traktowałem ich jak powietrze i sam nie wiem, czy to było dobre, ale działało. Raz się złamałem, w Indiach, dałem dzieciakowi jakąś kasę. Nawet nie wiem skąd, w ciągu kilku sekund przybiegło ich kilkadziesiąt a zachowania mieli jak wataha a nie grupka dzieci. Nie ma chyba rozwiązań idealnych, ale ja zostaję przy swoim. Pomagać można na inne sposoby.

  40. Aneta pisze:

    Chcesz pomagac z sensem? Zambia http://www.fundacjakasisi.pl/pl/zapraszamy_do_kasisi Kongo i Rwanda http://www.dobrafabryka.pl
    Jak wspomożesz taka inicjatywę nie bedziesz miec wyrzutów że odwracasz głowę na widok wyciągniętej dłoni bo wiesz, że pomogłeś z sensem.

  41. Magda Kajzer pisze:

    Zawsze mam z tym problem. Z jednej strony doskonale wiem, że nie daje się ryby, tylko wędkę, a najlepiej to mentalność wędkarza, ale z drugiej znowu mam wyrzuty sumienia, jeśli nie pomogę…. Starałam się zawsze dawać jedzenie, jak już, ale teraz i z tym mam wątpliwości…Ciężka sprawa.

  42. Ajka pisze:

    Przeczytałam sobie cała dyskusję, najgłośniej zaśmiałam się przy teorii, że backpackersi z założenia „zawsze uczestniczą”. Ja akurat znam tak samo wielu nieodpowiedzialnych turystów jeżdżących z biurami jak i osławionych backpackersów, którzy w żaden sposób nie dają zarobić miejscowym, bo jedzą kabanosy z plecaka, śpią na dziko pod namiotem, kombinują jak wejść gdzieś nie płacąc za bilet, jeżdżą stopem, targują się o każdy złamany grosz itd. Żeby było jasne – niech każdy robi co chce, ale proszę mi nie wmawiać, że backpackersi są zawsze super etyczni a turyści źli.

    W temacie klientów pakietowych, uważam, tak jak Ewa napisałaś, że ważną rolę w edukacji powinni odgrywać pracownicy biur jak i rezydenci/piloci. Mi samej do głowy by nie przyszło, by wozić cukierki, ale gdy byłam na 3 wyjazdach wiele lat temu i jechałam na jeep safari, to właśnie rezydent zachęcał nas do rzucania słodyczy z jeepa jak będziemy przez wioski przejeżdżać. W pracy też wiele razy spotykałam się z tym, że sprzedawcy w biurach sugerowali zabieranie tego i owego do Afryki czy Azji.

    Nie byłam w Azji i pewnie nieprędko będę, ale z tym problemem spotykam się i tak często. Ostatnio po tramwaju w Warszawie chodziła Rumunka z małymi dziećmi, robiącymi smutne oczy do pasażerów. Jeden mężczyzna, elegancko ubrany, wyjął wizytówkę i powiedział „Nie dam Pani pieniędzy, ale dam Pani pracę, szukam osoby do etatowego sprzątania biura w centrum Warszawy” na co kobieta zaczęła machać rękami, uciekać mrucząc coś z irytacją i agresją pod nosem. Nie mówiąc o tym ile się słyszy, co oni wyrabiają z tymi dzieciakami i to w naszym kraju… włos się jeży.

    W Maroku i Tunezji wiele razy się spotykałam z dziećmi proszącymi o pieniądze, o wiele częściej niż z dorosłymi. Za każdym razem serce mi pękało, więc nie wiem czy poradziłabym sobie w takiej Azji. Ogólnie jak wspomnieli komentujący powyżej to wszystko jest trudne. Z jednej strony nie chcemy płacić na mieście więcej niż miejscowi a z drugiej wiele osób nie ma oporów by spać w luksusowych, ekstremalnie na lokalne warunki drogich hotelach europejskich/amerykańskich sieci, które dają miejsca pracy, ale większość zysków i tak opuszcza kraj. A w tym samym czasie targują się o każdy grosz. Z jednej strony mówimy, żeby nie dawać na ulicy pieniędzy, żeby ludzie mieli pracę, ale jak mają pracę to np. w szwalniach , gdzie rocznie zarabiają tyle ile my płacimy za uszytą przez nich kurtkę w czasie, gdy ich pomimo, że pracują nie stać na jedzenie, bo żebyśmy my byli bogaci, oni muszą klepać biedę. Bardzo nierówny, niesprawiedliwy jest ten świat i jedno jest pewne – Warto pomagać, ale mądrze i z rozsądkiem, tak jak napisano powyżej.

    • Ewa pisze:

      Dzięki Ci za ten komentarz! Cieszę się, że zgadzamy się w kwestii turysta/backpacker. Ten podział naprawdę strasznie mnie już męczy. I w tej grupie i w tej są ludzie mądrzy, w obu też trafiają się ci bezmyślni. Kropka. Z całą resztą też się zgadzam, szczególnie z rolą pracowników turystyki.

    • Mateusz Jot pisze:

      Z pierwszym akapitem zgadzam się w 100%! W tym roku w Laosie kilka razy opadły mi ręce. Aż nawet słowo „backpacker” zaczęło mnie śmieszyć i trochę źle się kojarzyć. Poznałem parę osób, które w sumie były tak cholernie podobne do siebie, że mogliby być rodzeństwem. Powtarzane rytmicznie zwroty o wolności, prawdziwej podróży, autostopie i kombinowaniu, żeby na wyjeździe nic nie wydać. Jedyne, na co nie żałowali kasy, to marihuana dostępna prawie że na każdym kroku. Sam już nie wiem, czy gorsze i bardziej egoistyczne jest rozdawanie słodyczy/pieniędzy czy jeżdżenie za darmo autostopem, spanie na CS lub pod gołym niebem i następnie powrót do Polski i chwalenie się, że kasę wydało się tylko na loty.

      • Ewa pisze:

        Masz rację, to strasznie złożony temat i chyba nadaje się na zupełnie inny wpis. Drażni mnie tak częste powtarzanie, że turysta jest be a podróżnik cacy. Spotykałam wielu backpackerów takich, o jakich wspomniałeś, spotkałam też mnóstwo turystów z hoteli all inclusive, którzy mieli dużo bardziej otwarte serca i umysły niz tamci backpackerzy!

  43. Ppp pisze:

    Bardzo dobry i pouczający artykuł.
    A co robię w takich przypadkach? IGNORUJĘ.
    Znając zachowania lokalnych naciągaczy (w Krakowie jest ich dużo) umiem ich unikać. “Na wyjeździe” zdarzyło mi się być branym za Niemca: kiedy zignorowałem naciągacza mówiącego po polsku, próbował po niemiecku.
    W środkach komunikacji publicznej ułatwieniem jest zwyczaj czytania – po prostu udajemy, że nie zauważamy zaczepki, bo jesteśmy zaczytani.
    A co do sumienia – zarabiając mniej, niż połowę średniej krajowej (a nawet całą – w Polsce to tylko 700E netto), mamy prawo stwierdzić, że też jesteśmy biedni.
    Pozdrawiam.

  44. Justyna | wAfryce.pl pisze:

    Super tekst. Mi tu od razu przychodzi na myśl etiopska wioska Awra Amba (pisałam o niej tutaj: http://www.wafryce.pl/awra-amba-afrykanska-utopia), gdzie ludzie wszelką pomoc finansową z zewnątrz uważają za ofensywną. Od zera sami wypracowali sobie system, który idealnie im się sprawdza, a wszyscy, którzy mogą, pracują. Niezwykle dynamiczna ekonomia, ludzie z mnóstwem pomysłów i do tego bardzo dobrze wyedukowani. To świetny przykład na to, że chcieć to móc, a pomoc z zewnątrz nie jest potrzebna.

  45. bb pisze:

    Pieniędzy nie daję, ale długopisy, stare ubrania i owszem. jeśli ktoś może skorzystać, to dlaczego mam wywalić na śmietnik ? Wiem że świata nie zbawię oddaną parą butów czy długopisem dla dziecka, ale sprawię komuś radość. Tyle w temacie.

  46. frajka pisze:

    nie odniosę się do azjatyckich krajów, które wymieniliście ponieważ w nich nie byłam.
    W Polsce zjawisko też występuje, choć nie ukrywam, że pewnie na dużo mniejszą skalę.
    Obserwuję i słucham co w temacie mają do powiedzenia przechodnie i nie mogę wyjść z podziwu jak dokładnie znają osoby, które wystawiają rękę. Wiedzą, że dany pan czy pani mają ogromną emeryturę, że są alkoholikami itp. itd.
    Więcej czasu poświęcają na usprawiedliwianie swoich wyrzutów sumienia niż na wejście do sklepu i kupienie czegoś do jedzenia.
    I to mnie wkurza. Nikt nie zada sobie trudu, by się schylić i zagadać do takiej osoby. No bo po co skoro słyszał, że jest bogaczem przebierającym się dla przyjemności w łachmany… Aaa i jeszcze ulubione przeze mnie „na biednego nie wygląda”…
    Ostatnio byłam w Białymstoku i pod kościołem siedział starszy pan. Minęłam go. Piętnaście minut później wracałam. Pan nadal siedział. Jadł suchą bułkę. Nie zastanawiałam się czy jest biedny, czy udaje i setki innych czy.
    Wrzuciłam do kubeczka pieniądze. I podniosłam te które leżały obok, bo ich nie widział
    „bo wie pani ja ich nie widziałem, bo mam jaskrę”.
    Wiem, że temat jest trudny, a pomóc wszystkim się nie da. Tyle, że większość osób wypowiadających te wszystkie „mądrości” kończy na słowach, a nie na szukaniu fundacji, która na pewno jest uczciwa i właściwie zadysponuje wpłaconymi 20 zł.
    A ja się cieszę, że mogę komuś kupić coś do jedzenia, że mam na tyle, aby się z kimś podzielić. Bo jutro może być odwrotnie i jeżeli nie daj boże wylądowałabym na ulicy z wyciągniętą ręką, nie chciałabym, aby ktoś traktując mnie jak bogacza przechodził obojętnie.

    • Ewa pisze:

      Czasem trudno oddzielić prawdę od fałszu. Parę razy zdarzyło mi się w Polsce, że ktoś podchodził i prosił o pieniądze na jedzenie, wtedy mówię zawsze, że okej, nie dam kasy ale zapraszam do sklepu, możemy coś kupić (chleb, kiełbasę, jabłka, sok) i bywało, że ktoś z wdzięcznością przyjmował takie jedzenie, a bywało, że propozycja była odrzucana! Mojej mamie zdarzyło się, że jak dała proszącemu o drobne na jedzenie drożdżówkę to ten wyrzucił ją do kosza zaraz jak tylko odeszła… Tak więc różnie to bywa.

  47. Marta pisze:

    Cały czas zapominacie o jednym, w Indiach jest przeludnienie nie ma Opcji by wszystkim zapewnić prace. Poza tym świat Jest Sprawiedliwy tylko ludzie nie bo nie zawsze wszystko dostrzegą , Życie wie co robi. Jak mnie nauczyli Indusi (mieszkańcy Indii, Hindus to wyznawca Hinduizmu) ” decyzja o tym co powinno się zrobić, zależy od sytuacji i i realiów twego położenia” . Kocham przyrodę, ogniska i spanie na dziko co nie zmienia faktu że kiedy zmieniam teren (geograficznie czy kulturowo) to biorę pod uwagę czy mogę na to sobie pozwolić, każdy niech podróżuje tak jak lubi i niech znajduje to co mu przeznaczone. :) Czy zauważyliście paradoks że Polacy częściej pomagają ludziom z za granicy a zapominają żeby sobie pomóc? ? Np. w tym roku pomagamy Nepalowi i Ukrainie (nie mówię że to źle, bo to i dobrze o sercu świadczy) ale w tym samym czasie jeżdżę po Polsce i widzę ludzi potrzebujących wsparcia bo dom im spłoną przypominam że w tym roku mieliśmy suszę dułgo trwałą i wielu ludzi teraz nie będzie miało jak opłacić ogrzewania lub wyżywienia rodziny albo w małej miejscowości zamknięto jedyny spory zakład pracy a nie znają innego świata niż ich mała miejscowość , albo transparent ”szkoły nie stać na żywienie polskich dzieci” . Najpierw Uzdrówmy swój kraj a potem będziemy w stanie rzeczywiście pomóc innym i służyć doświadczeniem w tej dziedzinie . :)

    • Ewa pisze:

      Ciekawy punkt widzenia, jeśli chodzi o własne podwórko. Wydaje mi się (ale nie jestem pewna), że to dlatego pomagamy zagranicy chętniej, że mamy wrażenie, że w Polsce to przecież i tak jest lepiej, że tutaj to instytucje pomogą, sąsiedzi, a tam nie ma kto pomóc na miejscu więc trzeba przynieść pomoc z daleka. Chociaż mogę się mylić…

  48. Wiesz, jestem w trakcie pisania podobnego tekstu na temat Kuby. Wiedziałam, że istnieją oszuści i naciągacze, ale nie byłam przygotowana na to, co zastałam. Miałam też wiele dylematów, bo na Kubie temat jest troszkę trudniejszy mam wrażenie. Tam wielu ludzi nawet jeśli pracuje, nie jest się w stanie utrzymać z pensji, więc wynajduje sposoby na to by dorobić. Oczywiście nie pochwalam złych zachowań. Zastanawia mnie jednak często co musi przeżywać osoba, która żebra i co skłoniło ją do tego żeby to robić. Nie zawsze jest to lenistwo. Może brak perspektyw, szans? Może bieda tak przytłacza, że już nie jest w stanie znaleźć innego sposobu na życie? Przecież nie zawsze łatwo znaleźć pracę. Nie wiem, może za bardzo się wczuwam… Sama pochodzę z rodziny, u której się nie przelewało. Czasem pieniędzy na chleb brakowało, ale nigdy nawet przez myśl mi nie przeszło żeby żebrać.

    • Ewa pisze:

      Zdaję sobie sprawę, że sytuacja niektórych może być naprawdę dramatyczna. Ale w zeszłym tygodniu poznałam młodego mężczyznę, który dzisiaj jest biznesmenem i prowadzi firmę odnoszącą sukcesy a jeszcze parę lat temu był… bezdomny. Wszystko co ma osiągnął ciężką pracą, a nie wyciąganiem ręki po datki. I gdzie to? W Ugandzie!

  49. Jolanta Kras pisze:

    Fajnie napisany, mądry tekst. Sama też kiedyś woziłam pół walizki prezentów. Od kilku lat już tego nie robię. Bo myślę tak samo jak Ty.

  50. Mądre słowa – odpowiednio pomagać wcale nie jest tak łatwo

  51. Anna Bloch pisze:

    Kiedy się poznałyśmy w Kenii miałam ze sobą specjalnie przygotowaną paczkę dla dzieci. Właśnie długopisy, słodycze, samochodziki. To był najgorszy widok na świecie kiedy te dzieciaki się chciały pozabijać o to co które dostało. Więcej nie powtórzę tego :(

    • O to to! Ja dzisiaj dostałam od turystów paczkę długopisów i zeszytów dla szkoły. Obiecałam przekazać, ale chcę po prostu znaleźć dobrego nauczyciela, któremu to przekażę, a nie rozdawać w szkole dzieciakom bezpośrednio.

  52. Pamiętam ten tekst! Zgadzam się w100%!

  53. Ania Szymiec pisze:

    Niestety, my też mieliśmy okazję spotkać się z tym zjawiskiem w Kenii w 2013 roku. :/ Gromada dzieci prosząca o cukierki, w sklepiku przybory szkolne do zakupienia dla szkoły – na szczęście nie daliśmy się zupełnie złapać w tę pułapkę.

  54. Racja – pomaganie nie zawsze polega na oczywistym DANIU czegoś … cukierka, kasy … a możemy tym nawet zaszkodzić. Jak wszystkie dzieci zaczną jeść cukierki od turystów to nabawią się próchnicy a nie szczęścia. Książki nie czytałam, ale chętnie po nią sięgnę :)

    • Właśnie! Szczególnie, że często jest tak, że skoro my tam dotarliśmy, to pewnie i dziesiatki innych turystów też. Czyli te dzieciaki codziennie dostają od kogoś cukierki. A kto im potem zapewni dentystę?

  55. To bardzo dobra książka, a Twój tekst czytałam już dawno temu :)

  56. takie „pomaganie” to chyba najbardziej irytuąca mnie rzecz, którą obserwuje podczas różnych wyjazdów. Po prostu, pomagać trzeba umieć, a nie jak to jest ładnie ujęte w książce, którą cytujesz, uspokajać tylko swoje sumienie

  57. Temat dość obszerny. Jeden głos w dyskusji także i z mojej strony. To nie tylko w Kenii. Ta zasada obowiązuje także i w Polsce, i każdym innym miejscu na świecie. Należy dawać narzędzia, a nie gotowe rozwiązania. No, chyba, że ktoś ma w interesie uzależnić od siebie pewną grupę ludzi.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*Pola wymagane. Adres e-mail nie zostanie opublikowany.
Ostatnio pojawia się bardzo dużo spamu i mój filtr czasem się gubi. Jeśli nie jesteś spamerem, a Twój komentarz nie ukazał się, daj mi o tym znać mailowo. Kontakt znajdziesz tu. Dziękuję!